AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ryszard Bolesławski albo Encyklopedia Teatru Polskiego

Absolwentka wydziału wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, doktorantka Uniwersytetu SWPS. Była redaktorem naczelnym portalu teatrakcje.pl. Stale współpracuje z kwartalnikami „Scena”, „Aspiracje” i „Nietak!t”, publikowała również w „Teatrze”. Sekretarz regionu warszawskiego portalu teatralny.pl.
A A A
 

Od 4 grudnia 2015 roku każdy użytkownik posiadający dostęp do Internetu może bezpłatnie korzystać z Encyklopedii Teatru Polskiego. To wirtualne kompendium wiedzy, powstałe w wyniku współpracy Instytutu Teatralnego i Polskiego Towarzystwa Badań Teatralnych, zawiera ponad 200 haseł przedmiotowych oraz olbrzymią ilość materiałów cyfrowych, a ściślej – jak czytamy w informacji prasowej – „ponad 50 tys. zdigitalizowanych recenzji, ponad 80 tys. rekordów dotyczących artystów, blisko 100 tys. zdjęć ze spektakli oraz niemal 20 tys. programów teatralnych, afiszów i plakatów”. Brzmi imponująco. Nic więc dziwnego, że prace nad Encyklopedią trwały ponad dwa lata, angażując setkę redaktorów.

Jednak, jak się okazuje, tylko hasła przedmiotowe mają charakter autorski (za ich koordynację i redakcję odpowiada profesor Małgorzata Leyko). Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę pierwsze lepsze hasło (ja wpisałam nazwisko Ryszard Bolesławski), by się przekonać, że wiele z nich zasłużyło jedynie na… przepisanie żywcem ze Słownika Biograficznego Teatru Polskiego 1765-1965 (Warszawa 1973). Profesorowie Wojciech Dudzik oraz Dariusz Kosiński – odpowiedzialni za merytoryczny nadzór nad zawartością Encyklopedii – zdecydowali się na sprytny unik, tłumacząc zawczasu, że „rozwijanie tego wielkiego przedsięwzięcia […] będzie miało otwarty charakter”. Na stronie umieszczono zakładkę „Zaproponuj zmianę/uzupełnienie”, dzięki czemu każdy – nie tylko badacz, ale i szeregowy miłośnik teatru – może się włączyć w tworzenie Encyklopedii (niestety wciąż nie widzę zakładki „cennik usług”).

Elias Canetti nazwał niegdyś naukę sztuką przeoczania. Takie przewrotne podejście może sprawdzić się w prozie, ale podczas tworzenia słowników czy encyklopedii już niestety niekoniecznie. Bo nawet jeśli decydujemy się na digitalizację określonych źródeł, powinniśmy wcześniej je zweryfikować. Słownik Biograficzny… ukazał się nakładem PWN w 1973 roku i jak na ówczesny stan wiedzy jest to wydawnictwo rzetelne. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by w 2015 roku tworząc wpis o Bolesławskim sięgnąć co najmniej po monografię Marka Kuleszy Ryszard Bolesławski. Umrzeć w Hollywood (PIW, 1989) lub po któreś z amerykańskich opracowań (np. Richard Boleslavsky. His Life and Work in the Theatre, pierwszą monografię poświęconą Bolesławskiemu, a napisaną w 1981 roku przez J. W. Robertsa). Jeśli współczesny badacz „przeoczy” te i inne źródła, przyczyni się co najwyżej do powielania błędów – tyle że tym razem nie będą one dostępne wąskiemu gronu znawców, lecz „wszystkim użytkownikom posiadającym dostęp do Internetu”.

*

Jak dalece nota o Ryszardzie Bolesławskim zamieszczona w Słowniku Biograficznym…, a powielona bezmyślnie w Encyklopedii mija się z prawdą? Aktor rzeczywiście urodził się 4 lutego 1889 roku w Dębowej Górze koło Płocka, a lata szkolne spędził w Odessie. Działała tam prężnie rozwijająca się kolonia polska, która w 1906 roku doprowadziła do założenia trzech klubów towarzysko-artystycznych: „Ogniska”, „Domu Polskiego” oraz „Liry”. Bolesławski związał się najprawdopodobniej z tym trzecim (a nie pierwszym, jak podaje Słownik Biograficzny…), rozwijając swój samorodny talent podczas pokazów teatru amatorskiego. Szybko odkrył w sobie pragnienie, by zostać aktorem – opuścił więc matkę i Odessę, by udać się na prowincję i zaciągnąć do rosyjskiej trupy wędrownej.

Niewiele wiemy o tym okresie twórczej działalności Bolesławskiego. Jeśli wierzyć świadectwu Tadeusza Hiża, rola Zbigniewa w Mazepie, której przypadkowym widzem był Konstanty Siergiejewicz Stanisławski, miała zapewnić Bolesławskiemu uznanie w oczach wielkiego reformatora i rychły angaż w Moskiewskim Teatrze Artystycznym1. Historia ta zostaje przywołana w Słowniku Biograficznym… i wzięta za pewnik, jednak nie ma poparcia w żadnej faktografii i pewnie należy uznać ją za barwne zmyślenie. Niemniej w 1908 roku Bolesławski stawił się przed komisją egzaminacyjną, mającą wyłonić kolejną trójkę współpracowników MChT-u. Dzień egzaminów zapadł Bolesławskiemu głęboko w pamięci. Wspominał go również po latach na kartach swojej amerykańskiej autobiografii:
Zostaliśmy przyjęci do Teatru tego samego dnia. Borys [Szuszkiewicz], dwa lata starszy ode mnie, był wówczas powściągliwym, oczytanym młodzieńcem. Ja przypominałem raczej podekscytowane źrebię, wypuszczone wiosennego poranka na pole. Podczas egzaminów Borys zaimponował wszystkim swoim smakiem i głębią improwizacji. Ja natomiast nurzałem się w najtańszym rodzaju melodramatu z tak szaleńczą szczerością, że cała komisja wybuchła śmiechem. Wykonałem monolog młodego człowieka, który rozpacza nad grobem matki zamordowanej za zdradę. Śmiech w ogóle mi nie przeszkadzał. Mówiłem dalej moim dalekim od doskonałości rosyjskim, mieszaniną południoworosyjskiego i polskiej gwary. Kiedy skończyłem, ociekający potem, czerwony na twarzy, drżący z emocji, dosięgałem niemal stołu, przy którym siedzieli pedagodzy. Wszyscy patrzyli na mnie i uśmiechali się szeroko.
 – A więc – spytałem – jak się państwu podobało?
Kolejny wybuch śmiechu. Wreszcie jeden ze starszych aktorów z kadry powiedział: – Ależ mój drogi chłopcze, pański akcent jest groteskowy – straszny.
 – To nie jest akcent – wypaliłem – to temperament2.

Zapiski Stanisławskiego, którymi podsumował egzaminacyjne wyczyny młodego aktora, dalekie były od zachwytów. „Bolesławski [ma] pusty głos, jest sentymentalny, prowincjonalny, niewielkiego formatu”3. Niemniej został przyjęty do Moskiewskiego Teatru Artystycznego, będącego fanatycznym symbolem aktorskich dążeń. Młodzieniec wiedział doskonale, że w przeciągu roku musi wyzbyć się akcentu i nadrobić warsztatowe braki. W przeciwnym razie, gdyby się okazało, że jest niezdatny do pracy na scenie, zostałby „ścięty jak martwa gałąź”4.

Jednak już pierwsze próby Bolesławskiego czynione na deskach Moskiewskiego Teatru Artystycznego sprawiły, że zaczęto mówić o nim jako o młodzieńcu „z iskrą boskiego ognia w sercu, ze szczęśliwą powierzchownością, z żądzą wiedzy i […] z uczuciem wewnętrznego uwielbienia dla swego nauczyciela”5. Debiutował bardzo szczęśliwie jako Bielajew w Miesiącu na wsi Turgieniewa, spektaklu dla Stanisławskiego przełomowym, bo będącym pierwszym scenicznym sprawdzianem jego systemowych poszukiwań. Od samego początku należał więc do nielicznej grupy młodych aktorów mogących zgłębiać tajniki systemu pod okiem ich twórcy. Dlatego też, gdy Stanisławski spełnił swoje marzenie o utworzeniu I Studia MChT, laboratoryjnej placówki, w której młodzi kształciliby się wedle jego wskazówek, Bolesławski od razu stał się jego nieoficjalnym kierownikiem i twórcą pierwszego sukcesu (Nadzieja Heijermansa, 1913). Przeczuwał, że to właśnie Studio stanie się „szkołą reżyserów”, gdzie będzie mógł realizować zaszczepione przez Craiga i Niemirowicza-Danczenkę marzenia o inscenizacji.

Z godnym podziwu uporem łączył Bolesławski grę w niemal całym repertuarze Teatru Artystycznego oraz prowadzone w nim próby z pracą nad własnymi przedstawieniami. Wziął udział między innymi w słynnej inscenizacji Hamleta w reżyserii Edwarda Gordona Craiga (wcielił się wówczas w postać Laertesa, ponosząc prawdopodobnie największą aktorską porażkę), z powodzeniem grywał w spektaklach Niemirowicza-Danczenki (np. Miserere, Bracia Karamazow, Małżeństwo z musu), Konstantego Stanisławskiego (Chory z urojenia) czy Wachtangowa (Święto pokoju w I Studio MChT). Podejmował także próby reżyserskie, opracowując m. in. Wędrowne kaleki. Nie jest jednak prawdą, jakoby już w Rosji wystawiał Szekspirowski Wieczór Trzech Króli – w spektaklu tym zagrał wprawdzie rolę Tobiasza, ale za reżyserię odpowiedzialny był Borys Szuszkiewicz. Bolesławski zaś sięgnął po ten tekst dopiero w Stanach, a więc niemal dekadę później.

Długie lata starał się o realizację Balladyny. Lubił ją „jako swój narodowy, ludowy utwór, jako dzieło, w którym może się odsłonić piękno duszy narodu polskiego, mogą się ukazać piękne postaci”6. Prace nad sztuką rozpoczął w 1914 roku, w roku kolejnym weszła w próby, które trzeba było przerwać ze względu na wojenne działania artysty. Gdy na początku 1919 roku Bolesławski uznał spektakl za skończony, pokazał go Stanisławskiemu. Ten jednak bez pardonu przemodelował opracowane przedstawienie, powodując konflikt między twórcami. Bolesławski nie był już jednak czeladnikiem, lecz samodzielnym reżyserem, domagającym się uznania swej suwerenności. Rozżalony, uległ podszeptom żony, spakował do plecaka pełne wydanie Shakespeare’a i 14 stycznia 1920 roku opuścił Moskwę.

Zanim jednak jesienią 1922 roku dotarł do Nowego Jorku, spędził kilka miesięcy w Polsce (wyreżyserował dla Teatru Polskiego i Teatru Małego kilka spektakli, współpracując z takimi artystami jak Szymanowski, Drabik, Schiller czy Jaracz), występował w stolicach Europy z Grupą Kaczałowa (z którą opracował Hamleta, rozliczając się z cieniami z przeszłości), próbował swoich sił w kabarecie. W Stanach Zjednoczonych udało mu się nawiązać współpracę z Morrisem Gestem, organizującym amerykańskie tournée Moskiewskiego Teatru Artystycznego. Słownik Biograficzny… (a za nim i Encyklopedia) określa ten fakt mianem „bliżej nieznanego spotkania” Bolesławskiego ze Stanisławskim – ale szczęśliwie wiemy o nim całkiem dużo. Bolesławski miał za zadanie asystować swojemu mistrzowi, przeszkolić statystów do scen zbiorowych, a także dostosować scenografię rosyjskich spektakli do warunków sceny.

Jako pierwszy na deskach Jolson’s Theatre został zaprezentowany Car Fiodor, jednak to przede wszystkim Na dnie – ze Stanisławskim w roli Satina – podbiło nowojorską widownię. Było to przedstawienie ważne także dla Bolesławskiego, który debiutował w nim na amerykańskiej scenie jako Tatar. Wkrótce jednak Konstanty Siergiejewicz zachorował i konieczne było nagłe zastępstwo. Poproszono o nie Bolesławskiego, który wydał się zachwyconemu recenzentowi „Herald Tribune” nawet „lepszym Satinem niż Stanisławski”7. Odtąd grywał tę rolę ze swym dawnym nauczycielem na zmianę aż do końca pobytu MChAT-u w Stanach Zjednoczonych.

Zainteresowanie spektaklami MChAT-u oraz rosyjską techniką aktorską było ogromne, dlatego Morris Gest postanowił umożliwić Bolesławskiemu poprowadzenie serii wykładów dotyczących systemu (oczywiście za zgodą Stanisławskiego). Spotkań w Princess Theatre było w sumie szesnaście – odbywały się dwa razy w tygodniu, począwszy od 18 stycznia 1923 roku. Bolesławskiemu towarzyszył wówczas Michael Barroy, tłumacz odpowiedzialny za transkrypcję i redakcję wykładów znanych później pod nazwą Creative Theatre Lectures8.

Wśród słuchaczy znalazło się wówczas kilku profesjonalistów, zwabionych zawodową ciekawością: znany żydowski aktor Jacob Ben-Ami, Rosalinde Fuller partnerująca Johnowi Barrymore’owi w Hamlecie, dramatopisarka Sophie Treadwell czy pisarz, a później także i aktor Gilbert Emery. Była wśród nich także Miriam Kimball Stockton, miłośniczka teatru, która słysząc wykłady Bolesławskiego, odniosła wrażenie, że „oto nadchodzi nowa religia mogąca wyzwolić i ocalić amerykańską kulturę”9. Za jej namową (i przy finansowym wsparciu jej męża) postanowił Bolesławski utworzyć laboratoryjną placówkę na wzór I Studia, w której młodzi aktorzy doskonaliliby tajniki swojej sztuki. Nie była to jednak „prywatna szkoła aktorska”, jak twierdzą autorzy Słownika Biograficznego…, w ramach której Bolesławski miał prowadzić zajęcia w swoim mieszkaniu. Utworzono wówczas The American Laboratory Theatre (z którym reżyser związany był w latach 1923-1930, nie zaś jedynie między 1928 a 1929 rokiem). Poszczególne kursy proponowane w ALT ulegały oczywiście zmianom, ale zawsze ich główny cel stanowiło doskonalenie „wewnętrznych i zewnętrznych środków aktorskiego wyrazu” oraz pogłębianie wiedzy aktora z zakresu kultury i sztuki. Stałymi wykładowcami ALT byli specjaliści uznani w swoich dziedzinach, choć niekoniecznie związani ze sceną dramatyczną.

O unikatowości proponowanego kursu świadczyły jednak zajęcia prowadzone przez Ryszarda Bolesławskiego i Marię Uspienską (także byłą aktorkę MChAT-u), a ukierunkowane na rozwój duszy aktora lub, innymi słowy, rozwój wewnętrznych środków aktorskiego wyrazu. Lekcje Uspienskiej miały charakter warsztatowy i skupiały się głównie na rozwijaniu podstaw aktorstwa. Bolesławski zaś był, zdaniem Harolda Clurmana, „człowiekiem teatru w każdym calu”10, starał się więc łączyć dydaktykę z pracą nad poszczególnymi przedstawieniami. Stella Adler przyznawała po latach, że Bolesławski „był olśniewającym mówcą, kontynuującym tradycję Stanisławskiego czy Szalapina. Wszyscy trzej byli gigantami sceny, potężną siłą teatru. Byli mocni i wielcy jak rosyjska muzyka – ta z gatunku Musorgskiego”11. Podobna temperatura towarzyszyła wypowiedziom Francisa Fergussona, późniejszego asystenta Bolesławskiego:
Gdy wszedłem do Laboratory Theatre, akurat trwała jedna z licznych sesji Bolesławskiego. Zgromadził wokół siebie wszystkich – studentów i aktorów teatru – i poprosił, aby zadawali mu pytania. A potem na nie odpowiadał. Byłem pod wrażeniem. Odgrywali sceny, a Bolesławski je komentował. Mówił koszmarnym angielskim, ale potrafił wspaniale odegrać wszystko to, co chciał powiedzieć. Był naprawdę dobry. Potrafił odegrać niemal wszystko… Zobaczyłem w nim wspaniałego aktora. Bolesławski zajmował się przede wszystkim reżyserią, ale umiał również zagrać albo chociaż zamarkować każdą rolę – nawet młodej damy12.

Najsłynniejszym uczniem Bolesławskiego był niewątpliwie Lee Strasberg. Chociaż spędził on w ALT jedynie kilka miesięcy13, a także nigdy nie grał u Bolesławskiego i niewielką wagę przykładał do tego, w jaki sposób pedagog przekształca głoszone przez siebie teorie w sceniczną praktykę, nie zawahał się przed wypowiedzeniem zdania:
Praca w American Laboratory Theatre bez wątpienia zdecydowała o mojej karierze i jej wpływ widać we wszystkim, co robię. Według mnie Bolesławski zajmuje ważne miejsce w historii teatru amerykańskiego, bo dzięki niemu idee Stanisławskiego przeniknęły na naszą scenę. Nie wiem, co mogłoby się wydarzyć bez niego14.

O pedagogicznym wpływie Bolesławskiego na tak szczególnych amerykańskich twórców Słownik Biograficzny… i, co za tym idzie, Encyklopedia – milczą. Punktują natomiast jego dokonania reżyserskie tak teatralne, jak i filmowe, choć i tutaj gros informacji należałoby skorygować (np. Bolesławski nie współreżyserował słynnego The Miracle Maxa Reinharda, lecz ustawiał w nim sceny zbiorowe i występował w niewielkiej roli; nie współreżyserował także Makbeta według inscenizacji Craiga, choć faktycznie przy nim współpracował). I tak dalej, i tak dalej.

Oczywiście wszyscy oburzamy się, gdy Minister Kultury ciska gromy na spektakl, którego nie widział, zaś „audyt artystyczny” w Starym Teatrze ma się odbyć za pomocą nagrań wideo. Dlaczego zatem zezwalamy na naukową nierzetelność oraz przekłamania (chociażby niecelowe) zawarte w encyklopediach i słownikach? Encyklopedia Teatru Polskiego nie jest wbrew pozorom najlepszym prezentem, jaki wręczono nam na zakończenie obchodów 250-lecia Teatru Publicznego w Polsce. I chyba nie najlepiej o nas – jako o środowisku – świadczy.

1 Patrz: T. Hiż, Ryszard Bolesławski w Rosji, „Scena Polska” 1937 z. 1–4, s. 48.
2 R. Boleslavski, Lances Down, Indianapolis, NY 1932, s. 61–62. Jeśli nie zaznaczono inaczej, autorka używa własnych tłumaczeń.
3 Cyt. za: M. Kulesza, Ryszard Bolesławski. Umrzeć w Hollywood, PIW, Warszawa 1989, s. 19. Kulesza powołuje się na dokumenty znajdujące się w moskiewskim Muzeum MChAT, K. S. Stanisławski, Zamietki na ekzamienie (1908).
4 R. Boleslavski, Lances Down, op. cit., s. 50.
5 List W.N. Laskowskiego do K.S. Stanisławskiego z 8 I 1911. Rkps, Muzeum MChAT, K.C., nr 4138, cyt. za: I. Schiller, Stanisławski a teatr polski, PIW, Warszawa 1965, s. 110.
6 I. Schiller, Ze wspomnień o „Balladynie” w I Studio MChAT, „Pamiętnik Teatralny” 1960 z. 2, s. 349.
7 Cyt. za: M. Kulesza, Ryszard Bolesławski…, op. cit., s. 237–238.
8 W zbiorach New York Public Library Theatre Collection w Lincoln Center.
9 M. Stockton, Report and Synopsis, cyt. za: R.A. Willis, The American Laboratory Theatre. 1923–1930, University of Iowa 1968, s. 35 (rozprawa doktorska).
10 H. Clurman, The Fervent Years. The Group Theatre & the 30’s, New York 1975, s. 7.
11 F. Hirsch, A Method of Their Madness. The History of the Actors Studio, New York 1984, s. 58–59.
12 F. Fergusson, wywiad, cyt. za: J.W. Roberts, Richard Boleslavsky…, op. cit., s. 149.
13 Trzy miesiące w 1924 roku. Dwa lata później ponownie zawitał do ALT, tym razem uczęszczając na kurs reżyserski.
14 L. Strasberg, wywiad z października 1975, cyt. za: J.W. Roberts, Richard Boleslavsky…, op. cit., s. 127.

23-12-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (10)
  • Użytkownik niezalogowany Tpj
    Tpj 2017-12-21   05:51:24
    Cytuj

    Widzę, że w encyklopedii jest hasło na temat Bolesławskiego autorstwa Marka Kuleszy, datowane na 2016 rok. Jest OK?

  • Użytkownik niezalogowany
    2016-01-01   19:46:05
    Cytuj

  • Użytkownik niezalogowany Anna
    Anna 2015-12-29   19:59:30
    Cytuj

    W pełni zgadzam się z poprzednim wpisem - emocjonalna ocena sposobu, w jaki autorka krytykuje Encyklopedię, nie neutralizuje argumentów merytorycznych. Tym bardziej, ze wieść gminna niesie - chwalą się tym sami autorzy haseł - że honoraria w tym wypadku były, delikatnie mówiąc, "niestandardowe". Przy okazji warto byłoby ujawnić wysokość grantów przyznanych na realizację tego projektu. IT jest głównym dysponentem ministerialnych pieniędzy przeznaczonych na projekty teatrologiczne, dlatego martwią ewidentne dowody na nierzetelność efektów pracy redaktorów Encyklopedii.

  • Użytkownik niezalogowany Aufhebung
    Aufhebung 2015-12-28   21:19:17
    Cytuj

    W przeciwieństwie do autora poprzedniego wpisu uważam, że ważne i interesujące są merytoryczne aspekty tej sprawy - poparte argumentami - zwłaszcza że rzecz dotyczy publicznego finansowania działalności naukowej. Jeśli ktoś prezentuje argumenty skutecznie uzasadniające tezę T, argumenty te nie tracą mocy z powodu stanu emocjonalnego lub samopoczucia tego, kto te argumenty prezentuje. Ów stan mentalny zaś dla merytorycznej oceny prezentowanych argumentów ma po prostu zerowe znaczenie. Zresztą ton krytyki Uniejewskiej jest co prawda ostry, ale nieprzesadny - to zresztą czysto subiektywna kwestia, nad którą nie warto sie rozwodzić, a rozwodzenie się nad którą przez tych, którzy w ten sposób "bronią" Encyklopedii należy interpretować jako "zagadywanie" merytorycznych argumentów i unikanie merytorycznego odniesienia się do stawianych zarzutów. Sądzę, że to maksymalna ilość uwagi, jaką należy poświęcić wpisowi użytkownika "Wadomska". Lektura tekstu Ewy Uniejewskiej i analiza sporu prowadzi do następujących wniosków: (1) teza, że Encyklopedia jest nierzetelna naukowo jest zbyt mocna względem tego, o czym autorka pisze wcześniej - a wcześniej dowodzi naukowej nierzetelności jednego z haseł w Encyklopedii. Wniosek stanowi zbytnie uogólnienie wniosku, który należałoby postawić: wpis poświęcony Bolesławskiemu jest przygotowany nierzetelnie. (1a) Niemniej, w pewnej perspektywie uogólnienie to daje się obronić: załóżmy, że laik chce się dowiedzieć czegoś z dyskutowanej Encyklopedii - nie ma kompetencji wystarczjących do oceny jakości naukowej wpisów, z którymi się zapozna i na podstawie których nabędzie przekonania dotyczące tego, o czym chce się dowiedzieć, sięgając do Encyklopedii. Dzięki tekstowi Ewy Uniejewskiej wie, że istnieją w Encyklopedii hasła błędne i przygotowane nierzetelnie, zawierające przekłamania i tym samym - niegodne zaufania. Czy ów laik ma podstawy, by ufać w rzetelność i poprawność innych haseł? Nie. Czy ma podstawy do tego, by żywić wobec nich nieufność? Owszem - skoro eksperci w dziedzinie teatrologii pozwalają sobie na błąd o takiej charakterystyce (szczegóły poniżej) w przypadku hasła X, jest wielce prawdopodobne, że pozwolą sobie na to przypadku Y - tak ta sprawa musi wyglądaćz punktu widzenia laika poszukującego informacji o danej dziedzinie, a sama Encyklopedia chyba między innymi do laików ma być kierowana. W tym sensie wykazana przez Uniejewską wada odnosi się do całej Encyklopedii - na podstawie tak udokumentowanych błedów, przeinaczeń i przekłamań można nabrać nieufności do pozostałych haseł (tym bardziej, że jak wskazuje autorka, inne hasłą także zostały przepisane ze źródłe, co do których aktualności można żywić uzasadnione wątpliwości). (2) Autorka niezbicie wykazuje, że hasło "Ryszard Bolesławski" w Encyklopedii jest błędne i naukowo wadliwe. Wydaje mi się, że to jest najzupełniej bezdyskusyjne - przedstawia zupełnie trafne i rozstrzygające argumenty na rzecz tego, że w istocie hasło nie mówi jak jest, ale mówi, jak nie jest. Czyli mówi nieprawdę. (3) W samym fakcie błędów zawartych w haśle encyklopedycznym nie byłoby nic zdrożnego - oczywiście lepiej byłoby, gdyby takich błędów nie było, ale jak wszyscy wiemy, błędy się zdarzają, a krytyka słuzy temu, żeby je poprawiać - w ostateczności w nauce chodzi o to, by ustalać, jak się mają rzeczy; po drodze można błądzić i te błędy korygować - to absolutny metodologiczny elementarz. Natomiast tu nie chodzi o sam błąd! Sprawa wygląda tak: (a) pewien Zespół (grupa badawcza) otrzymała pulibczne środki na wykonanie zadania naukowego w postaci przygotowania Encyklopedii, (b) grupa badawcza w przypadku pewnych haseł zamiast przygotować wpisy, przepisała je z czterdziestoletnich źródel, (c) przepisanie to miało charakter bezkrytyczny - wpisy po prostu zostały "zerżnięte" ze Słownika z lat siedemdziesiątych, (d) skutkiem powyższego hasla w Encyklopedii zawierają błędy, (e) grupa "zachęca", by modyfikować błędne wpisy. I to jest właśnie w tej sprawie najistotniejsze: punkty (3a) - (3d) oznaczają DOKŁADNIE naukową nierzetelność. Błędy nie wynikają tu po prostu z ludzkiej ułomności i nie pojawiły się w trakcie uczciwego wykonywania pewnego badawczego zadania, niestety. Czyli - po ludzku: wzięli kasę publiczną na działalność naukową, popełnili lekceważące zaniedbanie i tym samym popełnili bład nierzetelności naukowej, a do poprawiania zaistniałych wskutek tego błędów merytorycznych "zachęcają" użytkowników, których daniny publiczne miały finansować ich działalność. I ocenę tego sensu punktu (3e) pozostawiam wszystkim śledzącym tę dyskusję - jak mawiał Zbigniew Herbert, w ostateczności wszystko jest kwestią smaku. Warto się na koniec odnieść do fragmentu wypowiedzi pana Płoskiego, który pisze, że gdyby nie przepisywanie haseł z czterdziestoletnich źródeł, to musielibyśmy długo czekać na Encyklopedię - otóż jeśli skutkiem wzniesienia się przez grupę badawczą na poziom rzetelności byłoby opóźnienie publikacji Encyklopedii, to należałoby to zrobić i publicznie ogłosić, z czego opóxnienie wynika albo zwrócić środki publiczne i przekazać je innej grupie mającej przygotować Encyklopedię (być może takiej, której rzetelność postępowania nie wymagałoby wielkich opóźnień) lub przekazać te środki na realizację innych zadań badawczych.

  • Użytkownik niezalogowany Wadomska
    Wadomska 2015-12-28   20:31:52
    Cytuj

    Problem nie jest w tym czy pani Uniejewska ma rację, czy jej nie ma. I czy dysponuje wystarczającą ilością argumentów. Problem w tym, że pozjadała wszystkie rozumy. Z każdego jej oskarżenia bije maksymalny samozachwyt i poczucie wyższości. Paskudnie się to czyta. Buta, arogancja i popisywanie się. Nie wróżę tej pani kariery.

  • Użytkownik niezalogowany Ewa Uniejewska
    Ewa Uniejewska 2015-12-28   17:34:45
    Cytuj

    Pawle, wydaje mi się, że w nauce nie chodzi o dobre samopoczucie moje czy Twoje, ale o poszerzanie stanu wiedzy. Nie podważyłam wiarygodności Słownika Biograficznego – stwierdziłam wyraźnie, że jak na „ÓWCZESNY STAN WIEDZY jest to wydawnictwo rzetelne”. Ale nie mogłam nie zauważyć, że mówimy o roku 1973, a właśnie 2015 dobiega końca. Owszem, przyznaję Ci rację co do tego, że posłużyłam się jednym, pierwszym z brzegu, przykładem. Tak, na Bolesławskim znam się najlepiej, więc było mi najłatwiej, ale podobna zależność występuje przecież w przypadku innych haseł. Strzelajmy! Zelwerowicz? Źródło: Słownik Biograficzny. Siemaszkowa? Słownik Biograficzny. Szyfman? No już lepiej: Słownik biograficzny teatru polskiego 1900–1980 t.II, PWN Warszawa 1994. Ale to wygląda tak, jakby M. Kulesza nie napisał monografii Bolesławskiego, B. Osterloff dwóch imponujących tomów o Zelwerowiczu, D. Kosiński nie zajmował się Siemaszkową, zaś Teatr Polski nie uhonorował swojego jubileuszu wydaniem książki E. Krasińskiego o Szyfmanie. Nie neguję, Pawle, Waszej pracy – bo ona w istocie została wykonana. Stwierdzam jedynie, że MIMO TEJ PRACY nie posunęliśmy się ani o krok, a wręcz unieważniliśmy dorobek ostatnich 40 lat. Piszesz, że „pozostaje zatem zaufać temu, co jest, a stopniowo poprawiać rzeczy, które będą stopniowo identyfikowane”. Tylko że te rzeczy już dawno zostały zidentyfikowane i poprawione, wystarczy po nie sięgnąć! Dlaczego zatem, na przykład, nie powierzono monografistom stworzenia not o tak bliskim im twórcach? Wtedy eksperci byliby faktycznie ekspertami. Nie trzeba by wówczas wyważać otwartych drzwi, można by zaprezentować dzieło skończone, a nie „mającej otwarty charakter”, co również nie musiałoby aż tak niemiłosiernie wpłynąć na czas powstawania Encyklopedii (no chyba że przyczyną pośpiechu był jubileusz…). Przepraszam, ale to naprawdę ważne. O ile pamiętam, od swoich studentów wymagasz znajomości tekstów po 1973 roku. Dlaczego ten wymóg nie dotyczy twórców Encyklopedii? Pawle, podkreślę. Nie czynię z Bolesławskiego „podstawowej miary”, nie chodzi mi o „poszerzenie stanu wiedzy na jego temat”. Tak, badam to zagadnienie, ale te same kryteria i te same wymogi stawiam wszystkim hasłom – na równi. Sam widzisz, że w jednym wybranym losowo haśle błędów jest od groma – też przecież nie wskazałam wszystkich. Co do życzeń na Nowy Rok: jeśli w mojej pracy (zwłaszcza opłaconej ze środków publicznych) znajdziesz przeoczenia – poinformuj mnie o nich, będę zobowiązana. Bo trochę to na tym polega – na wzajemnym weryfikowaniu błędów, a nie poklepywaniu po ramieniu, bo ktoś „wykonał pracę i może mu być smutno, jeśli się go nie pochwali”. Niemniej - wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

  • Użytkownik niezalogowany EwelinaKrzysztofik
    EwelinaKrzysztofik 2015-12-28   03:36:30
    Cytuj

    Niestety muszę się zgodzić ze wszystkimi zarzutami wobec tej E-Encyklopedii Teatru Polskiego. Bardzo liczyłam na to, że Encyklopedia będzie nową jakością w stosunku do biogramów i niedbale poprzypisywanych (bądź nieprzypisanych wcale) archiwaliów na e-teatrze. Tymczasem otrzymaliśmy ten sam bałagan w nowej oprawie. Wątpię by opisywana przez Panią funkcja "zaproponuj zmiany" była efektywna, bowiem jeśli po drugiej stronie siedzą osoby odpowiedzialne za funkcjonowanie e-teatru (co jest wielce prawdopodobne), to tych zmian nigdy się nie doczekamy. Oczywiście sama inicjatywa jest świetna, ale może nie warto porywać się na coś, czego nie da się rzetelnie zrealizować przez dwa lata?

  • Użytkownik niezalogowany Maria Dworakowska
    Maria Dworakowska 2015-12-27   10:16:46
    Cytuj

    Panowie, spokojnie, po co ten ton połajanki? Wszystko można powiedzieć, sprostować, poprawić, ale nie powinno włączać się złych emocji. Są święta!!! Wyciszcie się, bądźcie w zgodzie z każdą kolędą.

  • Użytkownik niezalogowany Ryszard Abraham
    Ryszard Abraham 2015-12-26   10:53:03
    Cytuj

    Panie Pawle, szacun za tę uwagę dotyczącą wpisu Pani Uniejewskiej.

  • Użytkownik niezalogowany Paweł Płoski
    Paweł Płoski 2015-12-26   01:42:50
    Cytuj

    Ewo, gratuluję - jednym niedługim tekstem podważyłaś wiarygodność dwóch znakomitych osiągnięć polskiej nauki o teatrze. Doprawdy trzeba mieć sporo dobrego samopoczucia i tupetu, żeby w takim tonie i stylu podważyć sens pracy ogromnego zespołu ludzi (cieszę się, że byłem jego niedużą częścią). Można było oddać sprawiedliwość - napisać czego brakuje, ale też zauważyć co jest. A jest niemało! Oskarżanie twórców encyklopedii o "naukową nierzetelność" i "przekłamania"(te zmiękczone przymiotnikiem "niecelowe") jest zarzutem bardzo mocnym i trzeba mieć mocne argumenty, żeby taki zarzut stawiać. Czy naprawdę "Słownik Biograficzny Teatru Polskiego" jest aż tak podejrzanym źródłem, by użycie hasła z tegoż słownika nazwać "bezmyślnym"? Encyklopedia Polskiego Teatru jest dziełem w toku - zbiera informacje już zgromadzone, udostępnia je, jednocześnie tworzy nowe treści. To ogromna robota. Oczywista, nie można traktować ETP bezkrytycznie - krytyka jest potrzebna i wskazana. Można ETP oskarżać o różne rzeczy. Jednak swoim zarzutem trochę przestrzeliłaś. Nie trzeba długo główkować, by się domyślić, że stan wiedzy zmienił się nie tylko w przypadku Bolesławskiego. Ale to oznaczałoby pisanie I tomu "Słownika Biograficznego Teatru Polskiego"... Oj, poczekalibyśmy sobie wtedy na internetową Encyklopedię. Pozostaje zatem zaufać temu co jest, a stopniowo poprawiać rzeczy, które będą stopniowo identyfikowane. Rozumiem, że zajmujesz się naukowo dziełem Ryszarda Bolesławskiego i powielanie pewnych przeinaczeń może irytować. Ale czynienie z wiedzy o Bolesławskim podstawowej miary dla polskiej teatrologii to chyba pewna przesada? Gdybyś rzeczywiście czuła się częścią środowiska (jak piszesz - nas), to po zidentyfikowaniu problemu zamiast pisać erudycyjny donos dla popisu, mogłaś napisać do redakcji strony propozycję poprawek (ja mam taki zamiar w kwestii Jerzego Koeniga) i przy okazji wyjaśnić sprawę honorarium za taką pracę. Ton i styl w jakim podjęłaś starania o poprawę stanu wiedzy o Bolesławskim jest nie do przyjęcia. (Cóż, dla sprawy to klasyczny strzał w stopę). Na Nowy Rok życzę Ci zatem, żebyś w pracy naukowej stała się wzorem rzetelności, żebyś nie musiała stosować uników, żeby nikt Ci nie zarzucał przeoczeń.