AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zapytajcie Kulsona

Fot. Karol Budrewicz  

Teatry na wyścigi inscenizują reportaże, ostatni numer miesięcznika „Dialog” przynosi rozważania na temat „teatru faktu”, na Otwartym Uniwersytecie Poszukiwań w Instytucie Grotowskiego rozpoczął się wielomiesięczny kurs poświęcony teatrowi dokumentalnemu. Nie powinno to dziwić w czasach „postprawdy”, gdy wiadomości telewizyjne koncentrują się przede wszystkim na tworzeniu faktów alternatywnych, gdy rzeczywistość staje dęba, a minister ochrony środowiska tnie Puszczę aż miło i z kolegami myśliwymi urządza sobie zawody w strzelaniu do wypuszczanych z klatek bażantów. Efekt godzinnej rzezi – czterysta trafień! Drżyjcie niemieccy cykliści! Drżyj dekadencka Gejropo!

Czasy narastającej paranoi mają tę jedną dobrą stronę, że znów aktualne stają się stare radzieckie dowcipy. Jak ten o Czukczy, który wraca ze zjazdu WKP(b). Gdy już siada wśród swoich, w Świętym Kręgu ogniska rozpalonego w tundrze, komunikuje trzy ważne prawdy, które zrozumiał w mieście Moskwie: po pierwsze – Marksengels to nie jest jedna osoba; po drugie – socjalizm służy Człowiekowi; po trzecie – ja widziałem tego Człowieka.

Przypomniało mi się to, gdy oglądałem wywiad nowego premiera, desygnowanego na to stanowisko przez partię mającą „prawo” w nazwie, który tłumaczył coraz bardziej zdumionemu amerykańskiemu dziennikarzowi, że prawo nigdy nie może być ważniejsze od Człowieka. A on zna doskonale tego Człowieka.

Z drugiej strony ta pleniąca się bujnie paranoja stawia jednak człowieka przed koszmarnym pytaniem, czy on sam może nie zwariował? No bo jeśli, jak uczył Hegel, rzeczywistość jest rozumna, a jest właśnie taka – rzeczywistość posła Piotrowicza dekomunizującego senatora Borusewicza – i inna zupełnie być nie chce, no to mi chyba odbiło... Chyba raczej na pewno tak – jak powiedział pewien reżyser zapytany przez aktora, czy może wejść na scenę z lewej kulisy. Stąd pewnie te dzisiejsze, gorączkowe wysiłki, by dotknąć na scenie rzeczywistości, poczuć, że ona jednak istnieje, a wraz z nią również ja.

Dokumentalne wzmożenie ujawnia też zamieszanie pojęciowe panujące w tej dziedzinie. Pisze o nim Joanna Krakowska w listopadowym „Dialogu”: teatr faktu, docudrama, verbatim, teatr dokumentalny, non-fiction, Żywa Gazeta, Zeittheater, faktomontaże... Jako przykłady dzieł oczywisty Proces Oppenheimera Heinara Kipphardta, ale też Wesele Wyspiańskiego, „a przynajmniej jego pierwszy akt (na podstawie obserwacji uczestniczącej)” czy Niespodzianka Rostworowskiego „(na podstawie notatki prasowej)”. Czy w takim razie także Hamlet, wywiedziony przecież z kronikarskiej zapiski Saxo Gramatyka?

Podejrzewam, że dokumentalne wzmożenie potrwa jeszcze przynajmniej chwilę, więc może dobrze byłoby nieco uporządkować pojęciowe przedpole.

Przesłuchanie Juliusza Roberta Oppenheimera jest sztuką teatralną, nie zaś montażem materiałów dokumentarnych” – pisze Heinar Kipphardt w poprzedzającym dramat słowie Od Autora. – „Autor stara się jednak przede wszystkim trzymać faktów ustalonych na podstawie dokumentów i relacji”. Dokumentem zasadniczym jest tu liczący 3000 stron protokół z dochodzenia w sprawie Oppenheimera, opublikowany przez Komisję Energii Atomowej USA w maju 1954 roku. Kipphardt zaręcza, że trzymał się go wiernie – o ile nie było to sprzeczne z wymogami sceny. W „paru miejscach” okazały się bowiem niezbędne „uzupełnienia i pogłębienia dla uzyskania bardziej surowej i bardziej pojemnej formy współczesnego dokumentu”. W tak zwanych intermediach Kipphardt wprowadza na przykład monologi postaci, których w protokole nie ma. Autor, jak pisze, starał się wywieść te monologi z postawy, jaką zajęły te postaci podczas przesłuchania, albo z innej okazji”. Usprawiedliwieniem wystarczającym jest fakt, że Kipphardt nie jest dziejopisarzem ale dramaturgiem „próbuje więc za radą Hegla wydobyć jądro i sens historycznego zdarzenia z otoczki incydentów przypadkowych i pozbawionych znaczenia, redukując wszelkie względne okoliczności i rysy charakteru i wprowadzając na ich miejsce takie, przez które jasno prześwituje substancja samej rzeczy”.

Oczywiście każdy autor verbatimu działa podobnie: redaguje przecież zebrany materiał, pozbywa się słów czy „incydentów przypadkowych”, kreśli. Z Kipphardtem różni go pewnie jedno – brak wiedzy na temat tego, jak wygląda „substancja samej rzeczy”. Nie znając jej, nie może stwierdzić, w których miejscach substancja owa „jasno prześwituje”.

W sztuce Kipphardta „rzecz sama” odkrywa się w pełni w jej finale, gdzie Oppenheimer wygłasza słowo końcowe przed sądzącym go trybunałem. Zapewnia, że będzie całkowicie szczery („a jest to technika, której się trzeba nauczyć, kiedy przez wiele lat życia nie było się szczerym wobec innych ludzi”) i mówi: „...zapytuję siebie, czy przypadkiem my, fizycy, nie okazaliśmy wobec naszych rządów zbyt wielkiej, zbyt bezkrytycznej lojalności, wbrew naszemu własnemu przeświadczeniu, w moim przypadku nie tylko w kwestii bomby wodorowej. Najlepsze lata naszego życia poświęciliśmy szukaniu coraz doskonalszych środków zagłady, wykonywaliśmy robotę wojskowych i mam w głębi serca przekonanie, że to było błędem. Jakkolwiek będę walczył przeciw decyzji większości tej Komisji, nie chcę w przyszłości pracować nad projektami wojennymi, bez względu na to, co przyniesie zamierzona apelacja”.

Dobry finał: dramatyczny, patetyczny, jednoznaczny. Tyle że... Oppenheimer tych słów nie wypowiedział. Nie wygłosił ich, bo żadnej mowy końcowej podczas przesłuchania nie było!

I o ile nikogo nie razi fakt, że Henryk V wygłasza przed bitwą pod Azincourt mowę napisaną dlań w dwieście lat później przez niejakiego Szekspira, o tyle nieco jednak uwiera okoliczność, że w sztuce dokumentalnej Oppenheimer czyni swój akt pokutny słowami włożonymi mu w usta przez Kipphardta.

Oppenheimer w każdym razie się wściekł i wystąpił z protestem, w którym wytykał autorowi Przesłuchania różne niezgodności z faktami, ale przede wszystkim generalną fałszywą ocenę całego zdarzenia: „Cała ta przeklęta historia – Oppenheimerowi chodzi o zeznania przed Komisją – była farsą. A ci ludzie próbują zrobić z tego tragedię”.

Kipphardt replikuje: „Doskonale potrafię wczuć się w niezadowolenie, jakiego doznaje osobistość historyczna, oglądająca siebie na deskach teatru. Komuś zaangażowanemu w historię niezwykle trudno jest się zdobyć na obiektywny dystans... taki dystans jest jednak nieodzowny, aby najgłębsze jądro i sens zdarzenia historycznego oczyścić z otoczki przypadków i zademonstrować je współczesnym jako ważki przykład”.

I znów to dążenie do „an sich”, najgłębszego jądra, najbardziej skrytego sensu! Miłym przyjacielem Platon, ale jeszcze milsza Prawda. Jeśli będzie do wyboru Oppenheimer i jądro – zawsze wybierz jądro!

Heinar Kipphardt, Peter Weiss, Rolf Hochhuth, wybitni autorzy teatru faktu tworzyli przede wszystkim w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w świecie bipolarnym, rozdartym na dwa wrogie obozy, dwie ideologie, dwie Prawdy. Jako „pisarze zaangażowani” (bez wyjątku po stronie lewicy) włączali się w tę walkę. Dlatego „jądro i sens” zdarzenia historycznego, o którym opowiadali, było zawsze nacechowane ideologicznie. Dla Kipphardta sowiecka bomba atomowa była chyba jakaś sprawiedliwsza, moralniejsza i bardziej humanitarna od swojej amerykańskiej starszej siostrzyczki.

Verbatim – dosłowny zapis rzeczywistości, podstawowa technika nowego teatru dokumentalnego, rodził się wraz z globalizacją i pojawieniem się baumanowskiej „płynnej rzeczywistości” z jej bezlikiem lokalnych prawd i opowieści. Gdyby próbować realizować verbatimowski spektakl Prawo dla Człowieka, to bez wątpienia nie można by się było ograniczać do stenogramów posiedzeń komisji Piotrowicza. Trzeba by przede wszystkim pójść do naszych stróżów prawa, szeregowych policjantów, kolegów mitycznego Kulsona i zapytać ich, czego bronili, ciągnąc ludzi po bruku i szukając żyletek w odbytach ekofaszystów.

(cdn)

13-12-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Paweł Dudziński
    Paweł Dudziński 2018-02-07   10:41:25
    Cytuj

    Mierzi mnie, uwiera i wkurza mielenie mózgowia, rozumkowe podejście do Sztuki... Ten cholerny racjonalizm wymyślił bombę atomową, pestycydy i herbicydy...Szekspir na całe stulecia zniszczył Teatr swoją literaturą, jak twierdził Antonin Artaud. Witkacy głosił "czystą formę" w Sztuce. Picasso mawiał "malarstwo robi ze mną co chce".Huxley - otwierał drzwi percepcji, Shaldrake ujawnił Pola Morficzne. Zatem istnieje jakiś obszar nie eksploatowany dotąd - i całe szczęście - przez rozumek...Jakaś struktura którą nosimy w sobie, do której należy sięgnąć by w ogóle przeżyć. A rozumkowcy wciąż z uporem międlą swe ratio - jakież to jest passe! Ale oni są mądrzy i uparci...I tak w kółko chocholi taniec się kręci...międli...lecą jakieś okruchy, paździerze...I smuteczek wionie z kąta...A Harman zachęcał do wejścia w Intuitywność!!! Twórzmy Sztukę Intuitywną!!! Precz z Literaturą na scenie! Precz ze scenariuszem! Precz z Reżyserią i cwanymi Reżyserami!!!