AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Grand finale Teatru Mai Komorowskiej

Krytyk teatralny, dziennikarz. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Autor książek: Teatry Warszawy 1939, Teatr Qui Pro Quo. Kochana stara buda, Teatry Warszawy 1944-45. Współpracował z czasopismami „Po prostu” i „Życiem”. Recenzent teatralny „Dziennika” i „Odry”. Współpracuje z Polskim Radiem, prowadząc audycje poświęcone współczesnemu życiu teatralnemu. Artysta fotografik.
A A A
Szkice z Dostojewskiego, reż. M. Komorowska,
fot. Bartek Warzecha  

W styczniu zeszłego roku odezwała się komórka, znajomy głos Mai Komorowskiej zaprosił mnie na pokaz warsztatu studentów III roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej. Mai Komorowskiej nie odmawia się nigdy, zaproszenie profesor Mai Komorowskiej zaś zawsze oznacza udział w czymś niezwykłym, zwłaszcza, że pokaz był z kategorii „tajne/poufne”.

Była to bowiem jedna z generalnych prób tuż przed egzaminem semestralnym. Sala gimnastyczna Akademii wyciemniona, trzy, może cztery rzędy krzeseł ustawionych w widownię, przed nami studenci wcielający się w księcia Myszkina, Nastazję, Rogożyna, Gruszeńkę, Aloszę… Sceny z Idioty i Braci Karamazow, tour de force, trwający ponad trzy godziny spektakl grany na najwyższym emocjonalnym diapazonie, w niesłychanej dyscyplinie i skupieniu, jakie rzadko zdarza się na zawodowych scenach i na zblazowanych widowniach. Wiedzieliśmy wówczas, że to nie koniec, że ten egzamin doczeka się kontynuacji. Profesor Maja Komorowska zwykła bowiem traktować te wewnętrzne szkolne pokazy jako etap przygotowujący przedstawienie dyplomowe. 

Minął rok i znów oglądaliśmy fenomenalną Lizę, pełną witalności Gruszeńkę, rewelacyjną, rozdartą wewnętrznie Nastazję Filipownę, fantastycznego Rogożyna o duszy napiętej jak gotowa do pęknięcia struna… Tym razem w Teatrze Collegium Nobilium, w przekonfigurowanej przestrzeni łączącej w jedno scenę i widownię. Niektóre sceny jeszcze urosły, na pewno żadna z postaci oglądanych rok wcześniej nie straciła tamtej świeżości i intensywności emocjonalnej. Był 12 lutego 2014 roku. Wieczór szczególny. I przecież nie tylko dlatego, że w Collegium Nobilium mamy świetne przedstawienie, wyprzedzające o kilka okrążeń nieruchawe w tym sezonie stołeczne teatry, a także możliwość zobaczenia na scenie grupy utalentowanych ludzi, z których kilku rokuje najlepsze nadzieje – oby tylko dane im było znaleźć się w dobrych teatrach i nie roztrwonić talentu na mało warte przedsięwzięcia. 

Teatr Mai Komorowskiej dograł do końca. Odchodzi do legendy efektownie – w chwili szczytu rozwoju. Lutowy wieczór w Teatrze Collegium Nobilium był wydarzeniem ważnym, nastrajającym elegijnie. Zamknął bowiem ponad trzydziestoletnią pracę profesor Mai Komorowskiej w Akademii Teatralnej, niegdyś PWST. Wśród jej uczniów znaleźć można tych, którzy mocno zaznaczyli swoją obecność w polskim teatrze. Agnieszka Glińska, Agnieszka Suchora, Artur Żmijewski, Tomasz Sapryk, Sławomir Pacek, Paweł Paprocki i tylu innych… Na monitorze w foyer teatru oglądaliśmy fragmenty zachowanych przedstawień, patrzyliśmy na fotosy – niemych świadków czegoś, co dziś bez cienia emfazy można nazwać Teatrem Mai Komorowskiej. Zjawisko osobne, niemające chyba porównania z niczym w  polskim teatrze. Bo to nie były „tylko” szkolne dyplomy, choć przecież  PWST im. Aleksandra Zelwerowicza miewała przedstawienia, które do historii powojennego polskiego teatru weszły z całą pewnością. Są wśród nich prace Aleksandra Bardiniego, Zofii Mrozowskiej, Jerzego Jarockiego, Adama Hanuszkiewicza, Ludwika Sempolińskiego… Jeśli szukać w przeszłości polskiego teatru jakichś porównań, to zapewne godny odpowiednik odnajdziemy w czasach bardzo już od nas odległych, dalekich tak, że są jakąś własną „złotą legendą”. To warsztaty teatralne Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej niedługo przed wybuchem II wojny, pokazywane najczęściej w niewielkiej sali, części przedwojennego „teatrowiska” w ogromnym kompleksie Teatru Wielkiego, mieszczącej niegdyś Redutę, później będącej siedzibą Teatru Nowego. Te popisy studentów wieńczące trzy lata obcowania z Leonem Schillerem, Aleksandrem Zelwerowiczem, Stanisławskim, Wysocką gromadziły na niewielkiej widowni intelektualną elitę Warszawy. Wiadomo dziś, że ich poziom dorównywał, jakże często przewyższał wręcz to, co miały do zaoferowania sceny zawodowe. Na tych przedstawieniach po prostu należało być. Tak było przecież i na przedstawieniach dyplomowych profesor Mai Komorowskiej. Stały się one – a szczególnie już w ostatnich latach, gdy niegdyś wysoki poziom polskiego aktorstwa spadł z pieca na łeb – pokazem aktorstwa najrzetelniejszego. Ich szczególna emocjonalna żarliwość, wewnętrzne rozwibrowanie, poddane jednak rygorowi nałożonej na emocje formy, dalekie od efekciarstwa, a przecież niesłychanie efektowne przez swoją wewnętrzną logikę i wynikającą z niej (jakże pozorną!) prostotę scenicznego działania, niesłychanej intensywności bycia tych młodych ludzi na scenie – to wszystko było ucieczką od bylejakości zbyt często oglądanej każdego wieczoru na mniej lub bardziej modnych scenach. W tym własnym Teatrze Mai Komorowskiej dokonywał się często cud, znany przecież z dziejów Akademii Teatralnej, a ściślej mówiąc z jej szlachetnego przodka, czyli PIST-u. „Ludzie, którym później nic nigdy się nie udawało, tworzyli w tym czasie dobre i bardzo dobre przedstawienia na równi z ludźmi, którym później udawało się wiele. Czasem nawet tworzyli lepsze” – napisał Erwin Axer o dyplomowych przedstawieniach studentów PIST-u tworzonych pod opieką Leona Schillera. Trudno nie dostrzec podobieństwa. Pod pedagogicznym i reżyserskim okiem Mai Komorowskiej powstawały role, czasem przebłyski ról ludzi, którym największe artystyczne wzloty dane było przeżyć zrazu w małym teatrze szkolnym na ostatnim piętrze szkoły teatralnej, później na scenie Collegium Nobilium. 

Ten teatr grał przez 29 lat, miałem wielki przywilej widzieć jego początki. Salka szkolnego teatru PWST, dziś sala im. Kreczmara, pierwsze dni grudnia 1985 roku. Przy stole według tekstów Czechowa, wśród nich Wesele. Ciąg pantomimiczno-słownych etiud, niesłychana gęstość scenicznego dialogowania studentów Komorowskiej zgromadzonych za szerokim stołem, pozorny absurd wielu scenicznych działań, wyprowadzonych jednak z żelazną konsekwencją z tekstu Czechowa, budujących absurdalną sytuację tych weselników, usiłujących w jakiś sposób zapoznać się ze sobą, zbliżyć do siebie, próbę skazaną na niepowodzenie. Było to przedstawienie nieodparcie śmieszne, ale zarażające widownię tą żarliwością, jaką zawsze charakteryzował się Teatr Komorowskiej. Kto nie wierzy – niech sprawdzi. Szczęśliwie ocalał zapis przedstawienia dokonany przez Telewizję Polską. Rejestracji nie doczekały się niestety Opowieści Hollywoodu sprzed ośmiu z górą lat, spektakl w moim przekonaniu dorównujący legendarnemu przedstawieniu TV Kazimierza Kutza. Może nawet w kilku scenach nad Kutzem górujący. Te szkolne Opowieści były dziełem nie tylko wspaniałego pedagoga, pewną ręką prowadzącego swoich uczniów, ale nade wszystko pokazywały, jak rośnie i krzepnie Teatr Mai Komorowskiej, jak jest wyrafinowany – także plastycznie. Scena śmierci von Horvátha, Paweł Paprocki znikający w wydętych płachtach płótna stającego się na scenie wodą – to jeden z piękniejszych plastycznie obrazów polskiego teatru początku XXI wieku – sceniczna metafora jakby na przekór łopatologicznej antyestetyce, która rozgościła się wówczas na dobre na naszych scenach i ze słabości swojej zejść z nich do tej pory o własnych siłach nie jest w stanie. Pięć lat później zupełnie inna propozycja – kameralne, wyciszone Panny z Wilka, już bez inscenizacyjnych fajerwerków, przedstawienie skoncentrowane na dialogu, na mikroreakcjach budujących relacje pomiędzy aktorami, którzy na ten krótki czas naprawdę stawali się postaciami z Iwaszkiewicza. I teraz na grand finale – ten niesłychanie gęsty, powikłany wewnętrznie Dostojewski. Teatr Mai Komorowskiej dograł do końca. Odchodzi do legendy efektownie – w chwili szczytu rozwoju. Pozostawia żal. Za czymś, co właśnie odchodzi, ale i za tym, co nigdy się nie zdarzyło. Maja Komorowska z własnego wyboru nigdy nie zasiadła za reżyserskim pulpitem poza Szkołą.

W Collegium Nobilium mamy świetne przedstawienie, wyprzedzające o kilka okrążeń nieruchawe w tym sezonie stołeczne teatry.Miałem ogromne szczęście być ćwierć wieku temu świadkiem procesu rodzenia się przedstawienia w Teatrze Mai Komorowskiej. To była gorąca w przenośni i dosłownie wiosna 1989 roku. W szkolnej sali gimnastycznej profesor Komorowska prowadziła ze studentami ówczesnego III roku próby Ostatniej ofiary i Małżeństwa Bieługina Ostrowskiego, przywracając – na jakże krótko – te dwie zapomniane komedie polskiemu teatrowi. Repertuar rzadki, gnany więc ciekawością teatrologiczną pośpieszyłem na próby. Krążyły o nich wówczas w Szkole rozliczne legendy, które – jak się miało okazać – do pięt nie dorastały rzeczywistości. Trzeba wiedzieć, że dla profesor Komorowskiej czas odpoczynku był i jest do tej pory rzeczą drugiej, może nawet trzeciej kolejności w hierarchii życiowych spraw. Maja Komorowska, zaangażowana wówczas w rodzenie się nowej Polski po Okrągłym Stole, dzieliła wówczas swoje życie pomiędzy liczne podróże mające na celu naprawę Rzeczypospolitej i próby w Szkole. Te zaczynały się zwykle o godzinie, w której zwykli obywatele zwykli myć zęby i iść do łóżka. Kończyły się często o godzinie, w której ówczesne radio nadawało audycje Dzień dobry, pierwsza zmiano. Te próby były mozolnym wykuwaniem tych wszystkich scenicznych bytów, cyzelowaniem najdrobniejszych reakcji na partnera, spiłowywaniem łatwizn, fałszów i tego, co Maja Komorowska nazywa „prawdką”. Gdy wydawało się, że już jest dobrze, że mamy wreszcie to, o co szło – profesor Komorowska wracała do początku, że jeszcze nie to, po co ten ruch nogą, po co takim głosem… Pamiętam, że około trzeciej w nocy rękaw mej koszuli nasiąkł łzami prześlicznej Joasi T., a inny kolega desperacko starał się opanować niesforną kończynę dolną, wciąż skorą do pląsania w tanecznym kroczku. W końcu – a już za oknami nad Miodową zaświtało – łzy wyschły, chód był już właściwy… W niecały rok później, w kwietniu 1990 roku oglądaliśmy to samo przedstawienie w Sali im. Kreczmara, ale już okrzepłe, rozwinięte, uzupełnione o jednoaktówki Czechowa. Nazywało się Teraz ja. Trzymam je na wyjątkowo ciepłej półce serca, bo byłem świadkiem jego powstawania, a i napisana z niego recenzja była jednym z moich pierwszych opublikowanych tekstów. Teraz, w połowie lutego 2014 roku, fragmenty Teraz ja wyświetlał w teatralnym foyer ultranowoczesny monitor. Patrzyliśmy na ten technicznie niedoskonały z punktu widzenia naszych dzisiejszych wydelikaconych oczu zapis z profesorem Sławomirem Packiem, jednym z wykonawców tego czechowowsko-ostrowskiego dyplomu. Właśnie szły sceny z jego udziałem. Obaj wzruszeni. Warto było wtedy, Sławku.

Maja Komorowska zapowiedziała właśnie koniec swojej pedagogicznej pracy. O jej obecności w Akademii Teatralnej trzeba więc pisać w czasie przeszłym, ja jednak – nie chcąc wierzyć, że rozdział ten zamknął się na naszych oczach – wolę wciąż pisać o niej w czasie teraźniejszym. Bo jest Maja Komorowska niezbędnym składnikiem aury warszawskiej Szkoły. Kochana i podziwiana przez wszystkich, jest także kimś, kogo w angielszczyźnie określa się jako character. Kolejne pokolenia studentów przekazują sobie o niej anegdoty, cytują co celniejsze powiedzonka, biorą udział w nieustającym i niezamkniętym konkursie na najcelniejsze sparodiowanie jej niepodrabialnego sposobu mówienia… To rzadki przywilej, dostępny tylko tym najwybitniejszym i najbardziej kochanym Często mówi się o „szaleństwie” Mai Komorowskiej, jednak ci, którzy mieli szczęście spotkania – tak jak my, studenci i absolwenci PWST i AT w Warszawie – dobrze wiedzą, że to tylko pozory, że w tym rzekomym szaleństwie naprawdę jest metoda. Rozwichrzenie jest tylko pozorne, znika w czasie prób. Teatr Mai Komorowskiej pracuje bowiem z konsekwencją komputerowego algorytmu i precyzją atomowego chronometru. I trudno przyjąć do wiadomości, że 12 lutego 2014 roku jego istnienie całkowicie przechodzi do historii. Obecność profesor Mai Komorowskiej w Akademii Teatralnej, jej mądrość, doświadczenie i oddanie studentom, ale i sam fakt, że po prostu jest wśród nas – także jako jeden z nielicznych już punktów orientacyjnych w polskim krajobrazie teatralnym, tak zdewastowanym przez dwie ostatnie dekady – to dobro, z którego trudno zrezygnować. Pani Profesor, encore, encore!

21-02-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany kamyk
    kamyk 2014-02-28   21:21:58
    Cytuj

    Tylko tyle zauważył krytyk? Gruszeńkę, Lizę, Rogożyna? Słabo, baaaardzo słabo.... może to rutyna?