AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Białoruś, czyli jak Łukaszenko zabił teatr

Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Śledzę, bo nie mogę nie śledzić tego, co dzieje się w tej chwili na Białorusi. Napisawszy to pierwsze zdanie, nagle uświadamiam sobie, że nie muszę nawet tłumaczyć, o co mi właściwie chodzi. Zdarzają się momenty w historii całego kraju, kiedy wystarczy wymienić jego nazwę, i już od razu wiadomo, o czym będzie mowa. Białoruś znalazła się dokładnie w takim momencie swych dziejów. Dlatego co kilka minut sięgam po telefon i sprawdzam wiadomości. Za oknem sierpniowe upały, co jedynie potęguje kotłowanie się myśli i emocji.

Próbując ochłonąć, przypominam sobie słowa Ludwika Flaszena z jego rozmowy z Jennifer Kumiegą. Współtwórca Teatru Laboratorium na pytanie o rolę, jaką sztuka mogłaby pełnić w doświadczeniu człowieka współczesnego, miał odpowiedzieć własnym pytaniem: „Czy wiesz, kto zabił w Polsce teatr?”. Potem wyjaśniał: „Papież, podczas swej wizyty w kraju. Kiedy spotykał się z ludźmi, z setkami tysięcy ludzi – były to spotkania rzeczywiste: wielkie obrzędy społeczno-religijne. Papież był wspaniałym protagonistą dramatu, a tłum jak greckie chóry. Jeśli po czymś takim idziesz do teatru, widzisz, że jest to zupełnie nic – fikcja, wyblakły cień” (Ludwik Flaszen, Grotowski ꝸ Company. Źródła i wariacje, Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Wrocław 2014, s. 140).
 
Trudno mi uwierzyć w absurdalność zdania, które za chwilę ułożę, ale: Aleksander Łukaszenko tego lata, w tym wyjątkowo zwariowanym roku, zabił dla mnie teatr. Nie, nie jest kimś na podobieństwo papieża. Nie jest „baćką” (ojcem), jakim to przezwiskiem cieszył się przez lata. Jest antagonistą białoruskiego dramatu, przeciwko któremu zbuntował się chór obywateli, dogłębnie oburzonych tym, że nie zamierza z nimi się liczyć.

Znalazłszy ten wywiad, nie mogę się powstrzymać, żeby ponownie go nie przytoczyć. Akapit wyżej Flaszen mówi o rzeczywistości, która staje się „tak gęsta, tak mocna”, że brakuje już w niej „miejsca dla kompensacji, dla «sobowtóra» (nawet w znaczeniu artaudowskim) – czy dla fikcji, która służyłaby za ekran, pozwalający rzutować nań nasze życie”. I dodaje, że „dzisiaj metafizyka wyszła na ulicę”. Uderza mnie to sformułowanie. Wiem, że jego „dzisiaj” nie jest naszym „dzisiaj”, ale nie zmienia to potężnego poczucia, że – no właśnie – „metafizyka” wyszła na ulicę. Na ulice Mińska, Grodna, Lidy, Witebska, Słonima, Orszy, Homla.

Czas na sztukę przyjdzie chyba później. Trudno w tej chwili podziwiać performans Aleksandra Kuźmicza, który rozebrawszy się do białej opaski na biodrach, zastygł pośrodku jednego z punktów wyborczych w kanonicznej pozycji ukrzyżowanego Chrystusa. Zwłaszcza gdy rano oglądasz nakręcony potajemnie z okna czyjegoś mieszkania filmik, na którym młodzi chłopcy leżą twarzą na asfalcie pod nadzorem zadowolonych z własnej wszechwładzy milicjantów. Spędzili w tej pozycji co najmniej kilka godzin. Może całą noc. Niektórzy z nich to zwykli przechodnie schwytani dla samego schwytania. Inni świadomie wyszli na ulice swego miasta, żeby walczyć o ich ukradzione głosy. Z pewnością nie są jednak artystami. Nie zgadzali się na taką „rolę” i nie robią tego w oczekiwaniu na podziw i oklaski publiczności. Nie mogą też opuścić tej ubogiej „sceny”, póki nie zechcą tego „reżyserzy” w pełnym bojowym rynsztunku.

Nie chodzi o samą przemoc, chociaż przyznam, że obrazy pokrwawionych twarzy i ciągniętych za nogi ludzi są doprawdy przerażające. Rzeczywistość „zagęszczała się” podczas tej kampanii wyborczej, która z pewnością wejdzie do szkolnych podręczników na bardzo różne sposoby. Pozostawało też sporo miejsca dla śmiechu, karykatur i parodii. Atmosfera ogólnego protestu i niezgody uruchomiła w ludziach jakąś zupełnie wyjątkową kreatywność. W tym też artystyczną. Slogany, plakaty, wiersze, akcje… Nie zabrakło też sytuacji pośrednich, czyli – nazwijmy to – tragikomicznych. Weźmy chociażby aresztowanie Siarhieja Cichanouskiego, który miał startować w nadchodzących wyborach. Podczas akcji zbierania podpisów poparcia jego kandydatury doszło wobec niego do prowokacji tak żałosnej w swym wykonaniu, że oglądać jej bez krzywego uśmiechu pogardy i żenady chyba się nie da. Leżący na ziemi milicjant, którego Cichanouski miał niewiadomo jaką (chyba że dżedajską!?) mocą tak strasznie „poturbować”, momentalnie stał się memem-symbolem beznadziejnego aktorstwa o jak najbardziej niechlubnych pobudkach. Słynnym stało się graffiti, na którym niezdarny „stróż prawa”, siedząc na ławeczce ze schowaną w dłoniach twarzą, gorzko płacze, roniąc łzy nad wymarzoną, lewitującą nad jego głową w komiksowej chmurce, złotą statuetką Oscara.

Mam nadzieję, że niedługo zobaczę spektakl o Swietłanie Cichanouskiej. Trzydziestosiedmioletnia nauczycielka języków obcych, a w ostatnich latach pani domu zajmująca się wychowaniem dwójki małych dzieci, urodziła się w małej poleskiej mieścinie. Nigdy nie miała żadnych ambicji politycznych. Jeszcze pół roku temu o jej istnieniu Białorusini nie wiedzieli w zasadzie nic. Nawet tego, że była żoną zyskującego na popularności opozycyjnego blogera. Kiedy go aresztowano, z braku innej opcji i na zasadzie sprzeciwu sama zarejestrowała się jako kandydatka na prezydenta. Jedyny punkt jej programu – to uwolnienie więźniów politycznych i rozpisanie ponownych, tym razem naprawdę wolnych wyborów. I wygrała! Wygrała z osobą bezprawnie okupującą to stanowisko na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza! Wygrała mimo wszystkich możliwych szykan ze strony władzy! Z wynikiem 7 do 1. Dokładnie tak, bowiem nikt już nie wątpi, że zebrała co najmniej siedem razy więcej głosów niż osoba, która tak starannie kreuje się na powszechnie lubianego wśród ludu przywódcę. Czy teatr będzie w stanie zignorować podobną historię? 

Ale sprawy sztuki, jak napisałem, zostawmy na później. Obecnie tuż obok nas budzi się i krzepnie samoświadomość całego narodu, prawdziwa ludzka solidarność, wreszcie wolność. Czyż można stać się świadkiem piękniejszego „przedstawienia”? Zwróćmy więc nasze spojrzenia w tym kierunku. Bo Białoruś tego potrzebuje. Odcięta od świata poprzez zablokowanie Internetu, musi, jeżeli nie wiedzieć, to przynajmniej czuć, że nie jest sama.

12-08-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Nadia Dąbrowska
    Nadia Dąbrowska 2020-08-18   21:30:27
    Cytuj

    Tak, Teatr musi mieć czas żeby opisać zjawisko chyba że chce być publicystyczn. Sytuacja na Białorusi z pewnością z czasem wybrzmi w sztuce.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2020-08-12   14:15:29
    Cytuj

    Pseudo-pandemia. Prawdziwa zaraza tęczowa. Tragedia u sąsiada... UNIEWAŻNIA TEATR! Inter arma silent Musae