AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Życie i śmierć aktora. Część 3 opowieści o Wojciechu Bogusławskim

Teatr Narodowy na Placu Krasińskich,
Zygmunt Vogel  

Po co historia teatru? Jest kilka wydarzeń fundamentalnych, bez znajomości których trudno byłoby zrozumieć dzisiejsze życie teatralne w Polsce.

Instytut Teatralny przy okazji obchodów 250-lecia teatru publicznego nagrał serial dokumentalny dotyczący 25 takich epizodów. Sporo więcej niż niezbędne minimum. Program obowiązkowy mógłby się ograniczyć do, powiedzmy, 10. Kogo interesują biografie ludzi teatru? Kto interesuje się zespołami, które rozpadły się zanim Edison wynalazł żarówkę? Studenci teatrologii, pojedynczy artyści? Znajomość historii nie jest obowiązkowa, płynące z niej profity są niepozorne. Jednym z nich jest możliwość dostrzegania analogii, obserwowania powtarzalności procesów. Przyglądamy się ludziom, którzy walczą o uznanie, osiągają pewną pozycję, starzeją się, ciesząc się większym lub mniejszym szacunkiem. Dochodząc do końca, można przypomnieć sobie brzmienie tytułu książki z tekstami Jewgienija Wachtangowa: Co zostaje po artyście teatru?

Końcowe lata XVIII wieku to dla Wojciecha Bogusławskiego czas pełni sił. Dobił do czterdziestki, w teatrze pracował ponad dwie dekady, własną trupą kierował od lat kilkunastu. Był aktorem, inscenizatorem, dramatopisarzem, dyrektorem. Miał na koncie pamiętne i kochane przez publiczność role, dramaty – z nieśmiertelnymi Krakowiakami i Góralami na czele, wielkie spektakle, opinię patrioty i teatralnego autorytetu. Z kim go dzisiaj porównać? Był jakby połączeniem Jana Englerta z Jerzym Jarockim i Sławomirem Mrożkiem.

Osiągnął szczyt. W spokojniejszych czasach mógłby, pewny o swój byt, skupić się na sztuce. Ale czasy nie były spokojne. Królestwo Polskie przestało istnieć, Stanisław August zmarł w Petersburgu. We Francji po udanym zamachu stanu władzę przejął Napoleon Bonaparte dążący do zachwiania europejską równowagą. Kończyła się epoka tajnych stowarzyszeń i oświeconych monarchów, stary kontynent budził się ze snu o wspólnocie kultur budowanej ponad narodowymi podziałami. Świat ubożał o dzieci epoki Oświecenia. Na zamku w Dux umierał schorowany Casanova, w watykańskim więzieniu na śmierć czekał Cagliostro.

W 1794 roku po ucieczce z obleganej przez Rosjan Warszawy dyrektor Teatru Narodowego przybył do Lwowa. W okupowanym przez Austriaków mieście pełno było uciekinierów z centralnej Polski, wśród nich spora część trupy Bogusławskiego. Zebrał on swoich aktorów i wzbudzając litość w antreprenerze niemieckojęzycznego teatru miejskiego – Franciszku Bulli, dostał od niego scenę na kilka wieczorów w miesiącu. Bulla, zachowując się łaskawie wobec Bogusławskiego, podpisał na siebie wyrok. Polacy tworzyli wówczas świetny zespół, a ich lider był w szczytowej formie. Za pożyczone pieniądze wystawiał monumentalne dramy i opery, które przyciągały do teatru nie tylko Polaków, ale i napływowych Austriaków. Wkrótce na polskie spektakle nie można było dostać biletów, a na niemieckich świeciły pustki. Teatr i ekonomia w XVIII wieku tworzyły okrutną i nierozerwalną parę. Bogusławski doprowadził rywala do bankructwa, przejął jego budynek i zespół. Momentalnie rozpoczął remont teatru zimowego i budowę sceny letniej. Był to piękny drewniany amfiteatr na trzy tysiące widzów wzniesiony na przedmieściu halickim. Wzdłuż obramowania scenicznego rosły wiekowe dęby, w które wkomponowano konstrukcję. We Lwowie swoje polskie prapremiery miały szekspirowskie tragedie: Hamlet z Bogusławskim w roli tytułowej i Romeo i Julia grane wówczas jako Groby Werony. W tym mieście Bogusławski stworzył kilka najefektowniejszych inscenizacji w swojej karierze. Należał do nich Iskahar król Guaxary, dramat opowiadający o hiszpańskim ataku na państwo Inków. W finałowej bitwie, rozgrywającej się na kilku poziomach dekoracji przedstawiających skały, statyści skakali po platformach, fechtowali, strzelali do siebie, grupowali się, szli do natarcia, cofali się i uciekali. Ruch masy wykonawców był zgrany z muzyczną partyturą orkiestry. Strzałom z muszkietów i armat towarzyszyły huki i efekty świetlne. Spektakl wraz ze zmianą dekoracji trwał tak długo, że ostatnią scenę podczas premiery ukończono wraz ze wschodem czerwcowego słońca. Niemiecki krytyk nazwał Bogusławskiego „mistrzem w swoim zawodzie”. Rzeczywiście był mistrzem, a jego zawód nie ograniczał się do sceny. Zarządzanie teatrem to ciągłe operacje finansowe, działania promocyjne, przypochlebianie się władzy, walka z konkurencją.

Kiedy Bogusławski wstępował do teatru, był pionierem, należał do pierwszego pokolenia zawodowych aktorów w Polsce. Obecnie stałe zespoły funkcjonowały już w kilku polskich miastach, wiele było trup wędrownych, kraj pod zaborami przemierzały zespoły obcokrajowców. Wraz z rozwojem kultury teatralnej powiększał się rynek. Pojawiało się coraz więcej chętnych do udziału w nim.

Kiedy w 1799 roku, po ustabilizowaniu się sytuacji politycznej, Bogusławski wrócił do Warszawy, musiał odebrać Teatr Narodowy z rąk aktorki Agnieszki Truskolaskiej. Później zacięcie wojował z niemieckim zespołem Carla Dobbelina z Poznania. Przeciwnicy wyprawiali się na terytorium wroga z gościnnymi występami, podbierali sobie widzów, rozpuszczali plotki, donosili na siebie pruskiej władzy, próbowali zyskać teatralny monopol i tym samym na dobre wygryźć oponentów. Bogusławski przetrwał fantastycznie popularną inicjatywę teatralną z sezonu 1800/1801, kiedy to w warszawskim Pałacu pod Blachą arystokratyczna śmietanka towarzyska, zarzucająca scenie narodowej schlebianie niskim gustom, grała po francusku klasycystyczne tragedie. Doczekał bankructwa grupy Włochów kierowanych przez niejakiego Chiavaccima, którzy próbowali szczęścia w dawnej stolicy Polski. Wiele problemów przysporzył mu wspierany przez miejskie elity Francuz Foures, którego zwolennicy przychodzili na spektakle do Narodowego, wygwizdywali przedstawienia i wszczynali awantury. Ale i francuski zespół w końcu odjechał na Zachód.

Karuzela zmian politycznych przechodzących przez Warszawę w latach 1795-1815 mogła przyprawić o zawrót głowy. Gdy Bogusławski przybył do dawnej stolicy, władzę sprawowali w niej Prusacy. Dla dobrych relacji z nimi założył obok zespołu polskiego trupę niemieckojęzyczną. Był w dobrych relacjach z urzędnikami, wystarał się o prywatną audiencję u Fryderyka Wilhelma III, pisał wiernopoddańcze listy z prośbami o dofinansowanie. Osoba pruskiego króla co jakiś czas zostawała uhonorowana ze sceny – taka była cena za prawo do prowadzenia teatru. Z polską publicznością Bogusławski porozumiewał się przy pomocy aluzji, stroniąc od jaskrawej aktualności jak od ognia, przenosząc akcje spektakli w odległe miejsca i czasy.

W 1806 roku Prusy przegrały wojnę z Napoleonem, do Warszawy wkroczyli Francuzi oraz walczący w Legionach Polacy. Cesarz stał się bohaterem. Kiedy w styczniu 1807 roku przybył na spektakl, budynek teatru był przystrojony, jak chyba nigdy w historii. Tonął w aksamicie, kryształach i świetlnej iluminacji. Repertuar stał się aktualny i polityczny, na afisz trafiały sztuki pisane w ciągu 24 godzin i wystawiane po jednej próbie, jak na przykład Okopy na Pradze Ludwika Dmuszewskiego. Kiedy w 1807 roku na mocy pokoju w Tylży utworzono Księstwo Warszawskie, Bogusławski wystawiał laurki już kolejnemu władcy – Fryderykowi Augustowi, królowi Saksonii, księciu warszawskiemu. Dwa lata później bronione przez księcia Poniatowskiego miasto zajęli Austriacy, teatr zmuszono, by grał repertuar rozrywkowy, publiczność ogłosiła bojkot. Po bitwie pod Austerlitz do Warszawy ponownie wkroczyli żołnierze znad Loary, co uczczono Krakowiakami i Góralami z dopisanymi kupletami politycznymi oraz Mazurkiem Dąbrowskiego i Polonezem Kościuszki granymi w przerwach między aktami. Wreszcie zimą 1812 roku wynędzniała armia Napoleona mijała stolicę Księstwa w ucieczce przed wojskami Moskwy. Warszawa miała być odtąd miastem rosyjskim, a ze sceny już wkrótce oddawano hołd Aleksandrowi I. Na jego cześć zespół Teatru Narodowego wystawił operę Karola Kurpińskiego Łaska imperatora. Wkrótce zagrano także Krakowiaków... między innymi z taką zwrotką dopisaną na cześć cara:
Za tyle łask, tyle trudów
Kraj Ci swą wiarę przysięga,
Trwałą, jak Twoja potęga,
Silną, jak moc Twoich ludów.
W tych inicjatywach Bogusławski już jednak nie brał udziału. Kiedy Napoleona Bonapartego zsyłano na Elbę, ster teatru przy Placu Krasińskich po 30 latach przechodził w nowe ręce.

Aleksander Bardini powiedział kiedyś w wywiadzie: „Życie w teatrze to jakiś nieprzerwany ciąg kłopotów, zmartwień, rzadko przetykanych chwilami szczęścia”. Pewnie i życie ojca sceny narodowej tak wyglądało, choć starał się, jak mógł, odnaleźć spokój w codziennych problemach. Na podstawie listów aktora Alojzego Żółkowskiego (ojca), można wyobrazić sobie życie codzienne trupy Bogusławskiego. Do naszych czasów zachował się opis wyprawy do Kalisza, jaką artyści podjęli w maju 1801 roku. Jechali w kawalkadzie powozów, każdy w prywatnym pojeździe, często w asyście służby. Aż do rogatek miejskich odprowadzała ich grupa gapiów, wielbicieli, przyjaciół. Joanna Szczurowska, grająca naiwne subretki, podróżowała w kariolce – modnym wówczas powozie bez dachu, Ludwik Dmuszewski – aktor i dramatopisarz, jechał wierzchem. W Szymanowie, nieopodal Sochaczewa, wypadł postój. Żółkowski pisał: „Trzy spoczywaliśmy godziny. Ten czas cały prawie obróciliśmy na robienie piszczałek z wierzby, graliśmy na nich dość doskonale”. Nocleg wypadł w Łowiczu, gdzie Jan Ryłło, aktor specjalizujący się w rolach komicznych ojców i służących, „dał dowód wielkiego doświadczenia w sztuce kuchennej”. Zdaje się, że odpowiadał za kuchnię do końca wyprawy. Aktorzy w drodze uczyli się ról z grubych zeszytów. Dyrektor chciał w Kaliszu przepróbować kilka nowości przed pokazami w Warszawie. Kolejny postój w miejscowości Piątek: Ryłło gotował, aktorki przechadzały się z nosami w brulionach. Nocleg w Poddębicach i trzeciego dnia teatralny orszak przybył do Kalisza. Grupa świętowała imieniny Jana Szczurowskiego, Bogusławski próbował ułożyć repertuar. Żółkowski relacjonował: „Chce dać Szkołę zazdrosnych – Pani Szcz. nie chce. Chce dać Antreprenera – Helusia nie chce. Chce Johankę i Bernardona – Franusia nie chce. Wszystkie mówią, że nie umieją”. W końcu doszło do zgody, rozpoczął się cykl występów z przerwą w piątek. Dyrektor urządził tego dnia podwieczorek na otwartym powietrzu za miastem. „Ryłło dyrygował kuchnią i ponczowym laboratorium. Dobry humor unosił się nad nami. Nie zrażeni deszczem oddaliśmy się wesołości, stosując się do miejsca. Same tylko wiejskie tańce, same piosenki rolnicze nas zatrudniały. Jedne skrzypce, odgłos konewki i harmonia kija po stole składały całą orkiestrę. Chmury osłoniły nas, mieliśmy mało widzów, i to samych chłopców wiejskich, a zatem nie żenowaliśmy się”. Takie wyjazdy odbywały się na ogół dwa razy do roku. Poza Wielkopolską zespół wyprawiał się także do Gdańska, Białegostoku, Wilna.

Bogusławski im silniejszą pozycję zajmował w teatrze, tym bardziej otoczony był miłością i kultem pracowników. Świętem teatru były jego imieniny przypadające 23 kwietnia. W 1805 roku dla ich uczczenia w Pałacu Radziwiłłowskim odegrano komedię Dmuszewskiego Aktorowie na elizejskich polach, w której najwięksi polscy aktorzy stawiali się po śmierci przed Charonem. Był wśród nich i Bogusławski. Po spektaklu odśpiewano napisaną na cześć dyrektora kantatę i odegrano scenę, którą tak opisano w Gazecie Warszawskiej: „Scenę zdobiła nowa dekoracja roboty panów Ranucci i Scotti wystawiająca świątynię wdzięczności. Ołtarz otaczały cztery dziewice biało ubrane, połączone łańcuchem girlandowym z kwiatów. Piąta, ksieni, sypała na ogień kadzidło, a mały geniusz rozrzucił pod ołtarzem koszyk kwiatów. Nad ołtarzem widać było w ogniowej przezroczystości cyfrę z liter W i B złożoną. Nad nią unosił się geniusz wytrąbujący”.

Osobną uroczystość organizowała na cześć Bogusławskiego prowadzona przez niego równolegle trupa niemiecka. Od 1811 roku w obchody włączali się pewnie także uczniowie utworzonej przy teatrze Szkoły Dramatycznej, tak jak niewiele ponad sto lat później studenci PIST-u świętowali hucznie każdego roku imieniny Aleksandra Zelwerowicza. W każdym razie wielu musiało Bogusławskiemu zazdrościć.

W 1807 roku wybudował u zbiegu ulicy Żelaznej i Żytniej, zaledwie dwa kilometry od Teatru Narodowego, piętrowy pałacyk z dwoma skrzydłami oraz rozległym ogrodem i warzywnikiem. Ogrodnictwo było jego ulubionym domowym zajęciem, przybywający goście często zastawali go w fartuchu pobrudzonym ziemią. Na fasadzie domu Bogusławski kazał wyryć napis „Parva sed apta”, co znaczy „Mały, ale wygodny”.

Ojciec sceny narodowej miał w tym czasie stały rozkład zajęć. Poranek spędzał w pałacyku, następnie jechał powozem do teatru. O dziesiątej zaczynał próbę albo przyjmował interesantów, po czternastej wracał do pałacyku na obiad. Wieczorem grał lub doglądał spektakl. Lubił gości, często zapraszał do siebie nowopoznane osoby. Bywali u niego: Staszic, Niemcewicz, generał Chodkiewicz. Z całej Polski ściągali do Bogusławskiego ludzie teatru, którzy widzieli w nim teatralnego mistrza i szukali rad, odpowiedzi na pytania, natchnienia.

Wydaje się, że chwila stabilizacji często bywa początkiem końca. Dochodzący do sześćdziesiątki Bogusławski stawał się wybitnym byłym artystą. Człowiekiem cieszącym się respektem, ale wobec którego coraz jawniej buntowało się młodsze pokolenie. Żyjącym bardziej dawnymi dokonaniami, niż myślącym o przyszłości. Ówczesny obserwator pisał:
„Jego rozliczne zajęcia jako dyrektora, różne ułomności, które poprzedzają starość, zwłaszcza starość będącą następstwem życia spędzonego w pracy i niepokoju, jego zamiłowanie do wszelkiego rodzaju przyjemności nie pozostawiają mu zawsze dość czasu na kształcenie się takie, jak należy, na udoskonalenie się w tym stopniu, w jakim powinien to czynić, i na całkowite wyzyskiwanie tych szczęśliwych dyspozycji, jakich udzieliła mu natura. Zresztą występuje rzadko z wielkim żalem publiczności, która kocha go i oddaje sprawiedliwość jego talentowi”.

W teatrze zaczęto dostrzegać marazm i powtarzalność, coraz więcej mówiło się o zastąpieniu Bogusławskiego kimś nowym, o wpuszczeniu do instytucji świeżej krwi. Ojciec narodowej sceny zaczął się wycofywać z życia teatralnego. Ubywało mu sił, coraz częściej popadał także w konflikty z dawnymi przyjaciółmi z teatru, na przykład z kompozytorem Józefem Elsnerem. Uparcie komplikował sobie przy tym życie uczuciowe. Po długotrwałym romansie z mężatką – Marianną Pierożyńską, Bogusławski zdradził ją z niemiecką aktorką Anną Lampel, po śmierci której związał się jeszcze z młodziutką Konstancją Pięknowską. Do dzisiaj nie udało się ustalić ostatecznej liczby jego dzieci.

Ostatnim jego wielkim przedsięwzięciem była próba wydania drukiem swoich dzieł dramatycznych, dorobku kilkudziesięciu lat pracy. Monumentalny projekt zaplanowany został na 15 tomów, z których Bogusławskiemu udało się oddać do rąk czytelników 12. Zawierały one 51 tekstów – tłumaczeń, przeróbek oraz dzieł oryginalnych.

Następnym dyrektorem sceny przy Placu Krasińskich został zięć Bogusławskiego, Ludwik Osiński, nazywany „arcykapłanem neoklasyków polskich”. Pewny swoich sił literat nie taił lekceważenia wobec dokonań teścia. Zapowiadał wprowadzenie repertuaru ambitniejszego, bardziej artystycznego i jednorodnego, opartego na modelu francuskiego klasycyzmu. W miejscu operujących różnymi konwencjami dram, w których celował Bogusławski, wystawiane miały być tragedie przestrzegające zasady trzech jedności, oparte bardziej na retoryce niż na akcji scenicznej, gdzie wiodącym środkiem wyrazu powinno być słowo. Osiński miał za sobą krytykę i część miejskich elit, nie udało mu się jednak porwać szerokiej publiczności. Premiera Barbary Radziwiłłówny Alojzego Felińskiego z 1817 roku była jego największym sukcesem i szczytowym osiągnięciem polskiego neoklasycyzmu. Potem było już tylko gorzej. Do historii przeszły pokazy Cyda Corneille’a grane w prawie całkowicie pustym teatrze. Recenzent pisał: „Jakaś mgła posępna zapełniła przedsionek i korytarze. Rzadko kto przerywał sen błogosławiony odbierających bilety”. Kondycja finansowa teatru była tragiczna. Bogusławski pisał: „Po trzechletnich rozmaitych konwulsjach teatr rządzony przez szanownych wskrzesicielów dobrego smaku znalazł się nad przepaścią swej zguby”. Okazało się, że teoria nie jest tym samym, czym praktyka. Feliński został zmuszony pójść na ustępstwa, coraz częściej zwracał się do teścia z prośbą o radę.

O ile przekraczający sześćdziesiątkę Bogusławski toczył ideowy konflikt z ludźmi młodszymi od siebie o lat 20, o tyle czuł porozumienie z młodzieżą wśród której kiełkowały idee romantyzmu. Wiadomo, że podczas gościnnych występów w Wilnie oglądał go z przejęciem Tomasz Zan, współzałożyciel Towarzystwa Filomatów. Prawdopodobnie widział go również Adam Mickiewicz. Z tego pokolenia wywodziła się również żona Bogusławskiego. Ożenił się dopiero w wieku 65 lat z młodszą o 4 dekady nauczycielką niemieckiego, Augustą Siegmundą.

Panna młoda nie mogła już wprowadzić się do pałacyku przy Żelaznej. Walczący o spłatę długów, które pozaciągał jako dyrektor, Bogusławski wyprzedał dużą część majątku, w tym swoją ulubioną rezydencję. Ostatnie lata życia spędził z żoną w folwarku Jasień nieopodal Rawy Mazowieckiej. Majątek ten został przyznany sędziwemu aktorowi przez państwo rosyjskie jako forma emerytury. Chodź na emeryturze, Bogusławski nigdy nie zerwał ostatecznie kontaktów ze sceną. Jeździł do Warszawy, oglądał spektakle, konsultowano z nim rozmaite sprawy. Nadal okazjonalnie pojawiał się na scenie. Zmarł w Warszawie, w swoim mieszkaniu na Nowolipkach 23 lipca 1829 roku. Trumnę na Powązki nieśli jego dawni aktorzy. Podczas mszy orkiestra i chór teatru wykonały Requiem Mozarta.

16-08-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: