AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zrzędność i przekora: „Coś, co was podnieca”

Fot. Karol Budrewicz  

Krzysiu Kopko, stary druhu, chyba zbyt pośpiesznie uznałeś w swoim felietonie, że tematyka genderowa zeszła w ostatnim czasie na dalszy plan. Mam wprost przeciwne wrażenie, a piszę to wysłuchawszy niezliczonych dyskusji, które spadły na nas jak lawina błotna po europejskim festiwalu piosenki.

Jak pewnie wiesz, zwyciężył austriacki wykonawca, Thomas Neuwirth, który używa scenicznego pseudonimu Conchita Wurst, albowiem występuje jako kobieta. Wurst to po niemiecku kiełbasa. Gałczyński w jednym ze sławniejszych swoich wierszy pytał: „Dlaczego ogórek nie śpiewa?”. W tym przypadku można by zapytać, dlaczego mianowicie Kiełbasa śpiewa, ale nie drążmy tego tematu, bo tak gustownie żartując, zapędzimy się do Bawarii albo Tyrolu, a tam poziom humoru raczej nie osiąga alpejskich wyżyn.

Ludzie bywali w świecie tłumaczą, że Conchita to drag queen; reszta narodu, czyli ziomy, żyje w przekonaniu, że nareszcie zobaczyła tego dżendera, przed którym ostrzega episkopat. I wojna ideologiczna odżywa ze zdwojoną siłą, a zamiast kampanii wyborczej mamy kłótnię o kamp. Oświeceni krzyczą o wolności i tolerancji, czyli Europa. Ciemnogród grzmi, że dekadencja i degeneracja, czyli koniec Europy. Jedni drugim skaczą do gardła, liderzy partii zapluwają się i opluwają, uczone białogłowy od Judith Butler wystawiają pazurki, żeby nimi rozorać znienawidzone ryje białych, męskich, szowinistycznych świń, a raczej wieprzów, te zaś kurczowo trzymają się za symboliczne atrybuty męskości i fallokratycznie pochrząkują. A stacje telewizyjne z niezawodnym cynizmem obsługują to medialne zoo, bacząc tylko, czy rośnie im oglądalność. Słowem – jaja jak moherowe berety.

A ja przed telewizorem kulam się ze śmiechu. Śmieszą mnie uczestnicy tych niedorzecznych pyskówek; zarówno zresztą postępowo nawiedzeni doktrynerzy pokroju profesorki Środy, jak i patriarchalnie nabzdyczeni konserwatyści w rodzaju profesora Legutki – jedni i drudzy odpychająco fanatyczni. Szczególną uciechę mi sprawia, gdy na przebranego za kobietę piosenkarza napadają księża, których, by tak rzec, strój organizacyjny odbiega przecież od potocznie preferowanego – z wyjątkiem Szkocji – wzorca męskości (słuchając jednego z tych wojujących duchownych nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to sama Opatrzność puszcza do nas Oko…).

Nawiasem mówiąc, wyżsi funkcjonariusze Kościoła rzymskokatolickiego, tak wyklinający ideologię gender, sami przekraczają stereotypy płci: mówią w afektowany sposób, a podczas kościelnych uroczystości wyciągają – jak wyniosłe matrony – upierścienione dłonie do ucałowania. Lepsze to może niż obyczaj dygnitarzy komunistycznych; ci wprawdzie nosili spodnie, jak Pan Bóg – ha, ha! – przykazał, ale z upodobaniem całowali się w usta. W latach siedemdziesiątych świat obiegło sławne zdjęcie, na którym przywódca Związku Radzieckiego, Leonid Breżniew wpija się namiętnie w otwór gębowy przywódcy NRD, Ericha Honeckera. Mniam! A Ojcu Narodów śpiewano piosenkę: „Towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin”.

Ale muszę też tu wyznać, że samo przebieranie się mężczyzn za kobiety i odwrotnie śmieszy mnie w sensie bardzo pozytywnym. Myślę nawet, że zgodnie z bardzo długą tradycją powinno śmieszyć, bo przebieranka jest jednym z najbardziej niezawodnych sposobów wzbudzania komizmu. Żeby daleko nie szukać (a można by aż u Arystofanesa): Gwałtu, co się dzieje Fredry opiera się już nie tylko na przebieraniu, lecz na zamianie ról: kobiety obejmują rządy w Osieku i swoich mężczyzn zapędzają do garów i kołowrotka. Mam do tej komedyjki słabość – przed półwieczem jako ledwo odrosłe od ziemi pacholę obserwowałem próby amatorskiego teatru, który moja mama prowadziła w Powiatowym Domu Kultury w T.; wprost ryczałem ze śmiechu, gdy znani mi i szanowani obywatela naszego miasteczka zakładali suknie i czepki i przeistaczali się w zahukane gospodynie domowe. Genderowa zaraza dość wcześnie mnie tknęła.

Inny rodzimy przykład: Eugeniusz Bodo w filmowej komedii Piętro wyżej; śpiewał w niej słynny szlagier z refrenem: Sex appeal to nasza broń kobieca, sex appeal to coś, co was podnieca; zrobiony był na sławną wonczas aktorkę Mae West: w lśniącej, opinającej ciało sukni, z wielkim białym wachlarzem – cudo! Nie ustępował Jackowi Lemmonowi i Tony`emu Curtisowi, którzy ćwierć wieku później bawili nas w arcydziele Wildera Pół żartem, pół serio. Bliżej naszych czasów Wojciech Pokora przedzierzgnął się w gosposię Marysię z niezapomnianej komedii Barei Poszukiwany, poszukiwana. A sięgając jeszcze do amerykańskiej klasyki, czyż Dustin Hoffman nie był cudowny w Tootsie? A Robin Williams jako pani Doubtfire? (Bywało też odwrotnie, np. Jadwiga Smosarska udawała mężczyznę w komedii Czy Lucyna to dziewczyna; pomijam tu rzecz jasna szekspirowski temat płci Rozalindy, bo po wyczynach interpretacyjnych Jana Kotta trudno się wymądrzać).

Wszelako Conchita Kiełbasa mimo przebrania mnie nie rozśmieszyła, bo też chyba nie taki był jej zamiar. Myślę, że jej wizerunek sceniczny wywodzi się z innej tradycji, w Polsce słabo obecnej, a jeśli już, to, by tak rzec, pokątnie. Pamiętam, jak przed laty we Wrocławiu trafiłem na kameralne przyjęcie w domu znakomitego, nieżyjącego już aktora, Erwina Nowiaszka. W pewnym momencie Erwin przeprosił towarzystwo i zniknął. Po pół godzinie do pokoju weszła Marlena Dietrich… |

Erwin, jak się okazało, miał całą garderobę wspaniałych damskich kreacji, butów na szpilkach, peruk i wszelkich niezbędnych akcesoriów. Nastawił płytę i dał recital piosenek Marleny. Był zjawiskowy, boski. Ale w jego występie nie było nic komicznego; już raczej – perwersyjnego. I może to jest kluczowa sprawa: perwersja, którą tak znakomicie potrafili wyzyskać artyści niemieckich kabaretów i zresztą robią to do dziś. Sam jestem wielkim fanem Tima Fischera i Georgette Dee, którzy tworzą na scenie niezrównane postaci kabaretowych szansonistek i malowniczych diw. Od Conchity Kiełbasy różni ich wyrafinowany smak i poziom artystyczny. Kiełbasa jest jednak wytworem popkulturowym, a jej sceniczna postać doprawiona jest nie tyle pieprzem perwersji, co mdlącą słodyczą kiczu i modnego kampu (cokolwiek o nim sądzić) .

Przypomina mi dziełka sławnej pary kampowych fotografików, Pierre`a i Gillesa, którzy m.in. tworzą cukierkowe, homoerotyczne wizerunki pretensjonalnych świętych, a nawet zniewieściałego Jezusa, z którym wiotka, długowłosa i brodata Kiełbasa ma może najwięcej wspólnych cech. Choć mam także w oczach fotografię Pierre`a i Gillesa, która nosi tytuł Sainte Affligée i przedstawia kobietę z długimi puklami czarnych włosów i z czarną brodą; kobieta, ubrana w strojną błękitną suknię i srebrne pantofelki, ze złotą koroną na głowie, przybita jest do krzyża. Przypuszczalnie ma ona coś wspólnego ze św. Wilgefortis, zwaną też niekiedy św. Liberatą. Czy rzeczywiście od wiszącej na krzyżu kobiety z brodą wiedzie prosta albo raczej krzywa droga na estradę festiwalu Eurowizji, to już nie podejmuję się wyjaśniać, bo to, wicie, jak mawiała księżna Irina Wsiewołodowna Zbereźnicka-Podberezka, jestem prosta nieuczona hrabianka. Hej!

A co do gwiazdy Eurowizji, to na koniec muszę się jeszcze przyznać, że gdybym miał kiedyś w życiu jak Robinson wylądować na bezludnej wyspie, to nie chciałbym tam zastać Conchity Kiełbasy w charakterze Piętaszka…
Ściskam Cię, Krzysiu, serdecznie!

19-05-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: