AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zdarzyło się kiedyś w Zakopanem

Fot. Karol Budrewicz  

 

58) My bed in Zakopane Stara Polana Hostel


Zdarzyło się kiedyś w Zakopanem.

Przychodzę na próbę, tak jak lubię, jakieś trzydzieści minut przed czasem. Jest słoneczny letni poranek. Żeby dojść na dużą scenę, przechodzę przez oszklone foyer. Sierpniowe światło kładzie się miękko na lakierowanych drewnianych podłogach, a meble oddychają salonowym rozleniwieniem. Aż chciałoby się przysiąść na jednym z krzeseł i pozwolić sobie na niewinne zmitrężenie czasu. Ale muszę przygotować ciało do próby – dobrze spotkać się z aktorami z żywiej płynącą krwią i swobodą w stawach – zatem wchodzę na widownie, przebieram się, robię to, czego ciało ode mnie oczekuje. Oddycham, koordynuję, wzmacniam, budzę moją maszynę życia. I kiedy już zrobiłem to, co miałem zrobić z obowiązku wobec samego siebie, zauważam, że w ocienionym zakątku sceny po lewej, na taborecie, siedzi nieruchomo z okiem wpatrzonym w podłogę aktor Krzysztof. Idąc za jego spojrzeniem, odbijam się od punktu jego wpatrzenia i znajduję po prawej stronie sceny siedzącego na bliźniaczym taborecie, zdaje się obserwującego ten sam punkt na podłodze, aktora… Krzysztofa. Obaj noszą to samo imię, obaj pracują w tym teatrze od zarania. Obaj patrzą w ten sam punkt na podłodze. Siedzą bez ruchu, patrzą. Czekają? Przygotowują się do próby? Przez chwilę biegam okiem raz ku jednemu, raz ku drugiemu. I jeszcze raz na lewo, a potem na prawo. Im dłużej i szybciej biegam okiem, tym prędzej rośnie we mnie niepokój: czy aby im nie przeszkadzam, czy moje nerwowe ruchy gałek ocznych nie wdzierają się nazbyt nachalnie w jakieś misterium intymności Krzysztofów? I pojawiają się dramatycznie nieskładne pytania: czy oni siedzieli na tych taboretach, nim zacząłem rozgniatać przestrzenie międzykręgowe, nim zacząłem sapać przy ćwiczeniach na sześciopak brzuszny? A może weszli bezgłośnie ledwie chwilę temu i patrzyli na moje wysiłki, a teraz spuścili oczy i udają, że nie podglądali? A może oni zostali tu na noc po wczorajszej próbie i zapomnieli wrócić do swoich domów? Albo, skoro oni tacy nieruchomi, diabolicznie cisi, to może w istocie ich nie ma? Może przyduszony zakopiańskim smogiem właśnie uległem chwilowej halucynacji?

I nie wytrzymuję tego napięcia międzyludzkiego, tej równoboczni milczącego trójkąta. Czmycham z widowni, przebiegam przez foyer. Na podwórku teatralnym zapalam papierosa dla uspokojenia skołatanych nerwów. Odczekuję w oddalonym kącie podwórza. Podpatruję, jak z naturalną elegancją wchodzi do teatru aktorka Dorota, jak energicznie jego progi pokonuje reżyser Edward, a kiedy wszyscy są już w komplecie wewnątrz, biorę głęboki wdech i wracam na widownię. A tam? Uśmiechy, wielokrotne „dzień dobry”, aktor Krzysztof, ten z lewej, ściska mi rękę, jak gdyby nigdy nic. I aktor Krzysztof, ten z prawej, robi to samo i tak samo, jak aktor Krzysztof z lewej i jak gdyby nigdy nic, wita się ze mną. I jest tak, jakby to sierpniowe słońce wlało się z foyer na scenę, jakby ktoś wyciął dziwność ostatnich 30 minut, jakby NIC się nie wydarzyło. Cóż mi zatem pozostaje, jak tylko poudawać, że w istocie NIC się nie wydarzyło i wspólnie zanurzyć się w tym, co nas łączy, co nas wybawia od życia? W tych dniach w Zakopanem otwieramy egzemplarze i zaczynamy obrabiać Jean-Luc Lagarce’a i jego Music-hall.

Tak, zanurzenie się w rytuał próby jest wyzwalające. Zapominam o przebudzeniu w nawiązującym do późnogóralskiego stylu łóżku z panicznym, nieprzytomnym i niemym krzykiem: „gdzie ja jestem! po co tu jestem!”, zapominam o rozpaczliwym poszukiwaniu kawy o świcie, zapominam o witkacowskim ataku Czystej Formy z Krzysztofami w roli głównej, zapominam o sierpniowym smogu nad Zakopanem. Ledwie zaczynamy i już jestem pochłonięty podejmowaniem wspólnych decyzji, które w danym momencie mają wagę bliską tym, które stwórca podejmował, mówiąc: „Światłość jest dobra, więc oddzielę ją od ciemności”, a które przy naszym Music-hallu dotyczą tego, czy aktorka Dorota, wychodząc zza horyzontu, ma wypowiedzieć pierwsze słowa po trzech, czy po czterech krokach, i czy najpierw widzimy gest, czy też słyszymy słowo. Propozycje, dyskusje, improwizacje, sztuczność zmieniająca się niespodziewanie w – zdawałoby się – odwieczną organiczność, niepokoje, histerie, nieporozumienia, powtórzenia, kolejne propozycje, czyjeś widzimisię, niespodziewany błysk geniuszu, irracjonalne przekonanie, że geniusz jest rozpięty między nami niczym trampolina dla tekstu Jean-Luc Lagarce’a.

Mija godzina próby, potem druga i nagle:

„Zawsze w ten sam sposób, powoli i od niechcenia”.

„Zawsze w ten sam sposób, powoli i od niechcenia” – mówi słowa swojej postaci aktorka Dorota. Słowa są takie, jakby wycięło się je z permanentnej degrengolady bohatera Człowieka, który śpi Georgesa Pereca. Ale Dorota robi magicznego fikołka i jest w tym zdaniu jakiś aktorski heroizm, moc postanowienia, ekscentryczna władczość nad czasem bez cienia sentymentalnego łkania wobec nieuchronnej powtarzalności za to z rewolucyjną wręcz radością płynącą ze zgody na wykonywanie tej samej partytury życia od zarania do zmierzchu.

„Zawsze w ten sam sposób, powoli i od niechcenia” – znajduje w mojej głowie nienaruszalne miejsce dla siebie. Już nigdy z tego miejsca nie uleci. Dlaczego właśnie ta fraza tak we mnie rezonuje, a nie inne spośród setek, które na tej próbie są przez Dorotę wypowiadane? W logorei bohaterki są przecież równie smakowite spostrzeżenia, jak choćby to o widowni, która zawsze chce wiedzieć, o co chodzi i co będzie dalej. Lub też cała love-hate relation z domniemaną publicznością zawarta w jednym i krótkim: „Szydercy”. Tak, każde słowo w tej sztuce ma swoje miejsce i swoje znaczenie, ale po pierwszym olśnieniu pozostaję w czekaniu na bis, wyczekuję chwili, kiedy Dorota raz jeszcze tę frazę powtórzy: „Zawsze w ten sam sposób, powoli i od niechcenia”. I zachwyca mnie to, że przy każdym powrocie do tego fragmentu tekstu, melodia słów jest identyczna, a niedookreślony, a wszystko w sobie zawierający sens znowu zawisa pomiędzy nią a mną słyszącym/widzącym. Tak, jakby jakiś INNY wszeptywał jej te słowa do ucha i słowa te przechodziły przez nią, i trafiały do mnie.

Ile to razy, jakiś INNY wszeptywał rytmy, melodie, sensy w uszy posłusznych aktorów? Ile razy jakiś INNY otwierał w mojej głowie miejsca dla tych słów? Na przykład, kiedy aktorka Teresa w roli Babci, improwizując tekst Witkacego w Sonacie Belzebuba w Teatrze Miejskim w Gdyni, powiedziała: „Istvanku, ty sam dla siebie nie jesteś dziwnym, ale dla tych z drugiej strony jeziora…”. Albo lata temu we wrocławskim Teatrze Polskim aktor Erwin, grający Hrabiego Scurvy w Szewcach, biorąc mnie razem z setkami innych widzów na świadków własnej tragedii, żegnając się z nami, stwierdzał: „Wot, do czorta! Pękła mi aorta!”. Czy też mistrz Zbigniew w roli Wuja Leona w Kosmosie z jego: „Po co to nerwusium? Nie ma powodu do nerwusium!”. A już to zbiorowe: „Nie na ziemię! Tylko nie na ziemię”, ze Słomkowego kapelusza Eugène Labiche’a w Teatrze Powszechnym w Warszawie brzmi sobie i brzmi, i bawi bez końca. I nie ważne, że od usłyszenia niektórych z tych kwestii minęły dekady – one mieszkają wygodnie w pokojach mojego mózgu, one są częścią mojego myślenia. Muszę pilnować się, żeby nie wyskakiwały ze mnie przy byle okazji.

Ale teraz, które jest o 10 lat odległe od zakopiańskiej przygody, teraz, kiedy tkwię w swoim domu w niecierpliwej niezgodzie na dziwność życia w cieniu niewidocznego stracha na wróble i kiedy kolejny dzień niczym nie różni się od poprzedniego, przypominam sobie Dorotę, słyszę Dorotę i wbijam moje codzienne jajka na patelnię o świcie, i wyobrażam sobie, że tłumnie zebrani szydercy czekają na moją kolejną kreację, a ja… „Zawsze w ten sam sposób, powoli i od niechcenia”.

29-04-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: