AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zrzędność i przekora: Szampan przed śniadaniem

Fot. Karol Budrewicz  

W zasadzie podzielam przekonanie Pascala, iż wszystkie ludzkie nieszczęścia biorą się stąd, że człowiek nie potrafi usiedzieć cicho sam w pokoju. Co do mnie to własny pokój – jedyny jaki mam – traktuję jak wyspę, którą opuszczam rzadko i niechętnie, i tylko w sytuacji, gdy muszę się pojawić u jednego z moich chlebodawców. Wtedy widuje się mnie na linii Nowy Świat – Krakowskie Przedmieście – Miodowa. Poza tym staram się pracować chałupniczo.

Moja towarzyszka życia od siedemnastu lat w ogóle nie wychodzi z domu. Pragnę nadmienić, że ma na imię Pyza i jest kotką. Większość czasu spędza leżąc na mnie; wyobraża sobie, być może, że jestem rozpalonym blaszanym dachem.

Nie przeczę, że moje domatorstwo ma znamiona zdziwaczenia – przyszło z wiekiem. Kiedyś należałem do ludzi aż do przesady towarzyskich. Przyjmowałem i bywałem, co, jak sądzę, paru Czytelników może jeszcze pamiętać. Nie brzydziły mnie nawet wyjazdy do innych miast, zresztą konieczne: przez dwadzieścia pięć lat pracowałem w „Teatrze” i recenzowanie przedstawień w całej Polsce oraz udział w festiwalach należały do moich podstawowych obowiązków. Gdy zwyciężył we mnie domator, porzuciłem zawód recenzenta.

A zaczynałem od podróży właśnie. Do redakcji „Teatru” zostałem przyjęty w październiku 1982 roku. Mój ówczesny naczelny, Jerzy Sokołowski (niedawno zmarł, wspominam go z sympatią), dał mi pierwsze zadanie: miałem pojechać do Radomia, obejrzeć Burzę i napisać recenzję.

O Radomiu – jeśli nie liczyć wydarzeń 1976 roku – wiedziałem tyle, co napisał Gombrowicz: że Radom nawet o wschodzie słońca nie jest poematem.

O słońcu w ogóle nie było mowy: jesień ‘82 przygnębiała dubeltowo: po pierwsze, sama przez się, jak to jesień; po drugie: wciąż obowiązywał stan wojenny. Zajechałem do Radomia późnym popołudniem, było ciemno, wilgotno i pusto. Nie miałem pojęcia, jak dojść do teatru; zagadnąłem patrol milicjantów – tych nie brakowało; wskazali mi drogę przez ponury park. Błąkałem się w ciemnościach, nie wiedząc, że mam szukać Urzędu Wojewódzkiego, bo to w jego gmachu mieścił się wtedy kątem Teatr im. Kochanowskiego. W urzędzie zastałem portiera. Przyglądając się nieufnie, pouczył mnie, którędy iść do siedziby teatru. Do rozpoczęcia przedstawienia było jeszcze sporo czasu, więc nie bardzo wiedziałem, co ze sobą robić, ale w końcu pośród kafkowskich korytarzy otworzyłem jakieś drzwi i nieoczekiwanie znalazłem się w sekretariacie teatru.

Na powitanie wyszedł mi starszy pan o sympatycznym, jakby ptasim obliczu, który, widząc moje zagubienie, zapytał, czy jestem redaktorem z Warszawy (macie pojęcie? tak mnie nazwał: „redaktor z Warszawy”, a ja miałem dwadzieścia trzy lata i w dorobku jeden opublikowany tekst…). Gdy nadrabiając miną odparłem, że tak, zaczął krzątać się troskliwie, budząc we mnie niejaki niepokój. Co było przyczyną tego niepokoju, nie wiem; może to, że pan nosił tak zwany tupet, czyli peruczkę zakrywającą łysinę na wierzchu głowy; sprawiał ów tupet wrażenie, że – źle przymocowany – przesuwa się i zaraz spadnie. A może to, że mówiąc do mnie, pan mrugał okiem, a ja zupełnie nie potrafiłem stwierdzić, czy mruga porozumiewawczo (i w jakiej sprawie!?), czy ma taki tik. Gdy zaprosił mnie do gabinetu, zorientowałem się wreszcie, że to dyrektor teatru, Zygmunt Wojdan.

Wiedziałem, że od zakończenia wojny grał, reżyserował i dyrektorował w wielu miastach, aż w końcu spełnił się w Radomiu, gdzie zresztą ma swoją ulicę; jego dyrekcja trwała od 1978 do 1991 roku. Obserwowałem go nie bez fascynacji, widząc w nim wszelkie cechy starego teatralnego wyjadacza, co to z niejednego pieca itd. – niewielu wtedy takich znałem. On tymczasem wyciągnął z szafy patelnię i jajka, i tonem opiekuńczego gospodarza oznajmił: „Pan redaktor na pewno przemarznięty po podróży, zaraz zrobię panu redaktorowi jajeczniczkę…”.

Burza w jego reżyserii była, co tu dużo mówić, prowincjonalna. Siadając do recenzji miałem pierwszy raz w życiu dylemat z zakresu etyki zawodowej: jak tu schlastać przedstawienie człowieka, który tak się mną zajął, że nawet jajecznicę mi usmażył… Ale młody byłem i nieprzekupny. Schlastałem.

Do Radomia wróciłem po dziesięciu latach. Schedę po Wojdanie przejął Wojtek Kępczyński. Wymyślił Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski i wciągnął mnie do współpracy. Za dyrekcji Wojtka odbyły się w Radomiu trzy edycje festiwalu, na które zjeżdżała międzynarodowa śmietanka speców od Gombrowicza – uczonych i artystów. Rej wśród nich wodziła sekretarz literacki teatru, Dorota Kolano. „Those were the days, my friends”… (jak śpiewała przed półwieczem Mary Hopkin).

Któregoś razu wpadł do Radomia Richard de Marco. Od Tyma i Barei wiemy, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki; ten Rysiek  był nie tylko fajny, ale i sławny. Prowadził w Edynburgu galerię sztuki i z upodobaniem promował artystów z Europy Wschodniej. Wiele zrobił dla Kantora. Do dziś widzę go, jak pod teatrem Kochanowskiego z ekspresją typową dla ludzi maniakalnie pobudzonych woła: „Urządzę w Radomiu światowe centrum Gombrowicza!”. Po czym odjeżdża samochodem, którym dopiero co przyjechał, i macha nam entuzjastycznie na pożegnanie.

Oczywiście, najważniejszym gościem festiwali była zawsze pani Rita Gombrowicz, wdowa po Witoldzie; czarująca i życzliwa, z klasą i spokojem znosiła fakt, że traktowana jest jak bazylissa Teofanu. Gdy zawieziono ją do dawnego majątku Gombrowiczów, miejscowa ludność biegała po wsi z obłędem w oczach, krzycząc: „Dziedziczka przyjechała!”.

Już nie pamiętam, czy po pierwszym, czy po drugim festiwalu odwoziliśmy panią Ritę do Warszawy. Dyrekcja wynajęła luksusową limuzynę, z rodzaju tych, które widuje się w orszakach ślubnych. Samochód był biały, nieprzytomnie długi, miał zaciemnione szyby, a w jego wnętrzu-salonce mieściło się swobodnie chyba z dziesięć osób. Oprócz Drogiego Gościa i jego asysty, salonką o poranku jechali dyrektorzy radomskiego teatru, paru zacnych intelektualistów i profesorów oraz ja, który byłem rzecznikiem prasowym festiwalu. Po ostatniej nocy w Radomiu niektórzy z nas byli, co tu kryć, utrudzeni. Kierował nami jeden imperatyw, który z tak przejmującą prawdą wyraził Janusz Gajos w filmie Żółty szalik: „Trzeba się ratować!”.

Salonka była wyposażona w barek, ten zaś okazał się obficie zaopatrzony. Uznaliśmy, że okoliczności wymagają otwarcia szampana. (Jak u Lowry’ego: „Zdobądźmy się na odrobinę szaleństwa i napijmy się szampana przed śniadaniem!”). Spełniliśmy toast, poprawiliśmy drugim, aż jednego z nas – czemu trudno się dziwić – zemdliło. Osobnik ów wykazał się kulturą i przytomnością umysłu: zręcznym ruchem przesunął szyberdach nad sobą, wstał i z mknącej przez Mazowsze limuzyny nadzwyczaj dyskretnie puścił pawia.

W ten sposób Witold Gombrowicz został poniekąd uczczony jako autor Operetki, w której występuje, jak wiadomo, postać Profesora, cierpiącego na „chroniczny wymiot”. Jego główna, stale powracająca kwestia brzmi: „Rzyg, rzyg”…

Ja zaś muszę wyznać, że lubię, gdy do teatru zakrada się trochę życia, a do życia – trochę teatru.

15-09-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-09-16   09:45:05
    Cytuj

    imię i nazwisko zemdlonego pozostaje do wiadomości