AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Smak Zakopianiny

Rafał Malczewski, "Krajobraz z wrzosami"  

Huizinga we wstępie do Jesieni średniowiecza zauważał, że dla ludzi żyjących w dawnych epokach pewne zjawiska były o wiele wyraźniejsze niż dla nas. Zimowy mróz wdzierający się do chaty czy nieprzenikniona ciemność spowijająca świat nocą były żywiołami mocnymi i namacalnymi. Stanowiły groźbę, ale jednocześnie wyostrzały zmysły i pozwalały pełniej rozkoszować się ciepłem lata i światłem dnia. Trudno nam wyobrazić sobie, jak straszna mogła się wydawać naszym przodkom noc i jak piękne wydawało im się oświetlone po zmroku wnętrze. Jeszcze w XIX wieku o atrakcyjności teatru decydowała w pewnej mierze iluminacja budynku. Widownia była jasno oświetlona – nikt nie chciał siedzieć po ciemku. W życiu naszych przodków więcej było strachu, ale chyba także więcej radości. Ich oczy były szerzej otwarte i bardziej ciekawe świata. O tym, jak bardzo jesteśmy rozleniwieni przez życie we współczesnych miastach, niech świadczy osobliwy wypadek, o którym przez chwilę głośno było w mediach. Oto grupa turystów podczas grudniowego spaceru do Morskiego Oka ze zgrozą odkryła, że ledwo minęła godzina 16, a już „ciemności kryją ziemię”. Wśród około 30 osób nikt nie miał przy sobie latarki i droga powrotna, chociaż liczyła tylko parę kilometrów i biegła po asfalcie, okazała się niemożliwa do pokonania. Z ratunkiem przyjechać musiał policyjny radiowóz, który sunął przy kolumnie pieszych, oświetlając trasę. Podobno w pobliskim schronisku zawisła kartka z napisem: „Uwaga! Dzisiaj w Morskim Oku po zmroku będzie ciemno”.

Kiedy Seweryn Goszczyński skrył się w Tatrach po upadku powstania listopadowego, znalazł się w krainie dzikiej, odludnej i nieznanej. Ten poeta, późniejszy towiańczyk, znajomy Mickiewicza i Słowackiego, patrzył na Podhale takim wzrokiem, jakim amerykańscy pionierzy oglądali Dziki Zachód. Jego Dziennik podróży do Tatrów to relacja z wyprawy na koniec świata. Autor opisywał tatrzańską geografię, faunę, florę, a także ubiór, zachowanie i wierzenia tubylców. Tatry w Dzienniku zdają się być olbrzymie i niedostępne.

Dziś przecież miałem przed sobą Tatry w całej ich okazałości, w całym ogromie (…) – pisał Goszczyński — Deszcz całonocny obmył je znacznie ze śniegów; wyglądały jakby eterem oblane. Wybraliśmy do tego stanowisko wzniosłe, na jednej z gór nade wsią, zwanej Wielka Góra. Napasłem do woli oko tym widokiem nowym dla mnie a okazalszym nad wszelki, jaki sobie wyobrażać mogłem; przebiegałem w całej swobodzie ten zdumiewający łańcuch wysokości, od gór podpierających ogrom Łomnickiego szczytu, aż do miejsca, gdzie się zniża i całkiem przerywa, nad rzeką Wagiem. Tatry są częścią Karpat, częścią najzachodniejszą. Jest to grupa gór najpiękniejszych między górami Karpackimi przez swoją wzniosłość i dzikość. — Są one wszystkie prawie w wyższej części obnażone i pokryte lodami lub śniegami: tu znajdują się już lodowce alpejskim podobne.

Na równi ze wspaniałością niedostępnych szczytów wrażenie na Goszczyńskim wywarł podhalański lud, który wierzył, że tatrzańskie lasy zamieszkują strzygi i wilkołaki, którego dzieci dla zabawy łapały węże gołymi rękami, który krwawą zemstą zwykł rozwiązywać konflikty. W Góralach Goszczyński dostrzegał fizyczne piękno i duchową siłę:

Jest to w ogólności lud dorodny. Wzrost więcej niż mierny, a w wielkiej części wysoki. Budowa zgrabna, lekka ale mocna. Ruch pełen życia i zręczności. Głowy nierzadko piękne, bardzo często szlachetne w rysach twarzy, które powszechnie prawie odznaczają się śmiałością, rozumem, wyrobionym życiem, pewną dojrzałością i siłą wewnętrzną albo przebiegłością, zuchwalstwem, chytrością, przed którymi trzeba się mieć na baczności.

Ponad trzydzieści lat później, gdy Goszczyński wrócił w Tatry po przyjeździe z paryskiej emigracji, Podhale było już inne. Stary poeta, włóczący się po górach z młodym paniczem z majątku w Ludźmierzu, synem swojego przyjaciela, napotykał innych wędrowców. Było ich jeszcze niewielu, ale zwiastowali już nową epokę. Wśród tych pionierów był słynny Tytus Chałubiński, lekarz walczący na Podhalu z szerzącą się epidemią cholery, jeden z założycieli Towarzystwa Tatrzańskiego, inicjator utworzenia w Zakopanem Szkoły Snycerskiej i Szkoły Koronkarskiej, człowiek, który wymarzył sobie, by pod Giewontem powstawały uzdrowiska.

O Zakopanem zaczynało być głośno. Miejscowość, chociaż nadal niedostępna, ściągała do siebie kolejnych ludzi. O czasach, kiedy w Tatry przybywali pierwsi turyści, opowiada Na przełęczy Stanisława Witkiewicza – książka wydana w 1891 roku. Malarz i architekt, twórca stylu zakopiańskiego, opisał ze szczegółami przygody i niewygody, których doświadczali złaknieni górskich widoków letnicy. Linia kolejowa dochodziła wówczas tylko do Chabówki. Blisko 40 kilometrów dalszej drogi do Zakopanego przebywano w żółwim tempie na furach powożonych przez przedsiębiorczych górali. W wiosce na przybyszów nie czekały wygody. Miejscowi wynajmowali izby we własnych chatach. Pokoje wyposażano tylko w najpotrzebniejsze sprzęty, a zmordowani podróżni po przyjeździe nierzadko odkrywali w sienniku towarzystwo pluskiew, pcheł lub myszy.

Spokojny filister, którego w Tatry zagnała opinia publiczna – pisał Witkiewicz – przechodzi w tych pierwszych chwilach aklimatyzacji ciężkie i dotkliwe próby. On, którego wieczorem do cichej drzemki lub marzeń kołysał szmer samowaru, który przywykł w drucianym koszyku widzieć blade, czyste kajzerki obok talerza z różowymi plasterkami szynki zwyczajnej, on, który łowił uchem ciężkie kroki roznosiciela „Kuryera”, z drżeniem czekał na zgrzytnięcie klamki i nie ruszając się z kanapy, siedział z wyciągniętą ręką, w którą służąca wkładała najnowsze zaprzeczenia wczorajszych najpewniejszych nowin; ten człowiek, który zrobił wszystko, co mógł, żeby życie zamienić w szereg nieskończenie małych, lecz pewnych i zawsze jednakich przyjemności (…) — naraz znajduje się tu w próżni — na pustyni. Tramwaje, trotuary, gaz, kurierek, kajzerki, szynka, wszystko przepadło. Siedzi oto na twardym, niskim stołku, przy stole bardzo wysokim, ma jedną łyżeczkę na całą rodzinę, duże bułki rozłożone na stole, herbatę parzoną w saganku — a zamiast „Kuryera”, broszura Zacherlina o skutecznym wytępianiu pluskiew. Broszura, zresztą której teorie natychmiast należy w czyn wprowadzić, jeżeli się chce mieć „noc spokojną i dzień nie tęskliwy“. (…) W takich chwilach rozpaczy, rzadki chyba filister powstrzyma się od przeklinania Tatr, „polskiego gospodarstwa“ i „naszej blagi“, a nade wszystko takiego chyba nie ma, który by z właściwą sobie logiką nie winił za swoje cierpienia prof. Chałubińskiego.

Na kolejnych stronach Witkiewicz opisał cudowną przemianę, którą w ciągu kolejnych dni przechodzili wczasowicze. Proste życie, cudowny folklor i zapierające dech krajobrazy sprawiały, że pobyt, zapowiadający się na największą katorgę, stawał się podróżą w krainę baśni. Witkiewicz dostrzegał, że lepiej i piękniej jest żyć w górach niż w mieście. Bliskość natury koiła, otwierała zmysły, pobudzała myśli, dawała idealne warunki do wychowywania dzieci. Słuchając nocą przy ognisku opowieści snutych przez górskich przewodników, miało się wrażenie, jakby słuchało się pieśni Homera. Wykształceni artyści rewanżowali się zresztą swoim przewodnikom, czytając im na głos Odyseję, a oni zaśmiewali się z podstępów Króla Itaki, który przebrany za barana uciekł z jaskini Polifema. Nic dziwnego, że Witkiewicz postanowił przenieść się do Zakopanego na stałe. Tam powstała jego koncepcja architektoniczna, czyli styl zakopiański, tam dorastał jego ukochany Staś, który do historii przejdzie jako Witkacy.

Na przełęczy powstawało w okresie, w którym strumień przybywających do Zakopanego ludzi wzbierał, ale wciąż był stosunkowo nieduży. Pomimo tego Witkiewicz odnotowywał już zmiany, które zachodziły wokół: komercjalizację, zmianę trybu życia miejscowej ludności, rosnącą w siłę modę na Tatry, która zamieniała istotne doświadczenie w coś powierzchownego.

Wycieczki w Tatry stały się czymś bardzo zwykłym — powszechnym. Entuzjaści, straciwszy dużo pieniędzy, zaczynają się rachować; górale zaś, ujęci w karby, ostemplowani i unormowani w zapłatach, patrzą na gości, jak na źródło dochodu, od którego trzeba już płacić podatki. Z chwilą, w której panowie zaczynają rachować swoje papierki, góral oblicza skrupulatnie wartość swoich usług i zasług. Tu następuje kolizja egoizmów — rozczarowanie i źródło tych wszystkich gawęd o chciwości górali i o wyzysku, jakiemu podlegają goście. Naturalnie, nie zawsze wina jest po stronie górali i często można widzieć strapionego Jaśka lub Maćka, któremu goście struli życie, grożąc, że go opiszą w gazetach o jakieś parę guldenów, które mu się słusznie należały.

W 1901 roku do Zakopanego dociągnięto wreszcie linię kolejową. Miejscowość była już wówczas sławnym kurortem z pensjonatami, hotelami, uzdrowiskami i schroniskami górskimi. Skryta w górach wioska otworzyła się na dobre. Tatry stały się jednym z ważniejszych tematów rozmów w krakowskich salonach, a do Zakopanego jechali wszyscy, kogo tylko było na to stać i komu pozwalało zdrowie. Lista znanych postaci ze świata sztuki, polityki, biznesu, która chodziła w tym czasie po Krupówkach, to litania bez końca. O letnim pobycie w Zakopanem pisali w listach i pamiętnikach aktorzy, którzy w półamatorskich warunkach dawali występy dla kuracjuszy i letników. Z największych można wymienić Helenę Modrzejewską, Antoninę Hoffman, Irenę i Ludwika Solskich. Po górach chodzili wszyscy, wszyscy też o nich mówili i pisali, nieraz w zaskakujących kontekstach. W 1907 roku Tadeusz Estreicher – chemik, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, wysłał do „Czasu” list, który następnie został opublikowany:

Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem r. 1904 byłem w Zakopanem wraz z prof. Wyczółkowskim, i dn. 21 grudnia wysłaliśmy do Wyspiańskiego ze schroniska Burego nad Morskim Okiem kartkę widokową z życzeniami Wesołych Świąt. W dwa dni wróciłem do Krakowa, a w dzień Bożego Narodzenia otrzymałem, jako odpowiedź, wiersz, który przesyłam. (…)

Nad Morskim Okiem! — jakże ci zazdroszczę,
że tam stoicie w zimnie, ostrym wichrze,
w powietrzu świeżych barw — gdy ja tu poszczę,
patrząc na kurhan w sinej mgle — za szybą.
I dnie przechodzą ciche — coraz cichsze,
chyba, że myśl jak wichr, przeleci nad sadybą,
(...)
— Ja tu nad moim schylony stolikiem,
ja mam tu także słońca promień w domie
na stół rzucony na sukno czerwone,
i błękit ciemny ten nad tym promykiem,
namalowany (metr cztery korony)…
A ty masz prawdziwy nad głową rzucony.
Patrz się! — nie będziesz widział tego potem!
Patrz się! — opowiesz mi to — za powrotem…

Moda na Zakopane i błyskawiczna kariera miejscowości sprowokowała liczne dyskusje, plany i marzenia. Czym miała być ta stolica polskich gór? Kurortem, uzdrowiskiem czy może... kulturalną stolicą? Jedni chcieli w nim widzieć polskie Davos, inni skłaniali się raczej ku polskiemu Bayreuth z narodową sceną teatralną, amfiteatrem, muzeami. Architektoniczny styl, w którym Witkiewicz projektował zakopiańskie wille aspirował do bycia oryginalnym stylem narodowym, który miał się rozlać po całym terytorium pozbawionego niepodległości kraju.

Równolegle z Zakopanem działo się to, co dzieje się wszędzie, gdzie w grę wchodzi możliwość szybkiego wzbogacenia się i moda przechodząca w snobizm. W 1905 roku Gabriela Zapolska wydała Sezonową miłość – powieść będącą satyrą na zakopiańską turystykę, która ukazywała modę na Tatry jako przejaw instynktu stadnego. Pojawiający się w utworze letnicy zostali sportretowani jako ludzie pretensjonalni i nudni, zaabsorbowani jałowym życiem towarzyskim, plotkami, konwencjonalnymi romansami. Ich obecność zdawała się zatruwać krajobrazy i psuć miejscowych, ich zły smak wraz z tysiącem innych drobnomieszczańskich grzechów rozlewał się po szczytach i przełęczach tak, że z dawnych Tatr zostawały strzępy, jakaś smutna, kiczowata parodia. Dobrym przykładem jest występ objazdowego teatru:
Muzykanci w orkiestrze, przystrojeni po „zakopiańsku”, naziewawszy się i nakrzywiwszy dostatecznie, zaczęli rozwłóczyć swoją nudę tonami jakiejś niewyraźnej uwertury. Kurtyna ciemna i posępna, wyobrażająca Morskie Oko, poruszała się tajemniczo. Nie dochodziła do ziemi i co chwila jakaś para nóg, mniej lub więcej solidnie obutych, zjawiała się pod jej brzegiem.

Nogi te, kobiece, męskie, wyśpiewywały całą tajemnicę takiej wędrownej, przygodnej trupy stołecznych aktorów, którzy „dla odpoczynku i nabrania sił” przewłóczą się z kąpielowego miejsca na miejsce kąpielowe, aby przeżyć te kilka tygodni na świeżym powietrzu i kto wie, zarobić może parę guldenów na zapłacenie długów zaciągniętych w zimie. Wreszcie kurtyna się podniosła. Grano jakąś farsę francuską, pełną dwuznaczników i jednoznacznych sytuacji. Od pierwszej sceny rosła i tłusta aktorka rozsiadła się na kolanach jednego z grających i nie miała zamiaru tak prędko ruszyć się z zajmowanego stanowiska. Wymagała tego sytuacja sceniczna, jak również cała seria dowcipów, wyplutych przez znudzonych aktorów z jakąś brutalną złośliwością.

Oczywiście w Zakopanem nadal żyli lub pojawiali się okazjonalnie ludzie, którzy z Tatrami związali się mocno i prawdziwie. Wspomniany wcześniej w tekście chłopiec, który włóczył się z sędziwym Goszczyńskim po górach, to Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Wędrówki i rozmowy ze starym poetą były dla przyszłego twórcy Judasza i Melancholii inspiracją do własnej twórczości. Tetmajer wychowywał się w rodzinnym majątku w Ludźmierzu – wsi nieopodal Nowego Targu. Był pionierem taternictwa, chodził w góry między innymi z bratem – Włodzimierzem Tetmajerem, kuzynem – Tadeuszem Boyem Żeleńskim, a także z Jerzym Żuławskim. Brał udział w pierwszych odnotowanych wejściach na Furkot, Baniastą Turnię i Staroleśny Szczyt, jego imię nosi przełęcz, przez którą wiedzie droga na Gerlach. O górach pisał często. Jednym z jego bardziej znanych wierszy jest Widok ze Świnicy do Doliny Wierchcichej, oddający emocje towarzyszące spoglądaniu ze skalnego urwiska.

Patrzę ze szczytu w dół: pode mną
Przepaść rozwarła paszczę ciemną —
Patrzę w dolinę w dal:

Od 1903 roku Tetmajer wydawał cykl nowel Na skalnym Podhalu. Utrzymane w stylu gawędy, pisane stylizowaną gwarą historie zawierały autentyczne pieśni góralskie. Bohaterami byli gazdowie, pasterze, zbójcy, młynarze i plejada innych postaci z mitycznej, niesprecyzowanej przeszłości Podhala. Tetmajera nie interesowały współczesne realia – wyobraźnię kierował ku temu, czego jeszcze udało mu się zasmakować w dzieciństwie, ku dzikości i pierwotności krainy. Jego Tatry miały w sobie surowość i brutalność, przywodzącą na myśl Dziki Zachód z amerykańskich opowiadań. Proste fabuły Tetmajera, takie jak Zbójecka chałupa, Jak wzieni Wojtka Chrońca czy Jak się Michał Łojas powiesił, nie zawierały prawie opisu górskich krajobrazów, ale w samej swojej narracji oddawały surowe piękno tatrzańskiej scenerii.

Wkrótce do głosu doszli młodsi twórcy. Od 1908 roku w miesięczniku literackim „Sfinks” ukazywały się kolejne fragmenty powieści Nietota. Księga Tajemna Tatr Tadeusza Micińskiego. Autor – poeta, prekursor surrealizmu, ignorowany przez teatry dramatopisarz, mistyk, gnostyk i panslawista o wyglądzie asyryjskiego maga – nie krytykował jak Zapolska beznadziei filisterskiej codzienności zwalającej się wagonami do Zakopanego, nie patrzył także wstecz, szukając melodii przeszłości. Miciński dostrzegał metafizykę tu i teraz. Jego Tatry, tajemnicze i niesamowite, mieszczą w sobie demonologię i satanizm, Szekspira i Cervantesa, Biblię i Kalewalę, genezyjską filozofię Słowackiego i wyprawę Aleksandra Wielkiego. Góry są krajobrazem, na tle którego autor portretował własne myśli. Za próbkę tekstu niech posłuży początek drugiego rozdziału powieści:

Tak mówił konny rycerz Mag Litwor, stając w ciemnej głębi Wielkiej Doliny pod Giewontem: Noc jest – i serce moje, okryte żałobą, ma znowu znaleźć się przed bramą Tajemnicy i oglądać cmentarze pełne bielejących kości, którym żaden prorok Ezechjel nie każe zmartwychpowstać! Serce moje, okryte mrokiem tysięcy i miljonów lat, które już przeminęły – mrokiem tych mirjadowych gwiazd, które zagasną. Wieczność jest we mnie, na skrzydłach mnie unosi w głębie niepojętych, nieogarnionych milczeń, które przerażają. Nie mówię nic – słucham. Oto skrzydła Czarnego Boga we mnie, oto jest namiot wśród pustyni – oto ja sam arcykapłan i Mojżesz bez ludu.

Nietota ma cechy powieści z kluczem – w bohaterach można rozpoznać między innymi Marię Dembowską – zakopiańską etnografkę i kochankę Stanisława Witkiewicza, antropologa Bronisława Malinowskiego, wreszcie Stanisława Ignacego Witkiewicza, zwanego Witkacym. Wydająca się być sennym majakiem powieść oddawała atmosferę, którą zaczynała żyć miejscowa bohema. Kiedy w Krakowie przeminęła epoka Przybyszewskiego, Wyspiańskiego i Zielonego Balonika, kiedy na Plantach trudno było dostrzec choćby jednego gruźliczego artystę, który owinięty w pelerynę krzyczałby Eviva l'arte!, nowe, chyba dziwniejsze jeszcze środowisko rodziło się w pobliskim Zakopanem. Tworzyło je pokolenie, które nie znało już miejscowości z jej niecywilizowanych czasów, które w pierwszych latach XX wieku wchodziło dopiero w dorosłość, a które pełnię sił osiągnęło w dwudziestoleciu międzywojennym. W Zakopanem wychował się Witkacy, w 1915 roku na stałe sprowadził się tam Rafał Malczewski, w 1918 August Zamoyski, w 1922 Karol Stryjeński, w 1930 Karol Szymanowski, a to tylko niektórzy z członków szalonego środowiska artystycznego, którego atmosferę próbował oddać wspomniany przed chwilą Malczewski w napisanych na emigracji wspomnieniach zatytułowanych Pępek świata.

Wspomnienia Malczewskiego to epicka, pijacka anegdota, śmieszna, wciągająca i opowiadana w taki sposób, że chce się w nią wierzyć. W Zakopanem Malczewskiego wszystko jest spowite alkoholowym oparem, wszystko jest niedorzeczne, ale jednocześnie zakorzenione w faktach. Chałubiński w tekście okazuje się być blagierem, maltretowani halnym gruźlicy padają jak muchy, Kasprowicz, autor Księgi ubogich, skutecznie wstawia się u miejscowych władz za Leninem, który wypuszczony z aresztu jedzie do Rosji, by zorganizować rewolucję. Tymczasem Żeromski zostaje kilkudniowym dyktatorem Rzeczpospolitej Zakopiańskiej, Reymont odprawia seanse spirytystyczne, a rzeźbiarz i sportsmen August Zamoyski dokonuje wielkiego czynu, przejeżdżając na rowerze z Paryża do Zakopanego w łowickich spodniach. Czytając Malczewskiego, można zadać sobie pytanie, co decyduje o charakterze miejsca: otoczenie, okoliczności, ludzie? Dlaczego Zakopane Chałubińskiego tak bardzo różni się od Zakopanego Witkacego? Miejscami Pępek świata przypomina Pulp Fiction jak w scenie narkotykowego seansu, w której Bohdan Filipowski – taternik, okultysta i autor rozdziału o morfinie w Narkotykach Witkacego, przyjął meskalinę. Pod wpływem substancji poczuł się senny. Beztroskie towarzystwo zostawiło go leżącego na kanapie i przeszło do innego pokoju, w którym Witkacy malował portret. Lekarz, u którego odbywała się zabawa, przypomniał sobie o Filipowskim w jakiś czas później.

Pobiegł do odległego pokoju – notował Malczewski – i zobaczył trupiobladą twarz supermorfinisty, leżącego w szponach diabelskiego alkaloidu. Klęknął przy kanapce i pomacawszy puls półumrzyka, szepnął: „Filipowski, nie odchodźcie!...”. Zameskalinowany Filipowski podniósł jedną powiekę, co ponoć trwało wieki – jak później opowiadał doktor – i rzekł: „Nie odejdę...” – po czym znów spuścił ją z powrotem.
Niemyślący trzeźwo lekarz najwyraźniej zapomniał, co powinien podać mężczyźnie na pobudzenie i ciągle powtarzał tylko: „Błagam cię, nie odchodź”, a Filipowski, wytężając wszystkie siły, odpowiadał: „Nie odejdę”. Trwało to całą noc. Nad ranem Filipowski wstał i udał się do jadalni, by zobaczyć już wykończony całkowicie portret namalowany przez Witkacego. Pozowała do niego pani z ustami rozciętymi jakby nożem, nabrzmiałymi, z oczyma zielonymi jak kocur. Filipowski pochwalił i zaczął wcinać jakąś kanapkę koloru świeżej wątroby, podpartą kieliszkiem czystej.

Podobnych historii u Malczewskiego można znaleźć mnóstwo. Oto Józef Oppenheim, wieloletni naczelnik TOPR-u, zasnął pijany na śniegu przy minus 20 stopniach Celsjusza i życie uratował mu znajomy owczarek.

(…) odszukał go, zległ na nim, okrył sobą, wspaniałym gęstym kłakiem i kilkudziesięciokilową masą. Józio obudził się rano wygrzany i pogodny, tak samo pies, rad, że przydał się na coś swojemu przyjacielowi. Poszli do domu razem, jeden z nich śpiewał „Antek na harmonii gra”, drugi machał ogonem.

Z osobą Oppenheima wiązała się też tajemnicza historia zniknięcia pani Hirszówny. Kobieta przepadła gdzieś w Dolinie Jaworowej. Pomimo poszukiwań nie udało się jej odnaleźć, nie natrafiono także na żaden ślad. Zrozpaczona matka zaginionej co roku jeździła do Zakopanego i błagała Oppenheima o wznowienie poszukiwań, a ten, mając dobre serce, szedł na parę dni w góry, symulując poszukiwania. Stąd, gdy ktoś pytał o toprowskiego naczelnika, utarło się mówić, że nie ma go – szuka Hirszówny. Inna anegdota Malczewskiego wydaje się tak dobra, że grzechem byłoby nie przytoczyć jej w całości:

Noc, na dworze siąpi, otwarte okna w jakiejś wilii położonej gdzieś między Kasprusiami a Kościeliską ulicą. Na ławce siedzi jakiś pan, do którego mówi po angielsku Witkacy. Na drugiej ławce kapitan Ziętkiewicz dusi Styjeńskiego już wcale nie na żarty. Stryjeński rzęzi. Witkacy tłumaczy przejezdnemu Anglikowi, który został zaproszony przez wampirowatą gospodynię, że u nas to tak. Właśnie zadecydowano, że na pierwszy ogień pójdzie ten pan z rozwichrzoną czupryną, który już dogorywa, potem zabierzemy się do tego grubego, co ciągle śpiewa „Ramonoa, jak słodko...”, ale z nim pójdzie ciężej, bo bardzo silny. Z kolei zabierzemy się do innych gości. Taki u nas zwyczaj, tak się bawimy prawie co wieczór. Później nocą zajeżdża pod okno wóz i zabiera trupy. Policja nigdy nie wtrąca się w te sprawy, czasem nawet bierze udział w zabawie. Cóż dopiero, gdy dopadnie się cudzoziemca...

Anglik bladł coraz bardziej, Karol jęczał w pazurach kapitana. Witkiewicz ciągnął dalej opowieść spokojnie i dokładnie. Zwracał Anglikowi uwagę, co nastąpi, jak ofiara dostanie potem uderzenie w grdykę kantem dłoni tak, by się więcej nie męczyła. Radzi mu, jeżeli ma zegarek, by go schował lub wraz z portfelem za okno wyrzucił. Może jak zobaczą, że jest dziad, dadzą mu spokój. Gość z mglistego Albionu nie czekał więcej – dał nura przez okno w czerń nocy i już więcej nikt go nie widział. Gospodyni twierdziła potem, że to nie był żaden Anglik, tylko malarz z Koprzywnicy. Stryjeński jednak nosił ślady duszenia na szyki przez kilkanaście dni. O co poszło, nie wiedział nikt, zwłaszcza ofiara i napastnik.

Groteskowe opowiastki Malczewskiego, chociaż komiczne, mówią przecież o rzeczach ważnych, o sytuacjach granicznych, o momentach, w których życie i śmierć oddzielone są zasłoną cienką jak pajęczyna. Cywilizacja łagodzi nasze cierpienia i pomaga zapomnieć o śmierci, ale ostatecznie, nie uchroni nas ani przed jednym, ani przed drugim. Co jest skuteczniejsze? Uciekać przed rzeczywistością czy stawić jej czoła? Czy jest szlachetniej w pokorze przyjmować ciosy i strzały sprzedajnej fortuny... – pytał Hamlet. Jeśli ktoś chce doświadczyć mocy życia, życia w jego wspaniałości i grozie, musi podnieść się z miękkiego fotela. Może pójść w góry, może brać meskalinę, może uwznioślić się lub upodlić na tysiąc innych sposobów, których chwytał się zastęp postaci z dramatów i powieści Witkacego. Bez klucza Zakopanego, bez przeczucia smaku Zakopianiny, trudno wgryźć się w te utwory. Bohaterowie Witkacego, podobnie jak zakopiańskie środowisko portretowane przez Malczewskiego, w dziwności swoich zachowań i w autodestrukcyjnych zapędach szukali tajemnicy życia. Byli w tym podobni do włóczęgów z pijackiej epopei Steinbecka Tortilla flat czy do kręglarzy z kultowego filmu braci Coen, Big Lebowski. Ciekawe, że akcja obu utworów rozgrywa się w Kalifornii – dawnym Dzikim Zachodzie, dziś centrum cywilizacji.

Po wojnie, która zmiotła z Zakopanego opisywane w Pępku świata towarzystwo, jedną z osób związanych z miastem była Wisława Szymborska. Poetka leczyła się w jednym z tamtejszych uzdrowisk. W liście do Kornela Filipowicza pisała:

Żyję tu jak w klasztorze nowicjuszka (…) i nawet nic mi nie przychodzi do głowy, w czym bardzo mi pomaga brak wszelkich pokus. (…) Nastawiona jestem na nudę i czekanie. (…) Niektórzy uciekają przez dziury, ale pierwsze przyłapanie na takiej eskapadzie powoduje odebranie przepustki. Donosicielstwo kwitnie, więc nigdy nie wiadomo, kto mnie zobaczy. (…) Jeżeli przyjedziesz z końcem września, to też będzie świetnie, bo pogoda i kolory w górach dopiero wtedy są cudowne!

 

27-05-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: