AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zrzędność i przekora: Moje życie z panią Izą

Fot. Karol Budrewicz  

„Pan to jest odważny człowiek” – rzekła do mnie Iza Cywińska. Siedziała przy stoliku w zatłoczonym, zadymionym i rozgadanym Klubie Aktora w Opolu. Przed laty w tym samym pomieszczeniu działał Teatr 13 Rzędów – z aktorów Grotowskiego lały się tu pot, krew i łzy; teraz w trakcie festiwalowych nocy lała się wódka, czasami ktoś wylewał żale. Był schyłek lat osiemdziesiątych (rok 1987 albo 1988) i nikt się nie spodziewał, że za chwilę cały świat stanie na głowie.

Pani Izy osobiście wtedy nie znałem; znałem i ceniłem jej przedstawienia, na które jeździło się do Poznania; ją samą darzyłem szacunkiem. Fakt, że mnie zaczepiła, i zdanie, które wypowiedziała, wprawiły mnie w konsternację: nie miałem pojęcia, o czym ona mówi; może jakiś mój tekst uznała za odważny? No, owszem, człowiek starał się coś przemycić przez cenzurę, pisywało się nawet – pod pseudonimem – w prasie podziemnej, ale takich gierojów było wtedy na pęczki, więc o co tej Izie chodzi?

Zadałem prostolinijne pytanie: „Dlaczego pani uważa, że jestem  odważny?”. A pani Iza na to: „No, wie pan, żeby przywieźć cztery przedstawienia na jeden festiwal, trzeba mieć dużo odwagi…”.

Zgłupiałem do reszty i to zgłupienie musiało się wyraziście odmalować na moim obliczu, ponieważ pani Iza z lekka się zacukała i przyglądając mi się badawczo, zapytała: „A to pan nie jest Andrzejem Dziukiem?”.

Wreszcie pojąłem: pani Iza wzięła mnie za twórcę i lidera Teatru im. Witkacego w Zakopanem, który rzeczywiście pokazywał podczas Opolskich Konfrontacji cztery spektakle, zresztą poza konkursem – special guest star. Zakopiańczycy byli wtedy na ustach wszystkich – zrobili chyba najbardziej olśniewającą karierę teatralną w ostatnich latach przed upadkiem PRL, do ich siedziby na Krupówkach pielgrzymowała cała teatralna Polska, której przewodził Jacek Sieradzki, a moja redakcja postanowiła przyznać Dziukowi nagrodę im. Swinarskiego. Fakt, że pani Iza zobaczyła we mnie Dziuka nie przynosił mi więc ujmy, choć podobieństwo między nami raczej się nie rzucało w oczy – chyba tylko ostrzyżony byłem wtedy, jak on, na jeża.

Tak czy inaczej zanim zdążyłem wyprowadzić panią Izę z błędu, siedząca przy tym samym stoliku recenzentka „Życia Literackiego” Bożena Winnicka – której również wtedy nie znałem osobiście – spojrzała przez grube jak dno butelki szkła okularów i zakończyła nieporozumienie: „Iza, no coś ty, przecież to Majcherek…”.

W Teatrze im. Witkacego byłem tylko raz, na początku 1987 roku. Pojechałem w okolice Zakopanego na sylwestra, a oni akurat w sylwestrowy wieczór mieli premierę legendarnego dziś spektaklu Cabaret Voltaire. Trafiłem na drugie czy trzecie przedstawienie, ścisk był straszliwy, z trudem wywalczyłem miejsce na podłodze, sadowiąc się u stóp jakiegoś człowieka, który siedział na krześle. Widowisko – seans dadaistyczno-surrealistyczny – było długie, ale godne swojego tytułu. Bawiłem się do szaleństwa, a pokładając się ze śmiechu, opierałem się plecami o dolne kończyny faceta, którego miałem za sobą. Gdy śmiech osiągał poziom paroksyzmu, rycząc bezwiednie, odchylałem głowę i kładłem ją na jego kolanach, aż w końcu odwróciłem się, żeby go przeprosić – wtedy dopiero zobaczyłem, że to Jerzy Urban; bawił się nie gorzej ode mnie.

Zetknięcie z Urbanem – bądź co bądź fizyczne – mojej wizycie w Teatrze Witkacego przydało pieprzu. O Urbanie, który w stanie wojennym został rzecznikiem prasowym rządu myślało się i mówiło najgorsze rzeczy w stylu: „Gdyby Urban nosił turban, to byłby Chomeini zamiast świni”. Ten poczytny kiedyś, niepokorny i zresztą wybitny felietonista w latach osiemdziesiątych cieszył się powszechną nienawiścią – piszę „cieszył się”, bo wyraźnie go to radowało. Prowokację miał we krwi i wprost uwielbiał wkurzać zgnębionych obywateli PRL; z upodobaniem też tumanił zachodnich dziennikarzy, z którymi bawił się jak przebiegły kot z durną myszką podczas cotygodniowych konferencji prasowych.

Nienawidziłem Urbana jak wszyscy, ale też jego prowokacyjny, błazeński cynizm i nihilistyczne poczucie humoru budziły we mnie pewnego rodzaju fascynację, jaką żywimy niekiedy do rzeczy wstrętnych i obrzydliwych. Zaprzyjaźniona pani psycholog rozpoznałaby we mnie zapewne skłonność do perwersji… W każdym razie od tamtej pory – wedle zasady „Mówimy: partia, a w domyśle: Lenin” – ilekroć mówię o teatrze Dziuka, myślę o mojej głowie spoczywającej na kolanach Jerzego Urbana.

Po latach, w roku 2003, Iza Cywińska zrobiła w Teatrze Małym przedstawienie według powieści Katarzyny Grocholi. Bardzo mi się ono nie podobało, więc swemu dysgustowi dałem wyraz w felietoniku ogłoszonym w „Teatrze”; przy okazji wykpiłem premierową publiczność, wśród której – pośród rozmaitych sierot po PRL – brylował nie kto inny, tylko Jerzy Urban – okaz samozadowolenia. W wolnej Polsce założył, jak wiadomo, tygodnik „Nie” – rodzime „Charlie Hebdo” – i swoje błazenady do dziś uprawia w najlepsze. Po jakiego diabła pani Iza zaprosiła go na swoją premierę, nie wiem; może na życzenie Grocholi?

Wiem, że mój felietonik dotknął panią Izę, ale raczej nie z powodu Urbana, tylko ze względu na żart z grafomańskiej literatury i mizernego spektaklu (którego nie uratowała nawet Danusia Stenka w głównej roli). Nasze stosunki na jakiś czas się ochłodziły, ale potem wróciła dawna sympatia. Jej wyrazem była w swoim czasie pewna wspólna zamorska przygoda. Ale nie wszystko naraz…

9-03-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: