AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Czarownica z Wybrzeża. Benefis Krystyny Łubieńskiej

Teatrolog, krytyk teatralny, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego (adiunkt w Katedrze Kultury i Sztuki w Instytucie Filologii Polskiej). Badawczo interesuje się dramaturgią współczesną i teatrem „nowej realności”. Publikowała m.in. na łamach „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego”, „Teatru”, "Dialogu". Była kierownikiem literackim Teatru Muzycznego w Gdyni, Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu i Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni, a także kierownikiem literackim i dyrektorem programowym Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Gdyni. Współtworzyła również projekt Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Jest autorką książki Gra o zbawienie. O dramatach Tadeusza Słobodzianka.
A A A
Fot. Dominik Werner  

Gdańskie Czarownice z Salem rozpoczyna muzyczne show Tituby, które przemienia się stopniowo w pijacką orgię z udziałem Abigail Williams i zafascynowanych nią, jej rozbudzoną kobiecością, dziewcząt. Reżyserska interpretacja Adama Nalepy nie pozostawia wątpliwości, że źródłem „opętania” młodych kobiet z Salem jest ich wyzwalająca się seksualność hamowana dotąd przez surowe reguły purytańskiego życia. Jak zatem rozumieć deklarowaną „niewinność” najmłodszej z nich, czternastoletniej Ruth Putnam, granej przez nestorkę gdańskiej sceny – aktorkę „z przeszłością”, również teatralną? Jej staro-młodość, starość „zamaskowana” blond peruką z warkoczykami i „upupiona” wpychanym do ręki lizakiem, czyni ją kimś dwuznacznym, pękniętym, obcym. Kimś nie-z-tego-świata. Kimś nie-z-tego-teatru. Krystyna Łubieńska właśnie tą rolą obchodziła 55-lecie pracy artystycznej na scenie Teatru Wybrzeże.

Zadebiutowała w 1951 roku we wrocławskim Teatrze Młodego Widza rolą Heli w Wodewilu warszawskim Gozdawy i Stępnia w reżyserii Wacława Zdanowicza. Przez pierwsze lata występowała na scenach Dolnego Śląska, grając różne podlotki (Zuzię, Zosię, Hankę), młode heroiny (Szimenę, Antygonę, Ifigenię), ale i czarującą Szewcową w sztuce Lope de Vegi czy Alinę w Ciotuni Fredry… To jednak Teatr Wybrzeże stał się jej aktorskim domem na ponad pół wieku. Choć kilka razy go porzucała, szukając zawodowych spełnień w Lublinie, Katowicach, Warszawie.

W ekipie Teatru Wybrzeże pojawiła się w 1958 roku na zaproszenie Zygmunta Hübnera, który objął wówczas kierownictwo artystyczne największej trójmiejskiej sceny, dokonując od razu transformacji zespołu (obok Łubieńskiej dołączyło do niego na starcie jeszcze siedmioro aktorów, w tym Zofia Czerwińska i Zdzisław Maklakiewicz; wrócili również do grania, „oddelegowani” wcześniej do studenckiego Bim-Bomu, Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela). Hübner, wówczas dwudziestoośmioletni aktor, reżyser i publicysta, w roli dyrektora dopiero debiutował, ale – jak pisała Malwina Szczepkowska w tomie 20 lat teatru na Wybrzeżu – posiadał rzadki dar, dzięki któremu potrafił doprowadzić aktorów do czegoś więcej niż zagrania jednej dobrej roli: do zrobienia dobrego teatru. Pomagał im po prostu odkryć, że ich zawód jest czymś pasjonującym, dlatego warto mu poświęcić wiele…

Łubieńska od razu zagrała główną rolę Heleny w Nie będzie wojny trojańskiej Jeana Giraudoux w przekładzie, inscenizacji i reżyserii Bohdana Korzeniewskiego na scenie Teatru Wielkiego we Wrzeszczu (obecnie siedziba Opery Bałtyckiej). U swojego boku miała Edmunda Fettinga (Parys), Mirosławę Dubrawską (Andromacha), Kirę Pepłowską (Hekuba), Tadeusza Rosińskiego (Hektor), Tadeusza Gwiazdowskiego (Ulisses), Stanisława Dąbrowskiego (Demoks) i innych. Korzeniewski, miłośnik kultury francuskiej ufundowanej na oświeceniowym racjonalizmie, dał przedstawienie „jasne, celowe, czyste w swoim teatralnym kształcie (…) dyskretnie skrywające uczucia bohaterów, by z precyzją odsłonić tok ich myślenia”, z umiarem traktując zarówno momenty tragiczne, jak i komediowe (Szczepkowska). Nie każdy z aktorów trafił precyzyjnie w ten styl sztuki i jej reżyserskiej interpretacji. Helena w wykonaniu Łubieńskiej, „bardzo upozowana na natarczywego kociaka”, nie spodobała się Róży Ostrowskiej. Zupełnie inaczej oceniał jednak pracę aktorki Wojciech Natanson, w opinii którego Łubieńska przydała Helenie akcentów wyraźnie poetyckich, nicując zawartą w sztuce charakterystykę tej postaci jako kobiety pozostającej we władzy zmysłów. Na łamach „Teatru” krytyk chwalił piękne operowanie frazą, czym aktorka uwydatniła „wszystko, co w replikach Heleny jest dowcipem, urokiem oryginalnej myśli poetyckiej”.

Do radykalnie innego świata zaprosił Łubieńską tandem Cybulski-Kobiela, którzy jako reżyserzy zaproponowali unowocześniony teatr buffo, gdzie błazeństwo i absurd doprowadzone zostały do eksplozji. Aktorka wstąpiła do tego Królestwa Nonsensu, wyprowadzonego z tradycji commedia dell’arte i zmaterializowanego na scenie przez wybitnego scenografa Janusza Adama Krassowskiego, dwukrotnie – jako Hrabianka Barbara w Jonaszu i błaźnie Broszkiewicza oraz Zuzanna w Królu Flersa, Caillaveta i Aréne. Takie role, oparte na improwizacyjnym szaleństwie i cyrkowo-kabaretowej giętkości, będą jednak w jej dorobku rzadkością.

Krystyna Łubieńska niespodziewanie wróciła na scenę Teatru Wybrzeże w wielkim stylu sześć lat temu. Za jej aktorską re-aktywację (re-kreację?) odpowiedzialny jest Adam Nalepa.Pod ręką Hübnera, w czasie jego krótkiej dyrekcji, stworzyła tylko dwie role. Najpierw w zrealizowanym jako monumentalne widowisko Kajusie Cezarze Kaliguli Rostworowskiego (1959) była Milonią Caesonią, żoną tytułowego bohatera – jedną z „posągowo pięknych kobiet”, wpisaną w sztafażowe, rapsodyczne tło przeciwstawione drobnemu, nerwowemu, przygarbionemu i chwilami prawie szepczącemu Bogumiłowi Kobieli. W 1960 roku zagrała u boku Hübnera w arcydzielnym Nosorożcu Ionesco, wcielając się w postać Daisy – uroczej, seksownej dziewczyny (ponoć w stylu Brigitte Bardot), która była najdłużej wierna ukochanemu Bérengerowi i ludzkiej skórze, dopóki nie uległa naciskowi prądu lansującego „nosorożcyzm” (określenie Sławomira Siereckiego). Zagrała również, w dublurze z Elżbietą Kępińską, w kończącym dyrekcję Hübnera Hamlecie w inscenizacji Andrzeja Wajdy (1960), partnerując po raz kolejny Edmundowi Fettingowi. Jak pisała Szczepkowska, „dojrzały warsztat aktorski, w połączeniu z dziewczęcą, poetycką aparycją, pozwoliły Łubieńskiej pokazać Ofelię, posłuszną córkę Poloniusza, damę na dworze królewskim, subtelną i kruchą, której dziewczęcy umysł nie udźwignął ciężaru nieszczęścia”. Do tej roli wróciła niedawno w performansie Zorki Wollny Ofelie. Ikonografia szaleństwa, jako najstarsza w gronie jedenastu aktorek, które odgrywając scenę obłąkania, poddały się „procesowi przypominania roli, odtwarzania pamięci ciała i świadomości”.

Nie najlepiej wiodło się jej jako aktorce za dyrekcji Jerzego Golińskiego, który przejął Teatr Wybrzeże po odejściu Hübnera do Warszawy. W Weselu Wyspiańskiego (1961), łączącym naturalistyczne obrazowanie wiejskiego życia (na tle szopkowej scenografii Alego Bunscha) z groteskowym prowadzeniem postaci, była tylko „piękną i wytworną” Maryną. Na szczęście właśnie wtedy pojawiła się propozycja filmowa – zagrała u boku Adolfa Dymszy jedną z głównych ról, matkę młodocianego bohatera Pawełka Grzeli, w obrazie Janusza Nasfetera Mój stary (w ramach promocji zjeździła z Dymszą „pół Ameryki”). W teatrze zagrała jeszcze Tytanię w wyreżyserowanym przez dyrektora Szekspirowskim Śnie nocy letniej (1962) i zebrała od recenzentów wiele pochwał za konsekwencję i czystość stylistyczną w poprowadzeniu roli. Warto przytoczyć jedną z opinii, bo wydaje się nad wyraz trafnie charakteryzować jej aktorstwo z tamtego okresu: „Łubieńska, przy dobrej dykcji i ładnie brzmiącym głosie, mówi wiersz, zachowując wszystkie jego kanony i nie gubiąc przy tym wartości znaczeniowych – pisała na łamach „Teatru” Bożena Winnicka. – Jej Tytania jest rozpoetyzowaną, a jednocześnie bardzo realną, zmysłową boginią, goniącą za jednoznacznymi urokami życia”. Niewykluczone, że to właśnie owo rozpoetyzowanie i piękna deklamacja w wykonaniu subtelnej i kruchej aktorki nie do końca współgrały ze stylem reżyserskim Golińskiego, stawiającym na żywiołowość, brutalność, potrzebę mocnej ekspresji, grę – jak to się mówi w branżowym żargonie – z „naciśniętym pedałem”. To wtedy zresztą po raz pierwszy Łubieńska uciekła na krótko do Teatru Ziemi Mazowieckiej, gdzie zagrała między innymi Nataszę w Skrzywdzonych i poniżonych Dostojewskiego.

Od połowy lat sześćdziesiątych ważną postacią w jej biografii teatralnej stał się z pewnością reżyser Piotr Paradowski. To u niego zaczęła na powrót grać główne role – Helenę w Troilusie i Kresydzie Szekspira (1965), Jelizawietę w Jegorze Bułyczowie i innych (1967), Ninę Zarieczną w Mewie Czechowa (1968), Elwirę w Don Juanie Moliera (1969), Kasandrę w Orestei Ajschylosa (1969), Krasawicę w Bolesławie Śmiałym Wyspiańskiego (1969). I to on namówił ją do ponownego opuszczenia Trójmiasta, powierzając aż dwukrotnie, w Teatrze im. Osterwy w Lublinie (1970) i Teatrze Śląskim w Katowicach (1971), rolę Katarzyny w Szekspirowskim Poskromieniu złośnicy. Na Wybrzeże Łubieńska powróci dopiero w 1975 roku, do całkiem innego już teatru, zdominowanego przez styl myślenia Stanisława Hebanowskiego, w którego spektaklach główne role zarezerwowane będą dla Haliny Winiarskiej i Haliny Słojewskiej. Jej gwiazda przygasła, nie licząc kilka „rozbłysków” jak choćby rola Aliny Rabskiej w Stąd do Ameryki Zawistowskiego w reżyserii Mikołaja Grabowskiego.

Krystyna Łubieńska niespodziewanie wróciła na scenę Teatru Wybrzeże w wielkim stylu sześć lat temu. Za jej aktorską re-aktywację (re-kreację?) odpowiedzialny jest Adam Nalepa, reżyser wychowany i wykształcony w Niemczech, który w swoim pierwszym spektaklu realizowanym w Polsce, Blaszanym bębenku według Grassa, obsadził ją w roli Roswity. Zobaczył w niej esencję Artystki władającej krainą teatralnej ułudy – podszytej oszustwem boskiej bufonady w oparach tandety. Kolejne spektakle umocniły ją na pozycji medium teatru Nalepy. Rola małoletniej Ruth Putnam w Czarownicach z Salem, wykraczająca poza ramy fabularnej fikcji, wpisuje się w – konsekwentnie przez niego kreowany – „teatr deziluzji”, typując ją na potencjalną „sprawczynię” świata na scenie. Zarazem jednak wprowadza do spektaklu, pozbawionego z woli reżysera „metafizycznego odoru”, aurę niepokoju i tajemnicy, kiedy z niewinnej dziewczynki z lizakiem w ręce przeobraża się w jednej z późniejszych scen w bezwzględną sadystkę, która paląc jointa rozpruwa nożyczkami brzuchy obnażonych lalek. Czarownica podszywająca się pod niewinność dziecka… „Jest Łubieńska w spektaklach Nalepy kimś spoza, kimś obcym, a równocześnie kimś jedynie pasującym do jego spektakli, bez kogo pokazywany przez niego świat byłby dużo prostszy.” – napisał na swoim blogu dramaturg Remigiusz Grzela. Trudno uchwycić ten aktorski fenomen bardziej przenikliwie.

8-11-2013

galeria zdjęć Wystawa zdjęć Krystyny Łubieńskiej Krystyna Łubieńska Krystyna Łubieńska Krystyna Łubieńska ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: