AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zrzędność i przekora: „Jak ślicznie, lekko tańczysz pan!”

Fot. Karol Budrewicz  

Popularny w swoim czasie aktor filmowy, Bob Hope, błysnął kiedyś bon motem wartym przypomnienia: „Jestem staromodny: wciąż jeszcze tańczę nogami”.

Słowa te sprawiają, iż cofam się pamięcią o pięćdziesiąt lat, do owej „genialnej epoki”, gdy pasjami tańczyłem twista. Nie chodziłem jeszcze do szkoły. Pozostawiony samemu sobie, czas spędzałem, słuchając radia. Okazały odbiornik w drewnianej obudowie, z zielonym, „magicznym” okiem i skalą świecącą nazwami europejskich miast, nastawiony był na Warszawę pierwszą. Nadawała ona, prócz audycji dla przedszkolaków, uczniów, rolników, gospodyń domowych, żołnierzy i kogo tam jeszcze, również muzykę taneczną i piosenki. Było sporo przebojów francuskich i włoskich, trochę angielskich, amerykańskich; dominowali wykonawcy polscy. Znałem i lubiłem wielu – ale szczególnie Helenę Majdaniec. Wiedziałem, że na studium nauczycielskim w Szczecinie kolegowała z moją ciotką i chyba z tego powodu po koncercie Czerwono-Czarnych w naszym miasteczku – byłem na nim, rzecz jasna – zjawiła się u nas w domu i nawet nocowała.

HM śpiewała ciepłym altem, który bardzo mnie u kobiet tentuje, i wylansowała przynajmniej kilka wielkich przebojów, jak choćby Rudy rydz czy Zakochani są wśród nas; ja chyba najbardziej pokochałem Wesołego twista, który premierę miał w roku 1963. Do dziś pamiętam słowa: „Tańczyć twista jak artysta/ to niełatwa rzecz/ bo prócz ruchu, rytmu, słuchu/ trzeba giętkość mieć, aha!”.

Szalenie bawił mnie też fragment: „Do twista zapalić się potrafię/ do twista postawię stół na szafie” – bo i ja potrzebowałem sporego kawałka wolnego parkietu. Ledwie w głośniku rozlegały się pierwsze takty, już zaczynałem kręcić tą częścią ciała, gdzie – jak mawiał Makuszyński – plecy nazwę swą szlachetną tracą; zginałem na przemian to lewą nogę, to prawą, a wszystkie te wygibasy wspomagałem energicznymi ruchami rąk, którymi zawzięcie młóciłem powietrze. Miałem wonczas piastunkę, Manię; była niemową i tylko śmiejącymi się oczami dawała wyraz podziwowi, w jaki wprawiała ją moja choreografia.

Twist zrobił światową karierę m.in. dzięki niezapomnianemu hitowi Chubby’ego Checkera „Come on, let’s twist again/ like we did last summer”. U nas, oprócz HM, którą nazywano królową twista, piosenki oparte na tym prostym dwudzielnym takcie w repertuarze miało jeszcze paru wykonawców, na przykład Filipinki, których szlagier Walentyna-twist powstał na cześć radzieckiej kosmonautki, Tiereszkowej („Walentyna, Walentyna, już gwiazd kraina/ ją dobrze zna/  Były kwiaty dla Gagarina,/ a Walentyna twista ma!”).

Twist panował na parkietach przez dobrych parę lat, ale musisz, Drogi Czytelniku, wiedzieć, że był on jednym z ostatnich już tańców, które trzeba umieć tańczyć, a zarazem zjawiskiem granicznym – zamykał epokę partnerstwa w tańcu. HM śpiewała przecież, że „do twista nie musisz mieć partnerki/ ni Ani, ani Hani, ani Mani, ani mnie/ bo twista dziś solo tańczy się”.

Z biegiem czasu opanowałem też tańce towarzyskie, tak że w pewnym momencie mogłem był, jak ów Baron z Wampira we flakonie, chwalić się, że „w dancingach jestem wprost wszechwładny”. Zresztą potwierdzi to każdy, kto pamięta popisowe tango z figurami, jakie illo tempore wykonaliśmy z Markiem P. o pierwszym brzasku w Dziekance (akademik szkół artystycznych na Krakowskim Przedmieściu): on asystent w PWST, ja początkujący wykładowca – nie pamiętam tylko, który z nas prowadził. Imprezkę zorganizowali studenci, z których większość działa obecnie na niwie publicznej; niektórzy nawet są sławni.
 
Działo się to dawno temu. Byliśmy piękni i młodzi. Dziś jesteśmy już tylko piękni.

Jako tancerz nie stroniłem od eksperymentów. Towarzysząc kiedyś Gardzienicom w wyprawie do Walii czy Kornwalii, wziąłem udział w warsztacie, podczas którego praktykowaliśmy taniec wirujących derwiszów. Musiałem kręcić się wokół własnej osi z coraz większym zapamiętaniem i coraz większą prędkością. Grześ Bral mnie asekurował, a ja czułem się, jakby we mnie wstąpił sam Dżalaludin Rumi. Co prawda, nie wiem, czy jako wyznawca Proroka dobrze by się we mnie czuł, ponieważ przed warsztatem prowadziłem w lokalnym pubie głębsze studia nad zdumiewającą różnorodnością gatunków whisky, co zresztą bardzo sprzyjało jakości i intensywności wirowania.

Kiedy indziej wystąpiłem jako demon dancingu, co o mało nie zaprowadziło mnie nie tyle do ołtarza, ile przed oblicze kapitana statku, który, jak wiadomo, ma prawo udzielić ślubu na morzu. W danym wypadku był to Bałtyk, nieźle rozhuśtany sztormową pogodą. Pasażerowie chorowali w kajutach, ja natomiast, doświadczony wilk morski, zabłąkałem się do sali dancingowej, gdzie poza dwiema Finkami, matką i córką – obie o walorach cielesnych godnych pędzla Rubensa – nie było żywej duszy; muzyka do tańca wszelako grała, więc ruszyłem z Finkami w prysiudy, bo, jak śpiewali starzy lwowiacy: „Kiedy muzyczka zagra sztajera,/ To mni du tańca bierzy chulera”. Fińskie walkirie wracały z Polski, dokąd wybrały się w poszukiwaniu męża, ale wyprawa nie przyniosła owoców. Po paru tańcach wpadły jednak na pomysł, że może ja się nadam, przy czym mamusia jakby bardziej parła do celu. Sytuacja, by tak rzec, nabrzmiewała. W krytycznym momencie z odsieczą przybyli moi przyjaciele z Teatru Ósmego Dnia; płynąłem z nimi jako jednoosobowa ekipa techniczna do Helsinek, gdzie nomen omen mieli grać spektakl pod tytułem Tańcz, póki możesz. Gdyby nie troska Adama i Marcina, siedziałbym teraz w saunie i słuchał Sibeliusa…

Na koniec muszę uczynić wyznanie: cały ten felieton piszę z nieutulonego żalu, że mianowicie nie zrealizowałem w życiu mego autentycznego powołania. Może bym nie doszedł do tak przygnębiającej konkluzji, gdyby studenci nie pokazali mi na zajęciach teledysku z piosenką Chleb w wykonaniu Doroty Masłowskiej. Do tej chwili nie mogę się otrząsnąć: więc jednak można spełnić najgłębsze pragnienia i w apogeum sławy porzucić pisarstwo dla piosenkarstwa. I to w jakim stylu! Prawdziwy „paw królowej”…

Jak ja jej, psiakrew, zazdroszczę!

31-03-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: