AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wojciech Krukowski

Fot. Karol Budrewicz  

W parę lat po sześćdziesiątce, gdy nauczymy się  wreszcie pokoje hotelowe zamieniać harmonijnie na pokoje szpitalne, a kieliszki i szklanki trucizn z uczt i przyjęć zamienimy na sączące w żyły życiodajne substancje kroplówki, zaczynamy oswajać się z cieniem, półmrokiem, ciemnością, która nieuchronnie się zbliża.

Staramy się wtedy ufać specjalistom od bólu ciała i duszy, medykom i poetom, którzy powtarzają, że ocali nas pamięć. I staramy się w to wierzyć, choć z półcienia widzimy ostro i dokładnie, że na słonecznej stronie już wymazano większość oznak naszych niedawnych dokonań. Eksperymenty, które prowadziliśmy przed czterdziestu laty, które sami zarzuciliśmy jako połowiczne, by pójść inną drogą, dalej, pozostawiając z pogardą półśrodki, te eksperymenty ktoś młody powtarza na nowo i zbiera aplauz i chwałę należną pionierom. Formy, których w sztuce na szczęście nie poddaje się procedurom patentowym, odtwarza po latach ktoś inny, nie zadając sobie trudu wskazania choćby przypisem odległego źródła lub po prostu bez wiedzy, że rzecz nie jest nowa. Milczymy. Wiemy bowiem, że nie jest epigonem ten, który dokonał artystycznego odkrycia z niewiedzy; gorzej – sami czujemy czasem nieco perwersyjną sympatię i uznanie, podejrzewając, że wynalazca wynalezionego może być osobą duchowo bliską nam przeszłym, niegdyś też wspaniale bezczelnym, bo młodym. Nienawidzimy tylko coraz bardziej tzw. krytykę, bo to ona powinna prostować błędy ignorancji, zachowując – choćby częściowo – wiedzę i pamięć. Ale wbrew faktom potrafimy długo żywić się nadzieją, że przynajmniej nasze (czyli pisane nam) nekrologi będą w znacznej części prawdziwe.

Wojtkowi Krukowskiemu, który właśnie przeszedł w cień, w mrok, należy się przynajmniej smuga światła po naszej stronie świata. Powiedziano i napisano w ostatnich dniach trochę o jego dokonaniach. Brakuje mi jednak jednego, surowego sformułowania: Wojciech Krukowski był wybitnym awangardowym artystą teatru, który z Akademią Ruchu stworzył dzieła wyprzedzające swój czas.

Przypomnijmy w skrócie – z konieczności pośpiesznym i powierzchownym – parę odległych faktów.

Akademia Ruchu – działająca od 1973 roku, zawsze pod kierownictwem artystycznym Wojciecha Krukowskiego – była częścią rodzącego się w latach sześćdziesiątych pełnego sprzeczności ruchu artystycznego (wówczas w teatrze działali Grotowski, Kantor, Szajna, Tomaszewski i pierwsza generacja teatrów studenckich). W latach siedemdziesiątych kilka lub kilkanaście zespołów formalnie działających jako „teatry studenckie” stworzyło nowe metody postępowania artystycznego, nowy język sztuki teatralnej i nową estetykę widowisk, manifestując zarazem aktywną, kontestacyjną postawę wobec rzeczywistości społecznej i politycznej. W procesie tym – w powstawaniu tej dziedziny sztuki teatru, którą dziś nazywamy teatrem alternatywnym – zespół Krukowskiego odgrywał bardzo ważną rolę. Akademia Ruchu – podobnie jak kilka innych grup teatralnych – z wyboru pozostawała poza strukturami zawodowego teatru-instytucji (socjalistycznej i państwowej). Bo nie da się osiągnąć niezależności artystycznej, podporządkowując się biurokratycznym, sformalizowanym, zideologizowanym i hierarchicznym strukturom. (Dzisiejsi „kontestatorzy” mogli by łaskawie ten fakt wziąć pod uwagę – istnieje nierozwiązywalna sprzeczność między rewolucyjną retoryką i uwikłaniem w instytucjonalne zależności, także w państwie liberalnym). Dlatego zapewne już w latach dziewięćdziesiątych Krukowski, zostając szefem Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim, pozostawił Akademię Ruchu poza strukturami tej instytucji; każdy z długoletnich współpracowników AR pozostawał artystą niezależnym.

Wojciech Krukowski był wybitnym awangardowym artystą teatru, który z Akademią Ruchu stworzył dzieła wyprzedzające swój czas.Nieinstytucjonalność AR pozwalała twórcom przez czterdzieści lat być wolnymi od stereotypu przygotowania i wystawiania przedstawień jako celu działalności. Akademia mogła produkować przedstawienia w różnych formach – i to też robiła. Ale zachowała swobodę i impuls do twórczości na granicy tradycyjnie rozumianej sztuki i potocznych zachowań społecznych. Tak powstawały akcje uliczne i – uzyskujące w finale wymiar publiczny – prace w zamkniętych środowiskach (jak subkultury młodzieżowe, mieszkańcy wyizolowanych kamienic czy społeczności włoskich miasteczek). (Starcza pamiętliwość nie pozwala mi w tym miejscu na pominięcie dygresji, że głośne ostatnio - słusznie! – programy aktywizacji lokalnych społeczności przez sztukę są tylko dalekim echem działań AR z przestrzeni ponad trzydziestu lat). Takie przekraczanie granicy między sztuką a życiem codziennym, które przed laty określano słowami happening, „akcja teatralna” lub po prostu „akcja” (słów „performatyka” i „performer” jeszcze wtedy nie znano), wymagało porzucenia znanych reguł tworzenia teatru i zastanych zasad komunikacji przez sztukę. Gdy gest sceniczny okazywał się fałszywy i nieprzydatny, aktorstwo w potocznej rzeczywistości manifestowało się jako kłamstwo – należało na nowo zdefiniować i osadzić w praktyce rolę i środki osoby nadającej teatralny komunikat. A osoba taka musiała nie tylko stawać się „przezroczysta” w tłumie, ale istnieć też ekspresyjnie na scenie, bo – jako się rzekło – zespół Krukowskiego nie rezygnował z prezentowania scenicznych, ulicznych i plenerowych widowisk.

Zrywając – w sposób bardziej radykalny niż inni eksperymentatorzy lat siedemdziesiątych i najśmielsi eksperymentatorzy teatralni lat ostatnich – z tradycją aktorstwa, teatru jako prezentacji wyróżniających się psychologicznie i emocjonalnie postaci, rezygnując z fabuły i literatury AR wiązała swój przekaz i estetykę z ruchem i przestrzenią, rytmem i obrazem, które przywoływały wyrazisty kontekst społeczny. Kontekst oczywisty na ulicy w seriach krótkich akcji (np. kolejka do wyjścia ze sklepu, spisywanie obywateli przez tajniaków w kolejnych bramach Nowego Światu), kontekst prowokacyjnie negowany (jak w akcji, w której szarość ulicy lat 80. na trzy minuty zakłócała muzyka Vivaldiego i radość kolorowych postaci wyposażonych w brakujące dobra konsumpcyjne) lub przezwyciężany siłą artystycznego komunikatu (jak w spektaklu Europa, w którym przy spotęgowanym i narastającym hałasie ulicznym pod Mostem Poniatowskiego na kawałkach białego płótna, wers po wersie, w szalonym rytmie objawiał się buntowniczy i gryzący tekst Sterna).

Działalność Akademii Ruchu Krukowskiego – rozpięta między pograniczami sztuk plastycznych i teatru – była wszechstronna. Sięgała z jednej strony sytuacji „warsztatowych”, polegających na wciąganiu w procesy kreacyjne odległych od sztuki środowisk, na tworzeniu widowisk wykorzystujących zarówno klasyczną architekturę sceniczną, atmosferę miejskich placów i ulic i wielkie przestrzenie plenerowe (jak akcje na zaśnieżonych brzegach Wisły, adresowane do pasażerów tramwajów na moście, jak plastyczne komunikaty przesyłane w poprzek jeziora czy widowisko na stoku narciarskim). Wszystkie widowiska Krukowskiego – a najbardziej te stricte teatralne, realizowane w salach i na scenach – uderzały niepowtarzalną estetyką, pozornie wyrachowaną i zimną, wysmakowaną plastycznie, zawsze metaforyczną i pojemną na znaczenia. Środkiem przekazu AR rzadko bywała przy tym opowieść, narracja, perswazja. Celem było stworzenie faktu artystycznego, który nie jest relacją z rzeczywistości, ale nową rzeczywistością, przekraczającą potoczność życia i zastane wyobrażenia o granicach sztuki. Ciągle jesteśmy daleko od takiej wizji społecznej misji teatru.

*
W sobotę 18 stycznia dopadł mnie SMS z wiadomością o śmierci Wojtka. Przez następne dni gorączkowo szukałem w gazetach i Internecie tekstu, który odda mu sprawiedliwość nie tylko jako organizatorowi – twórcy wizji Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim, ale jako artyście, wizjonerowi teatru, jednemu z najwybitniejszych twórców polskiego teatru końca XX i początku XXI wieku. Jednak skoro nie można wierzyć geriatrom, zawodowym pocieszycielom i poetom, tym bardziej nie należy pokładać nadziei w sprawiedliwych sądach zawodowych krytyków. Musiałem więc wyrwać z siebie ten tekst, choć wolałbym pomilczeć, spoglądając z granicy cienia w mrok.

27-1-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Grzegorz Borkowski
    Grzegorz Borkowski 2014-02-02   18:10:59
    Cytuj

    Piękny i mądry tekst; serdecznie dziękuję jako widz, a także emocjonalny uczestnik akcji Akademii Ruchu. Akcji, które zmieniały moje, i nie tylko moje, rozumienie teatru. Dodam jednocześnie, jako pocieszenie dla tych, którzy do teatru wnieśli nowe idee i praktyki, że nie wszystko i nie wszyscy je zapomnieli. W pożegnaniu Wojciecha Krukowskiego, które jako Jego współpracownicy z CSW opublikowaliśmy 20 stycznia 2014 w internetowym „Obiegu” znalazło się sformułowanie, o które upomina się Lech Raczak. Napisaliśmy tam m.in.:"Współtworzył kulturę niezależną w czasach PRL i stworzył wyjątkowy teatr, Akademię Ruchu, który wyprzedził swój czas". (http://www.obieg.pl/recenzje/31060). Dokonania prekursorów nie zostały całkiem zapomniane, choć nieczęsto pojawiają dziś w głównym nurcie artystycznego życia; podobnie jak w latach 70.(minionego wieku).