AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Życzenia noworoczne

Fot. Karol Budrewicz  

Mikołaj Trzaska od lat namawia mnie: „Zróbmy w końcu jakiś batalistyczny teatr”.

I nie powiem, pokusa jest wielka. Ach, co za przeddżenderowa podnieta płynęłaby z oglądania na scenie boskich komandosów (lub komandosek) uzbrojonych we wszystko, co chłopięca wyobraźnia może im przypiąć do pasa, założyć na plecy i w dłonie śmierć niosące wcisnąć! A gdyby tak jeszcze dołożyć psycho-dynamiczną choreografię dronów fruwających nad widownią w poszukiwaniu psowaczy chłopakowatych zabaw. I gdyby te  drony prześwietlały swoimi niewiarygodnymi tomografami mózgi oglądaczy w celu wykrycia i totalnej anihilacji tych, jak to określił sto lat temu Pielewin, dysponujących glamourem i dyskursem, to mielibyśmy apoteozę rozkoszy! Komandosi zdobywaliby, przy potężnych stratach własnych, kolejne centymetry sceny, niwelując wrogów człowieka poczciwego, a drony czyściłyby widownię z bogoojczyźnianego lub anty-bosko-nie-ojczyźnianego elementu. A na koniec zstąpiłby Anioł Jutrzenki i pozawieszał na szyjach tych, co przeżyli hawajskie wieńce z kwiatów, uśmiechając się przy tym tak, że wiedzielibyśmy na sto procent, że od teraz wszystko będzie tak piękne, jak pięknym nie było nigdy.

Ale im mocniej mnie Mikołaj kusi, to ja tym głośniej mu odpowiadam, żeby schował swój saksofon na batalistyczne dźwięki nastrojony do szafy, albo, jak już musi, to niech te drastycznie wzniosłe nuty nagrywa na twardy dysk. Czasy teraz nieodpowiednie. Trzeba poczekać. Przeczekać. Chłopięce pragnienia są z nami od chwili, kiedy nas kultura ubrała w spodnie, aż do dnia, kiedy w tych spodniach złoży do grobu. A przecież jeszcze pożyjemy, nieprawdaż?

Bo jaka radość robić batalistyczny teatr, skoro na wszystkich bez mała scenach komandosi i komandoski? A jeśli nawet nie miażdży się wrogów na scenie i nie wysyła tam, gdzie ich nawet Lucyfer ze swoją przedwieczną latarką nie znajdzie, to na widowni mózgi takie, jakby skurczyły się do tej małej cząstki niezbędnej do operacyjnego rozpoznania po odpaleniu gry RPG. Widownia do teatru wchodzi niczym kongresmen Francis Underwood Kevina Spacey'ego do pokoju przyjemności, odpala plazmę i strzela nabojami sztuki krytycznej (to już oczywiście przeterminowany arsenał, ale nie ma to znaczenia – za miesiąc mogą to być głowice atomowe sztuki postkolonialnej) lub też katapultuje pociski ulepione z niegdysiejszych śniegów.

Batalia trwa na całego, zdaje się, że od dziesięciu lat. Trup ściele się gęsto i końca nie widać. Wydaje się, że wszyscy są już mocno umęczeni, a co bardziej wrażliwi nawet lekko zażenowani, bo ich batalistyczne przedsięwzięcia znalazły swoje miejsce na żółtym, TVN-owym pasku. Co bardziej nerwowi zaczynają przebąkiwać o jakimś liberalno-chłopskim spisku, który tę batalistykę teatralną sprytnie zainicjował i w imię jakichś niecnych, chłopsko-liberalnych celów jej kolejne etapy podsyca, czekając na wykrwawienie przeciwników i totalne zgłupienie bohaterów wojennych. Inni, jeszcze bardziej nerwowi, mają upiorne sny, w których widzą na swoich miejsko-wojewódzko-narodowych świątyniach lśniące neony: „Galeria Dramatyczna”, „Galeria Stara”, „Galeria Powszechna”, „Galeria Polska”, „Nowa Galeria”. I w swoich snach wchodzą Ci jeszcze bardziej nerwowi do środka tych Galerii, a tam zamiast biletu na grę duszy lub ducha oferują jednorazowe spodnie za mirrion dorrarów lub zegarek na piętnaście pokoleń za jeszcze więcej mirrionów dorrarów…

„Drogi Mikołaju – mówię do przyjaciela – jak widzisz, w temacie Teatr Batalistyczny mamy w kraju potężną nadprodukcję i nie ma co wysilać się na innowacyjność, bo albo naszej wyjątkowości w całym tym potopie pomysłów wojennych nie zauważą, albo, co gorsza, powiedzą, że my serfujemy na fali, że koniunktura nas zaślepiła i nadzieja grantożercza odebrała nam rozum.”
 
„No to co robimy?” – pyta Mikołaj.
„Coś o miłości”
„A idź w ch…” – rzuca przez ramię Mikołaj, wyjmuje saksofon z szafy i idzie do studia nagrywać batalistyczne dźwięki na twardy dysk.

Hmm… Jeszcze Mikołaja do tej miłości przekonam. Pewnie będę musiał nakłamać, że po „Miłości” to już tylko komandosi i drony, i powrót do chłopakowatego świata. A może sam dostrzeże w miłości nieskończone pole bitwy?

Ale nim Mikołaj wróci, to ja zostaję na chwilę z całą tą batalistyczną ideą i zaczynam noworocznie marzyć.

Marzę.

Marzę, że pojawi się jakiś teatralny Neo-Odyseusz (wstęp odyseuszowy w poprzednim odcinku) i całą tę naszą teatralną wojnę dziesięcioletnią zakończy.

I proszę mi wybaczyć, ale nijak się opędzić nie mogę od metafory trojańskiej, jakkolwiek oparta jest ona na samorodku apokryficznym, który zaległ w mojej głowie kiedyś tam i teraz porasta mi na synapsach. I ta metafora trojańska każe mi pozycjonować wszystko na swój wzór i podobieństwo. Mamy więc skaliste wybrzeże, gdzie wataha greckich barbarzyńców tkwi od lat w jednym punkcie, a mimo to śpiewa pieśni na cześć swojego bohaterstwa. Po drugiej zaś stronie planszy, za solidnym murkiem, jest stary Priam. Priam siedzi na kupie złota i podpiera się cywilizacyjnym dorobkiem azjatyckiej przeszłości. I ma jeszcze Kasandrę za uchem, która do znudzenia wieszczy kres tej ich azjatyckiej wielkości.

Moje noworoczne marzenie dotyczy kodu dostępu. Marzę o odyseuszowym koniu trojańskim.

Jedni chcą już wrócić do domu i zająć się bardziej wysublimowanymi tematami, np. „miłością”. Brakuje już paliwa na wojenną awanturę, a wzajemne poklepywanie się po plecach, stale w tym samym gronie, zaczyna powoli upodabniać się do chińskiej tortury kroplami wody systematycznie spadającymi w ten sam punkt na czole. Drudzy pragną skrycia armagedonu błyskotliwego, bo tylko w ten sposób te wszystkie lata spędzone za murem przeszłości będą mieć jakiś sens.

I w tym marzeniu, które jest efektem empatii:
- sytuacja patowa boli najbardziej,
- na cierpienia duchowe obu stron patrzeć już nie mogę,
- uczucia bohaterów naszej wojny trojańskiej stały mi się absurdalnie bliskie….
Bam! Bam!
Pojawia się nasz bohater – Neo-Odyseusz!!!

Ale nie jakieś Pseudo-Odyseusz, który skopiuje Pseudo-Konia Trojańskiego. Rzecz musi być taka, jakiej nasz trojański świat nie widział. Priam, choćby bardzo chciał, prezentu w postaci Pseudo-Konia nie przyjmie. Popatrzy, powącha i westchnie ze smutkiem, że takiego konia to już druga reforma teatru konstruowała. Podróbką Priama nie uwiedziesz. Spali albo zepchnie w zaśmiecone postmodernistycznym plastikiem morze. Tu potrzebny jest geniuszem naznaczony albo cwaniacko wykombinowany, supernowy kod dostępu. Neo-Koń Trojański, co połączy choćby tylko na chwilę wyobraźnię obu stron. Niemożliwe? A dlaczego by nie? Chiński kalendarz mówi, że nadciąga rok Drewnianego Konia. A zatem wszystko jest możliwe, znaki na niebie i na ziemi mówią…

Życzę zatem sobie i Wam, aby na naszej batalistycznej, teatralnej scenie pojawił się bohater. Neo-Odyseusz. I żeby przyniósł ze sobą rozpalający nadzieję Kod Dostępu. I żeby otworzyły się bramy. A wtedy jedni upoją się wreszcie i zasną w poczuciu śmiertelnego bezpieczeństwa. Drudzy wyrżną ich z ponurą satysfakcją umęczonego sobą samym człowieka. I…

I nastaną Inne Czasy.

I wtedy wszyscy zaczną robić spektakle o miłości.

A wtedy my, Mikołaj i ja, zrobimy wreszcie taki batalistyczny spektakl, że wszystkim spadną portki z wrażenia!

3-1-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany
    2014-02-25   17:03:45
    Cytuj

  • Użytkownik niezalogowany samiec
    samiec 2014-01-04   15:38:51
    Cytuj

    NataliaM. napisał(a):

    Lubię czytać Leszka Bzdyla!
    Czy tylko patrzeć na jego zdjęcie ?

  • Użytkownik niezalogowany no no... nie wiedziałem, że aż tak się rozpisujesz!!!! już tegoroczne LOVE!!
    no no... nie wiedziałem, że aż tak się rozpisujesz!!!! już tegoroczne LOVE!! 2014-01-04   01:22:08
    Cytuj

    jak wyżej

  • Użytkownik niezalogowany NataliaM.
    NataliaM. 2014-01-03   22:12:51
    Cytuj

    Lubię czytać Leszka Bzdyla!