AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K\267: Plotka, zbłądzenie, strach.

Paweł Demirski i Monika Strzępka, fot. Łukasz Giza  

1.
W odróżnieniu od „plotki stugębnej” tak zwana „plotka dwugębna” ma mniejszą siłę rażenia i generalnie łatwiej zapobiec jej rozprzestrzenianiu: jedno dementi wystarczy. Już sama nazwa plotki dwugębnej sugeruje, że niespecjalnie potrzebuje ona dalszej weryfikacji – ot, ktoś sprzedał komuś elektryzującego newsa i obaj po jego wypowiedzeniu zamarli z otwartymi z niedowierzania (lub radości) ustami. Całkiem niedawno uczestniczyłem w narodzinach takiej plotki dwugębnej i teraz podaję ją dalej oszołomiony, niecierpliwy, głodny jej urzeczywistnienia. Hurra! Strzępka i Demirski wkrótce wracają do telewizji z nowym serialem! Hurra, cieszcie się, hurra, zanim zaczniecie się smucić… Niestety, smutna część radosnej wieści jest taka, że chodzi o telewizję rządową. Kiedy człowiek uświadomi sobie, u jakiego nadawcy i w jakim kontekście może odbyć się premiera nowego dzieła wściekłego tandemu, milczy tak z dwie minuty w rozterce i zakłopotaniu. A potem twarz mu się na nowo rozpogadza. Przecież to byłyby najlepiej wydane pieniądze z owych legendarnych dwóch miliardów! Naprawdę. No i nie ma żadnego bojkotu telewizji. Trzeba iść i robić swoje, w końcu, jeśli serial dojdzie do skutku, i co więcej odniesie umiarkowany nawet sukces, Strzępka i Demirski mogą być jedynymi lewicowymi artystami w TVP do roku 2030, kiedy to rząd dusz przejmie ruch społeczny Szymona Hołowni i naprawi polską politykę i polską telewizję.

Dwugębna plotka nie precyzuje, o czym jest ten nowy serial. Nawet o jego tytule się nie zająknęła. Może to zapowiadana już parę lat temu opowieść o rabacji galicyjskiej, może kontynuacja Artystów albo jakaś inna, nowa, zakręcona historia, bliższa ich dawnemu „przedstawieniu w odcinkach” o Jezusie dokonującym masakry polskich polityków (tytuł byłby bardzo na czasie: Klątwa – odcinki z czasów beznadziei). Istnieje także prawdopodobieństwo, że Demirski wreszcie się przełamał (skoro to telewizja rządowa) i przyjrzał się jeszcze raz zarzuconej kiedyś idei opery o prezydencie Lechu Kaczyńskim. Teraz wystarczyłoby tylko dostosować libretto do ośmioodcinkowego formatu, wpleść teledyskowo opracowane arie w narrację na wzór serialu Crazy Ex-Girlfriend lub Flight of the Conchords, dodać punkowy pazur – Czerwone Świnie mogłyby odpowiadać za stronę muzyczną. Marcin Czarnik, który w poznańskim K. zagrał Jarosława Kaczyńskiego, byłby logicznym kandydatem do roli Lecha Kaczyńskiego. Nie tylko jest podobny do siebie samego jak dwie krople wody, to na dodatek jeszcze znakomicie śpiewa. Serial punkowo-operowy Strzępki i Demirskiego wpasowałby się również w planowaną przez władze politykę dotarcia do najmłodszych wyborców. A my, hipsterzy ze Zbawixa i starzy kodziarze, cieszylibyśmy się z każdej intelektualnej i emocjonalnej kiwki, jaką duet mógłby wykonać w tym jakże słusznym projekcie. Ale pewnie większe szanse ma serial o rabacji. I tu, nie znając scenariusza, bo dwugębna plotka nie z jego lektury się przecież zrodziła, ale orientując się co nieco w poczuciu humoru Pawła Demirskiego, zakładam, że znajdzie się w nim następująca scena. Młodzi zrewoltowani chłopi i chłopki wpadają do dworu pod Tarnowem: kosy, siekiery, noże, pancerfausty w rękach. A w środku w jednym pokoju przebrani w szlacheckie stroje siedzą najpopularniejsi polscy aktorzy serialowi – special guest stars – Kożuchowska, Kuszewski, Zielińska... Rach, ciach i po krzyku. Chłopi wbiegają do drugiej sali, a tam magnateria i purpuraci, dowcipnie obsadzeni dyrektorzy scen krajowych: Żebrowski, Słobodzianek, Szurmiej, Seweryn, Łysak, Englert, Jarzyna, Mikos, Tencer i Korczakowska. Siekiera, motyka, piłka zębata – odcięte kończyny fruwają pod powałą! Chłopi lecą dalej, trzeci pokój, właściwie składzik na nieużywane sprzęty gospodarstwa domowego, a tam schowani struchlali lokaje – w tych rolach kwiat polskiej krytyki teatralnej od Mrozka i Centkowskiego po Domagałę i Gaca. Krew tryska po ścianach, klasyczny slasher.

Tak, to by się nawet dało oglądać. Jakby co, dwóch widzów – tych od dwugębnej plotki – już jest.

2.
Jak się dowiadujemy, po nierozstrzygniętym konkursie na stanowisko dyrektora Teatru im. Juliusza Osterwy przedstawiciele organizatora dzwonili przynajmniej do dwójki znanych reżyserów i byłych dyrektorów z propozycją objęcia lubelskiej sceny. W obu przypadkach spotkali się z odmową. Nie wiem dokładnie, jak brzmiały te odpowiedzi, ale wcale się nie dziwię reakcjom „kandydatów wbrew woli”: okoliczności, w jakich wyłaniany jest nowy szef Osterwy, zaczynają przypominać farsowe splątanie, przechodzące niepostrzeżenie w teatr absurdu: wiadomo, że nikt nic nie wie, nikt nie rozumie, co się dzieje, nic się nie dzieje i zdarza się wszystko. Ewentualni następcy dyrektor Doroty Ignatjew będą obejmować stanowisko w zagęszczonej atmosferze, z rozgoryczonym zespołem, w cieniu medialnych hipotez i interwencji. Właściwie weszliśmy w fazę dyrektora z łapanki. Źle to świadczy o dalekowzroczności wojewódzkich i ministerialnych decydentów. Przed rozpisaniem konkursu urząd wiedział tylko, kogo nie chce na tym stanowisku, nie mając żadnej oferty w zanadrzu, żadnego cichego faworyta. A przynajmniej takiego, który spełniałby wymogi formalne zawarte w ofercie. Trudno nazwać to inaczej niż urzędniczą fuszerką. Tajemnicą poliszynela krajowych konkursów dyrekcyjnych jest pisanie ich pod specjalnego kandydata, który potem wygrywa w cuglach. Owszem, można się na takie ustawienie wyniku oburzać, pewnie uczciwsza byłaby zwykła nominacja, ale przynajmniej ustawienie konkursu świadczy o tym, że urzędnicy mają plan i wizję, wiedzą, kto powinien być ich partnerem w teatrze. Wariant lubelski pokazuje, że można uruchomić machinę konkursową tylko po to, żeby skompromitować samą ideę konkursu: konkurs odbył się tylko po to, żeby pokazać Dorocie Ignatjew, że nikt jej nie chce na tej posadzie. Co się generalnie udało.

Swoją drogą akcja z uruchomieniem senatora Burego z interwencją w sprawie skrzywdzonej przez urzędników pani dyrektor na podstawie zmanipulowanych lub tylko źle odczytanych dokumentów przesłanych do jego biura do cna skompromitowała ideę obrony dotychczasowej liderki teatru. Bo albo świadomie wprowadza się w błąd pana senatora, albo pan senator i jego zespół nie potrafią analizować prostych dokumentów i generalnie nic nie wiedzą o dorobku i atutach odrzuconej kandydatki, której chcą bronić. Ta sprawa niestety może zaszkodzić Dorocie Ignatjew w objęciu jakiejkolwiek innej sceny w Polsce. Rozumiem, że artyści przyparci do muru walczą desperacko, ale jak pokazał przykład nieudanej obrony Teatru Polskiego we Wrocławiu, nie zawsze jest to walka mądra i nie zawsze fair. Nie wiem zresztą, czemu zwrócono się do Burego? Co może senator opozycji, nawet najbardziej wygadany i odważny? Jaki ma wpływ na politykę PiS-u wobec marszałkowskiego teatru w swoim okręgu wyborczym? Chyba że na stole była oferta: Bury przechodzi w Senacie na stronę Zjednoczonej Prawicy, a w zamian za to dyrektor Ignatjew zostaje. Jeśli tak, byłby to transfer dekady. Gest, który wspominalibyśmy dłużej niż słynną przed laty recenzję ministra kultury Andrzeja Celińskiego o dawnym Teatrze Powszechnym („Powszechny, jak się zdaje, troszeczkę dryfuje…”), która kosztowała go stanowisko. Gdyby Bury poszedł na taki deal z PiS-em (zmiana barw klubowych za status quo w Osterwie), podziwiałbym bezgraniczną miłość pana senatora do progresywnego teatru, jednak jako polski obywatel znajdujący się w totalnej opozycji do partii rządzącej, zastanawiałbym się, czy naprawdę było warto.

W tej chwili trzeba liczyć tylko na to, że obława z nagonką na dyrektora Osterwy skończy się jakimś przypadkowym trafieniem. Pojawi się nominat godny, zasłużony lub tylko akceptowalny. Czasem przecież nawet „im” zdarzają się dobre decyzje. Minister Gliński i samorządowcy pisowscy zbierają zwykle baty za decyzje personalne nie tylko w teatrach, ale był jeden konkurs – na szefa olsztyńskiej sceny – który wygrał Zbigniew Brzoza, po którym nikt specjalnie nie protestował. Brzoza był, jak wieść gminna głosi, kandydatem ministerstwa, popierał go silnie w komisji konkursowej Piotr Tomaszuk i tak się jakoś stało, że Brzoza przejął teatr po skompromitowanym Januszu Kijowskim. Nie wiem, jakie obecnie Zbigniew Brzoza ma poglądy polityczne, ja pamiętam go jako osobę z debat w Teatrze Ósmego Dnia. Powiedzieć, że te spotkania były lewicowym Klubem Ronina, to nic nie powiedzieć. Wymowa paru ważnych spektakli Brzozy z ostatnich lat i jego niedokończona łódzka dyrekcja w Nowym także jakby nie pasują do narracji i polityki pisowskiej. Może zwyczajnie Gliński za wiele o Brzozie nie wiedział i nazwisko przeszło. Może lubili ze Zwinogrodzką prowadzony przez niego, dość obły repertuarowo warszawski Teatr Studio. Opowiadam o casusie Brzozy właściwie ku pokrzepieniu serc. Może i w Lublinie znajdą kogoś, kto będzie wygodny dla wszystkich stron sporu. 

A swoją drogą uważam, że jedyna szansa na uczciwy przebieg konkursów, to ich absolutna transparentność – publikowanie programów przed decyzją komisji, obrady otwarte i dostępne dla publiczności jak rozprawy sądowe. Wtedy będzie wiadomo, jakie oferty są na stole, jak członkowie komisji argumentują swoje wybory, kto z kim i za kim głosuje. Nie wiem, czemu to jest tajne. Zawsze postulowałem transmisje z obrad jury każdego szczebla, żeby pokazywać ludziom, na czym polega wzajemne przekonywanie się, ucieranie poglądów, droga do kompromisu. Kiedy przed laty byłem jednym z ekspertów ministerialnych oceniających wnioski, zgłaszałem co roku propozycję, by pisemnie uzasadniać liczbę punktów przyznaną projektom, czemu ja akurat uważam, że to jest ważne, a tamto nie. Nie rozumiem, czemu nazwiska ekspertów i ich opinie są utajniane, czemu jurorzy i członkowie komisji zakrywają się welonem tajemnicy. Czego się wstydzimy? Jeśli ktoś nie potrafi publicznie uzasadnić, czemu X nie nadaje się na jakieś stanowisko, a Y jak najbardziej, czemu projekt A jest lepszy od projektu B, co sprawia, że aktor Z lub reżyser W prześcignął w tym sezonie całą stawkę, nie powinien zasiadać w żadnej komisji i w ogóle decydować o polskiej kulturze.    

3.
Jestem ogromnie wdzięczny teatrom krakowskim, że grają w te pandemiczne wakacje: Łaźni Nowej, Słowackiemu, Ludowemu, Barakah. Tym podwawelskim scenom, które wybrały ciszę i zamknięte drzwi, trochę współczuję. Walka o widza będzie w najbliższych miesiącach cholernie trudna i nadzwyczaj istotna. We wrześniu niegrające sceny mają – jak Cracovia na starcie Ligi – pięć punktów ujemnych. Teatromani zapamiętają, kto się nie bał i był na dobre i złe z wyposzczonymi po lockdownie widzami. Media informują o wielomilionowych stratach lokalnych instytucji kultury. Fakt – to można jakoś wyliczyć, ale czy da się policzyć widzów, którzy ze strachu przed pełzającą zarazą zostają w domu, wycięli teatr z listy przyjemności i koniecznych wydatków? Jest jakaś tabela dyskomfortu, widzowskiej blokady w reakcjach na spektakl? 

Sceny, które otworzyły się w lipcu i sierpniu, pokazały, że im zależy na publiczności, że można mimo epidemiologicznych restrykcji dawać premiery, sprawdzać, co znaczą dziś starsze spektakle. Zobaczyłem już sześć przedstawień w reżymie, starałem się przyglądać reakcjom widowni. Częściej nawet niż na scenę patrzyłem na ludzi obok mnie. Pierwsi widzowie, którzy przyszli do ponownie otwartych teatrów, testowali na sobie odporność na maseczkowe oglądanie i czy mogą czuć się bezpiecznie w zamkniętym pomieszczeniu. Wszystko było dla nich nowe – ludzka szachownica w teatralnych rzędach, ceremonie podpisywania covidowych oświadczeń we foyer. Drżenie i tęsknotę budziła bliskość aktorów, dziwiły sceny zbiorowe, jakby nikt już nie pamiętał, co ludzie robią razem. Potem nastąpiła faza druga – czyli testowanie nowych reakcji i obyczajów, szukanie proroctw, aluzji i odpowiedzi w dziełach sprzed pandemii. Do tego momentu z otwartym ponownie teatrem mierzył się widz wyselekcjonowany, przygotowany, rzeczywiście nie mogący bez niego żyć. W ostatni weekend coś pękło, zaczęła się trzecia faza. Nazwijmy ją – podejrzeniem nieśmiertelności. Składa się na nią kontestowanie obostrzeń, oszukiwanie z zasłonami dróg oddechowych, próby dyskusji z obsługą o to, co wolno, a czego nie. Przyszedł widz zwyczajny, roszczeniowy. Siedziałem w Teatrze Słowackiego na Lalce Wojtka Klemma na pierwszym dwuipółgodzinnym akcie. Połowa sali po ciemku osunęła maseczki na usta i brody, kiedy zapalono światło podczas interakcji z aktorem, jakby złapana na gorącym uczynku, z zawstydzeniem poprawiła zasłony na nosach. Loże w ogóle patrzyły na nas z góry z odkrytymi twarzami, z wyższością, z cwaniackim zadowoleniem, że im nikt nie zwróci uwagi, bo kto z obsługi poleci na drugie piętro, a jak dobiegnie, to po otwarciu drzwi zdąży się przecież założyć maseczkę i wszystkiego wyprzeć, prawda? Po półtorej godziny ludzie pierwszy raz zaczęli kaszleć. Dwie, trzy, cztery osoby w różnych miejscach. I nikt nie zareagował. Ani sąsiedzi, ani obsługa, ani aktorzy. Czyli już nie ma strachu, wróciliśmy do dawnego oglądania. Tylko te głupie maseczki.

Albo siedzimy w nich wszyscy, oddychamy zza zasłony, albo nie ma sensu w ogóle ich nosić. Co nam da kantowanie? Ten nos na wierzchu? Kogo przechytrzyliśmy – dyrekcję teatru, ministra Szumowskiego, sąsiadów z widowni? Mamy w nosie epidemiologów? Udręczony tą regulaminową fikcją, zaniepokojony kaszlącymi osobami obok mnie uciekłem z teatru w przerwie. Tak, jestem tchórzem. Wiem, że kiedyś zachoruję i umrę, ale – pomyślałem sobie – lepiej, żeby ostatnim przedstawieniem, na którym oddycham, nie była ta Lalka, zwłaszcza zupełnie zbędne sceny paryskie. Wolałem zostawić sobie w głowie pół spektaklu i złe myśli o adaptacji i kostiumach, niż pójść ze złością obywatelskiej interwencji do obsługi foyer i zażądać: „Proszę zmierzyć temperaturę osobom kaszlącym! I wyprosić ich z sali, nie czuję się bezpiecznie!”. Niestety, nie wykonałem też telefonu do sanepidu: „Halo? Sanepid? W Teatrze Słowackiego w drugim rzędzie po prawej pod samą sceną chłopak w kapeluszu okrutnie kaszle, podejrzewam koronawirusa. Z poważaniem: Życzliwy”.

Oczywiście zapewne wszyscy widzowie owego wieczoru byli zdrowi, kaszleli tylko ot tak, dla zgrywy, ze zmęczenia, z alergii, teatr nie ma tu nic do rzeczy. Ja jednak, testując odbiór sztuki scenicznej, w oku pandemii nie mogę pominąć tego swojego strachu owego lipcowego wieczora.

29-07-2020

Komentarze w tym artykule są wyłączone