AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Czego nie dościgną źrenice Sokoła?

Gangliony pękają mi od niewyrażalnych myśli. Prace ofiarowane Profesorowi Lechowi Sokołowi,

Magdalena Hasiuk (red.), Antoni Winch (red.), Wydawnictwo: Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2019.
 

„Firma Sokół oferuje Państwu pierwszorzędne usługi dotyczące Witkacego, Ibsena i Strindberga, a jeśli życzą sobie Państwo, także Czechowa, chociaż tutaj muszę przyznać, że są na świecie więksi specjaliści ode mnie” – tak zapamiętałem pierwsze słowa, które wypowiedział do mnie i moich kolegów z roku profesor Lech Sokół. Siedzieliśmy w piątkę na poddaszu Akademii Teatralnej w pomieszczeniu wielkości komórki pod schodami, które pełniło podwójną funkcję salki wykładowej i składziku na scenografię. Na własnych plecach przytargałem tam kiedyś ciężki jak diabli pseudorokokowy fotel potrzebny mi do egzaminu z Zapolskiej. Pamiętam, jak profesor Sokół siedział później na tym meblu jak na wyściełanym tronie i popijając colę, opowiadał o skandynawskiej dramaturgii. Wysoki, siwobrody – wyglądał, jakby wykładał nie w szkole teatralnej, ale w Hogwarcie. Z jego oferty wybraliśmy Skandynawów. Minęło 10 lat, ale nadal przypominam sobie rozmowy o Ibsenowskim Peer Gyncie i zacięte dyskusje o trollach, latających wieprzach, Wielkim Krzywym, Odlewaczu Guzików i tonącym kucharzu. Lubiłem na zajęciach to, że twardo stąpaliśmy po materii tekstu i chociaż wykładowca skłaniał nas do filozofowania i poszerzał kontekst o biografie autorów, o zagadnienia z historii, ekonomii czy socjologii, to zawsze jednak posuwaliśmy się scena za sceną, śledząc losy bohaterów. Na innych wykładach nie było to takie oczywiste. Pod wpływem różnych akademickich kierunków do szkoły napływały niezrozumiałe przy pierwszym kontakcie żargony, opasłe lektury i abstrakcyjne tezy, z którymi ja – młody student wydziału reżyserii – nie zawsze wiedziałem, co zrobić. Może jest tak, że czytając tekst, odnajdujemy w nim to, czego sami szukamy? Gdy jedni zanurzają się w literaturę, poszukując argumentów dla swoich wielopiętrowych twierdzeń, paliwa dla rewolucji albo pocisków na swoich przeciwników, inni chcą raczej dowiedzieć się czegoś o sobie i zrozumieć trochę więcej z otaczającego ich świata. Podobno Umberto Eco namawiał swoich studentów, żeby sięgali po książkę za książką, aż trafią na tę, która odmieni ich życie. Strategia ta nie jest chyba pozbawiona sensu. Profesor Sokół pokazywał nam jakąś scenę, czasem po prostu pojedynczą kwestię i kazał się przypatrzeć. Bywało, że naprowadzał nas w kilku słowach. Dziwne, ale otwierały nam się oczy i fragmenty, przez które prześlizgiwaliśmy się w lekturze, nabierały mocy. Rozmawialiśmy o prostych, powszechnych doświadczeniach: strachu, nadziei, szczęściu, depresji, miłości, pożądaniu, wierze, zwątpieniu, śmierci... Po zajęciach chciało mi się pracować. Widziałem w wyobraźni sytuacje, przestrzenie i obsady. Marzyłem o Peer Gyncie, Brandzie, Dzikiej kaczce, Pannie Julii, Ojcu, Burzy...

Wspomnienia te wróciły do mnie dzięki książce o zaczerpniętym z Witkacego tytule: Gangliony pękają mi od niewyrażalnych myśli. Prace ofiarowane Profesorowi Lechowi Sokołowi wydanej przez Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Dzieło powstało z okazji jubileuszu pracy badacza i wykładowcy i zawiera artykuły związane z jego osobą i skupione wokół zainteresowań jubilata. A że te są różnorodne, to książka jest pokaźna, a dobre pół setki autorów porusza się po szerokiej skali zagadnień. Trudno wspomnieć o każdym z osobna tekście.

Jarosław Komorowski w swoim stylu stworzył żartobliwy i erudycyjny przegląd dziejów sokoła wędrownego w historii światowej literatury. Janusz Degler i Jan Gondowicz w osobnych szkicach scharakteryzowali postaci z orbity Witkacego i dołożyli po cegiełce do opisu surrealistycznego środowiska artystycznego przedwojennego Zakopanego. Degler pisał o poplątanych losach Tadeusza Langiera – bankiera i pierwowzoru kilku Witkacowskich bohaterów i Bronisławy Włodarskiej – jego narzeczonej, demonicznej uciekinierki z rewolucyjnej Rosji, uwikłanej w tragiczny romansowy trójkąt pomiędzy Marią Kasprowiczową, wdową po sławnym poecie, i powieściopisarzem Michałem Choromańskim. Z kolei Gondowicz przypomniał postać Augusta Zamoyskiego – awangardowego rzeźbiarza, sportowca i oryginała, który paradował w łowickich spodniach i z zielonym kosturem w ręku, przejechał rowerem niemal trzy tysiące kilometrów z Paryża do Zakopanego, a w swoim domu na Skibówkach organizował całonocne pijatyki z udziałem między innymi Witkacego, Karola Szymanowskiego, Karola Stryjeńskiego czy Jana Pawlikowskiego – pioniera taternictwa i ochrony przyrody w Polsce.

Nurt skandynawski w książce reprezentuje między innymi będący częścią większej całości esej Tomasza Kubikowskiego o Fridtjofie Nansenie – podróżniku, badaczu i pisarzu, który podjął nieudaną próbę zdobycia Bieguna Północnego. Kubikowski w doskonałym stylu, przywodzącym na myśl prozę Modrisa Eksteinsa, przez pryzmat wyprawy Nansena i kulturowej fascynacji Arktyką opowiada o narodzinach XX wieku.

W nurcie poruszającym problemy teologiczne, niezwykle ważne dla Lecha Sokoła, znaleźć można tekst Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej dotyczący Szaloma Asza – polskiego Żyda, typowanego do literackiej Nagrody Nobla pisarza tworzącego w jidisz, a także po hebrajsku i polsku, autora sztuk teatralnych takich jak: Z biegiem fal, Czasy Mesjasza, Spadkobiercy czy Bóg zemsty. W utworach tych Asz sportretował współczesnych sobie Żydów, próbujących pogodzić zasady religii przodków z życiem w nowoczesnym społeczeństwie, rozdartych pomiędzy przywiązaniem do swojej kultury a możliwościami, jakie daje asymilacja. Tom kończy zaskakujący pod względem tematu artykuł Lidii Kuchtówny. Specjalizująca się między innymi w biografii Karola Frycza badaczka z pietyzmem zrekonstruowała obrzęd koronacji obrazu Matki Bożej Bolesnej w Sulisławicach w 1913 roku. Na wydarzenie, które przyciągnęło 250 tysięcy wiernych, w tym wielu pielgrzymów, autorka musiała trafić za sprawą Frycza, któremu zlecono zaprojektowanie koron i wykonanie dekoracji niezbędnych do przeprowadzenia  ceremonii. Co łączy Lecha Sokoła z obrazem Matki Bożej Bolesnej w Sulisławicach? Urodził się on w Koprzywnicy – oddalonym o kilka kilometrów świętokrzyskim miasteczku.

Z wielu tekstów zawartych w Gangliony pękają mi... wyłania się idealistyczna wizja sztuki: wiara w jej znaczenie, moc wpływania na rzeczywistość, zdolność do wzbogacania ludzkiego życia. Duże wrażenie wywarł na mnie niepozorny tekst Michała Masłowskiego, w którym autor pisał o swoim wuju, Edmundzie Erneście-Kosmowskim, żołnierzu i malarzu impresjoniście tworzącym najpierw w Polsce, później na emigracji w Normandii, legioniście, uczestniku wojny polsko-bolszewickiej, kampanii wrześniowej, walk we Francji, członku ruchu oporu. Artysta miał quasi-religijny stosunek do sztuki. W cytowanym przez Masłowskiego artykule pisał: „Gdy przed 50 laty w Żytomierzu odkryto szczątki osiedla, znalazłem czaszkę ludzką i rzeźbioną w brązie figurę. Czaszka była pusta, bez mózgu, rzeźba żywa i głosiła piękno. Człowiek umarł, ideał jego pozostał i jest”.

Zastanawiam się, kto sięgnie po lekturę tego prezentu sprawionego profesorowi Sokołowi. Pięćdziesięciu autorów, pięćdziesiąt tematów, morze wiedzy i inspiracji. Chciałbym wierzyć, że publikacje takie jak ta mogą wypłynąć poza środowisko naukowe. Niechże któryś dyrektor teatru zastanowi się dzięki niej, kiedy to na jego scenie ostatni raz grano Witkacego, kiedy sięgnięto po skandynawską dramaturgię albo chociażby kiedy ostatnio zorganizowano jakiś naukowy wykład dla widowni? Niech jakiś reżyser, dramaturg czy kierownik literacki pójdzie do biblioteki po wybór dramatów Szaloma Asza czy któregokolwiek z licznych autorów wspominanych w Gangliony pękają mi... Chciałbym, żeby taka mogła być moc oddziaływania tego dzieła. Ale jakoś w to nie wierzę.

W serialu Artyści Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego pojawiła się scena, w której podczas próby czytanej do Snu nocy letniej jeden z aktorów wyciągnął książkę Jana Kotta i powołując się na autorytet szekspirologa, próbował dyskutować z założeniami inscenizacji progresywnego reżysera. Ten z kolei wspierany przez swojego dramaturga tłumaczył zirytowany, że nie wystawia przecież opracowania Kotta, ale własną, autorską wizję dramatu. Byłem zaskoczony. Szekspir współczesny Kotta kojarzył mi się z drapieżnymi interpretacjami, bliskimi materii teatru i odległymi od akademickiej teorii. A jednak w serialu tekst Kotta został potraktowany jak szkolny bryk. Czy gdyby Krzysztof Schiller – reżyser z serialu – pracował nad Strindbergiem, do kosza wyrzucone zostałyby teksty profesora Sokoła? Jakie książki czyta serialowy Krzysztof Schiller? O ile oczywiście jakieś czyta.

Nie da się ukryć, że między ośrodkami naukowymi a teatralnymi praktykami zieje przepaść. Czy jakikolwiek tekst dotyczący historii teatru lub dramatu może dzisiaj wpłynąć na decyzje repertuarowe jakieś sceny albo zainspirować jakiegokolwiek reżysera do zgłębienia nieznanej sobie dziedziny? To się oczywiście zdarza, ale incydentalnie. Dlaczego publikacje nowych książek o teatrze przechodzą bez echa, dlaczego nie wzbudzają szerszych emocji w środowisku? Przychodzi mi na myśl, zaskakujące być może, porównanie z giełdą. Na giełdowym parkiecie gracze idą za własnym nosem, na własną rękę wyszukując spółki, w które warto zainwestować. Jednocześnie dysponują jednak punktem odniesienia – analizami giełdowymi, które mogą zwrócić ich uwagę na przedsiębiorstwa, o których wcześniej nie myśleli. Środowisko inwestorów i analityków żyje w symbiozie – obie grupy grają w tę samą grę. Czy instytucjonalny teatr nie jest takim giełdowym graczem inwestującym swój kapitał (publiczne pieniądze oraz czas i wysiłek pracowników) w poszczególne pozycje repertuaru? Czy środowiska naukowe nie mogłyby pomagać we wzbogacaniu trendu i współuczestniczyć w tworzeniu się nowych mód? Z jakiegoś powodu to tak nie działa. Trwa stulecie założenia Reduty. Który teatr zdecydował się na próbę sięgnięcia z tej okazji po redutowy repertuar?

Szkoda, że jest jak jest, bo z dialogu między artystami i ośrodkami naukowymi mogłoby dla polskiego teatru wyniknąć wiele dobrego. Weźmy za przykład Witkacego. Gra się go dzisiaj raczej rzadko, być może dlatego, że stanowi prawdziwą mękę dla aktorów. Muszą oni grać sceny, w których rozwibrowani emocjonalnie bohaterowie rozmawiają o Bergsonie i Husserlu, fizyce teoretycznej, logice matematycznej, teorii malarstwa i polityce. Połączenie tego jest karkołomne i często słyszy się ze sceny kwestie, które zawierają ładunek emocjonalny, ale grane są niejako obok intelektualnej treści. Widownia wierzy w nienawiść czy miłość bohaterów, ale już nie w to, że są oni awangardowymi artystami czy filozofami. Coś udają. Jarosław Gajewski, w publikowanym w Gangliony pękają mi… tekście analizował Witkacowskich Onych. Pisał:

Jesteś sobą tylko w odwrotności ciężarów. Cytowany na początku Onych przez Spikę fragment sztuki napisanej przez Tefuana zawiera przedziwną konstrukcję językową, którą bohaterka uznaje za bezsensowną. Jako aktorka, nie mogąc utożsamić się z treścią sztuki, traci poczucie własnej wartości, czyli artystyczną i ludzką tożsamość. Zdolność utożsamienia się, czy choćby głębokiego zaangażowania aktora w treść scenariusza, stanowi podstawowy warunek rozwoju talentu aktorskiego, a wraz z nim i samej sztuki. Propozycja angażowania się w treść niezrozumiałą, a wręcz pozbawioną sensu, jest dla aktora niemożliwa do przyjęcia. Podjęcie takiego zadania oznaczałoby nie tylko wyrzeczenie się tożsamości, ale samobójstwo artystyczne”.

Podobnie musi czuć się wielu aktorów obsadzanych w sztukach Witkacego, którzy nie tylko nie rozumieją treści dyskusji prowadzonych przez bohaterów, ale często nawet się nimi nie interesują. Jednym z niewielu aktorów, który dobrze czuje się, jak sądzę, w dramatach autora Wariata i zakonnicy jest właśnie Gajewski. W Obrocku na podstawie Matki w warszawskim Teatrze Studio, kameralnym spektaklu sprzed ponad dekady, wypowiadał monologi Leona na najwyższych emocjonalnych diapazonach, wystrzeliwując słowa z prędkością karabinu Kałasznikowa. A jednocześnie prowadził swoje wywody logicznie i ani przez chwilę nie miało się wątpliwości, że postać posługuje się własnymi słowami, a aktor doskonale rozumie to, co mówi.

Niedawno zapoznałem się z tekstem Lecha Sokoła opublikowanym w książce Światła na wszystkie strony – analogicznym do Gangliony pękają mi... dziele dedykowanym profesor Lidii Kuchtównie. W swoim artykule Sokół zajmował się tematem, który pasjonuje go od 10 lat: ciszą i milczeniem. Przy lekturze poczułem się, jakbym znowu siedział na w salce na strychu Akademii Teatralnej. To samo skupienie na fabule, to samo przeświadczenie, słuszne jak sądzę, że samo skupienie na fakcie przywołuje znaczenia. Sokół pisał o kilku różnych tekstach, w których istotny był motyw milczenia, w tym o Siódmej pieczęci Bergmana. Pisał: „Karin odczytuje fragmenty Apokalipsy z przerwami spowodowanymi przez interwencje zebranych osób, urywa tekst ostatecznie na odwołaniu do Gwiazdy Piołun, gdyż wtedy Śmierć przychodzi po obecnych. Szacunek należny Śmierci powoduje, że Rycerz i Karin witają ją godnie, z powagą, jak kogoś, kto ma bardzo wysoką pozycję w hierarchii osób spoza świata. Rycerz dobrze ją już zna z wielu spotkań, a Karin przedstawia się. W jej ślady idzie kowal Plog, który przedstawia także swoją żonę. Dziewczyna, która dotychczas patrzyła, ale prawie nic nie mówiła, klęka i wypowiada stosowne słowa: «Oto spełniło się». Odnajdujemy w tych i innych fragmentach tekstu Bergmana ciszę i milczenie. Ciszę natury, milczenie Rycerza i innych osób oraz – najważniejsze i najbardziej tajemnicze – milczenie Boga. Rycerz poszukuje prawdy o Bogu, wytłumaczenia tajemnic życia i tajemnicy śmierci. Bóg do niego nic nie mówi; może Go nie ma, skoro nie odpowiada?”.

13-11-2019

Gangliony pękają mi od niewyrażalnych myśli. Prace ofiarowane Profesorowi Lechowi Sokołowi, Magdalena Hasiuk (red.), Antoni Winch (red.), Wydawnictwo: Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2019.


skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: