AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Bendezar i inni

Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
Król Lear, reż. J. Simons,
fot. Marcin Oliva Soto  

Oglądam Kubusia Puchatka jako babysitter w towarzystwie dwuletniej panny i widzę, że oba najważniejsze pytania tegorocznego Dialogu o to, czy gwałt jest narzędziem, „za pomocą którego próbuje się układać świat na nowo” i „po które coraz chętniej sięgają pojedynczy ludzie”, są z gruntu chybione. Odpowiedź jest bowiem banalna i oczywista: tak.

W kontekście rzeczonego Puchatka, w kontekście jakiegokolwiek tekstu popkultury, który przyjdzie wam do głowy, odpowiedź wyda się tym bardziej spodziewana. Dlatego jestem przekonany, że w gruncie rzeczy organizatorzy mogliby pytać o zupełnie inne sprawy. Po pierwsze, o to „coraz chętniej”, czyli o eskalację przemocy wobec wolności indywiduum i o to, czy teatr, który oglądaliśmy podczas festiwalu, umie wygrać estetyczny wyścig z kulturą popularną.

Biorę kartkę białego papieru. Wertuję leżące na biurku książki, gazety, przeglądam programy telewizyjne z jednego dnia. I wypisuję: wiersze Wojaczka, Bursy, Pawlikowskiej. Proza: Witkowski i Konwicki. Dziennik i Listy Mrożka. Obrazy i instalacje: Banksy, Bacon, Basquiat. Kino: Seagal, Bond, von Trier. Muzyka: Manson, Osbourne, Verdi. Kino familijne: Rocky i Łoś Superktoś, Asterix, Mali agenci. Wreszcie megagatunkowyTytus Andronikus Julie Taymor opatrzony w katalogu zabawną dystynkcją: drama / history / thriller.

Gdybym przejrzał i zinterpretował zawartość telewizyjnych programów informacyjnych tylko z jednego dnia w kategorii drama / history / thriller, na Dialog zabrakłoby czasu. A przecież jest także ów „czas rzeczywisty”. Kontaminacja cybernetycznej popkultury i życia. Jest wreszcie samo życie na obrzeżach globalnej wioski, w której zło, przemoc, gwałt – każde bowiem imię zachowań uwłaczających naszej wolności jest tu uprawnione – egzystują niemal w mitycznym wymiarze, powiedzmy – jak w Dziadach, Dolinie Issy, Przedwiośniu czy filmowej Lawie.

Przesąd i rewolucja, seks i ostracyzm erotyczny, skrajny introwertyzm i totalny egalitaryzm, rasizm i samouwielbienie – ile postaci, tyle osobowości. Nie sposób zliczyć. Teatr, jeśli nie chce być banałem lub kiczem, powinien być ich esencją, syntezą. Czy podczas Dialogu był? Czy pokazał Wilsona, Brooka lub Grotowskiego swego czasu? Czy dał widzom odczuć, że dramat-teatr to nadal przeżycie katarktyczne? I czy pokazał taką klasę estetyczną, że całą tę popkulturę da się cisnąć w kąt i zgasiwszy ekrany zapomnieć?

Problem w tym, że był to festiwal niezbyt wodzący na pokuszenie. Zabrakło osobowości scenicznych na miarę czasu. Skoro żyjemy w dobie elektronicznych fajerwerków i cyberprzestrzennych awatarów, chciałoby się oglądać sztukę sceny, która wyróżnia się technologią lub oryginalnością diagnoz. Tymczasem Dialog zaproponował spis repertuarowej klasyki: Antygona, Burza, Życie to sen, Król Lear. Albo dramaturgiczne i performerskie patchworki jak Kabaret warszawski, Macabra dolorosa czy Ja nie jestem ładna.

Wszystko już było. Zmiana kostiumów czy scenografii nie jest żadną zmianą. Najczęściej bywa – jak u Johana Simonsa – ogołoceniem teatru z pierwotnej funkcji poetyckiej tekstu. Kiedy zatem pytam siebie o powody tej formalnej niezdarności teatru, o powszechną niezborność dramaturgiczną, o nadmiar zaufania do wypraktykowanych już gestów, słyszę pomiędzy współwidzami dwie odpowiedzi: czas i narracja.

Artystom Dialogu zabrakło wyczucia czasu w podwójnym znaczeniu: na ukształtowanie w widzach cierpliwości w znoszeniu (oglądaniu) produkcji artystycznej oraz w umiejętności mityzowania. Baśń bowiem – także baśń teatralna – powinna spinać pętlą czasu opowieść o wartkiej lub intrygującej fabule. O wyrazistym początku i końcu, pełną zdarzeń, które ukazują przemianę bohatera. Tymczasem artyści sceny zachowują się niczym montażyści filmów klasy B. Kawałkują tekst i obrabiają klatka po klatce – jak Warlikowski w Kabarecie i Simons interpretujący Kane – sekwencję po sekwencji. Bez ekstatycznego czy cudownego początku i bez puentującego końca.

Artystom Dialogu zabrakło wyczucia czasu w podwójnym znaczeniu: na ukształtowanie w widzach cierpliwości w znoszeniu (oglądaniu) produkcji artystycznej oraz w umiejętności mityzowania. Snują zatem swych bohaterów po ogołoconej z sensów plastycznych i poetyckich scenie, jakby odwijali kłębek sznurka. Epatują widokami i zachowaniami, które ekscytujące nie są, lecz do bólu przewidywalne. Scenografia Kabaretu wobec czasoprzestrzeni Oczyszczonych sprzed lat jest miałka i wtórna. U Simonsa scenografii praktycznie nie ma. Są niewiarygodne światy. Poznać to po ruchu scenicznym – „przywiązanie” kształtów postaci do wtaczanej i wywlekanej co i rusz kanapy, oswajanie płaskich, więc płytkich ścian – jakby ściany miały coś do powiedzenia. Aktor grający do pulpitu na nuty, jakby ów pulpit był osią kosmiczną Eliadego.

Jeszcze plastikowe akwarium –  może jako cytat z peep show, może gablota z gabinetu cybermonstrów. Z kolei – u Simonsa – orkiestra jako organizm doskonały. Ale orkiestra ma własną logikę harmonii. Więc wszystko inne myli ruch ciała na scenie, zmusza do banalnego gestu i grepsów tak jawnych, że ogałacających postaci z psyche. Wrzask i miotanie się po proscenium. Plwociny. Wygibasy. Małpie miny. Kabaretowe scenki – jak w Łaknąć – śmieszą przez minutę. Cytaty z kina czy z YouTube’a tylko trochę dłużej. Fakt, Andrzej Chyra śpiewający My funny Valentine wart jest każdych pieniędzy.

Bilans zabaw montażowych i napięcia wywołanego w widzu jest wyraźnie asymetryczny. W przerwach i w trakcie spektakli Dialogu widzowie po prostu wychodzili. Trzaskając krzesłami albo i nie. I nie tylko z powodu wielogodzinnych zabaw reżyserów z materią dramatyczną. Także z powodu niejasności orzekanego w programach nonkonformizmu. Kabaret warszawski można było skrócić do recitalu Magdaleny Cieleckiej i widzowie niewiele straciliby z materii intelektualnej. Filmu Fosse’a i tak w polskim teatrze nikt nie przeskoczy.

Spektakl Simonsa to z kolei doszczętnie porwana narracja. Sklejka trzech dramatów Sary Kane, która w nic się nie skleja, gdyż dzieli się na opowieść do przerwy i opowieść po przerwie. Nie ma w grze aktorów żadnego psychologicznego ni dramatycznego powodu, by rzecz przerwać czy zerwać. Mater dolorosa – kabaretowa makabreska, która bierze w skórę już nie tylko od popularnego kina, pokazującego w Upadku przejmująco gargantuiczną miłość Magdy Goebbels, ale blado wypada nawet na tle koncertu Lady Gagi.

Wreszcie festiwalowe maskotki jak rozpaczliwie sztuczny Exhibit B, który miał wbić widzom moralną zadrę za epoki kolonializmu w Afryce czy też podpytać o naszą wieczną skłonność do rasizmu, a zmienił się w ciąg żywych obrazów – ot, takie zombie-show. Podobnie jak zabawa formami u Kleczewskiej czy Klemma rzecz ma sens w przedszkolu, podczas poszukiwania tytułowego Bendezara wraz z innymi bohaterami Kubusia Puchatka. W poważnym teatrze Kubuś i inni bohaterowie mają jednak precyzyjnie opisane miejsce – i na pewno nie jest to eksperymentujący teatr współczesny.

Kiedy bowiem teatr nie daje widzowi poczucia spełnienia fabularnego czy choćby narracyjnego, kiedy go nie zaczaruje estetyką, ten budzi się ze snu. I wychodzi. Jak widzowie tegorocznego Dialogu. W sieci każdy znajdzie teatr, jaki mu się spodoba. Bez karnetów i biura festiwalowego.

6-11-2013

VII Dialog-Wrocław – Międzynarodowy Festiwal Teatralny, 11-18.10.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: