AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/281: Kołonotatnik poza kolejką

Krystyna Janda, fot. Sławomir Mielnik  

1.
Od jakiegoś czasu nie boję się PiS-u. Boję się polskiego społeczeństwa. A raczej naprawdę złych emocji, które się w nim z przerażającą regularnością uruchamiają. Do moralnego wzmożenia w mediach, zwłaszcza w mediach społecznościowych, dochodzi coraz częściej i nie tylko w Polsce. To jest zjawisko globalne, ale jeśli szaleje obok nas, to jego lokalne przejawy bolą jakby bardziej. Pojawia się oto nagle dotkliwy, wydobyty na jaw temat, zło zostaje nazwane, wytypowany zostaje wróg/kozioł ofiarny i przez kilka dni wylewa się z nas wszystko co najgorsze. Szukamy prawdy i pokazujemy, co było nie tak. Czego nie wolno, co już dziś, we współczesności nie przejdzie. Jest w tym słuszna potrzeba naprawy świata, ale jest też coś bardzo niefajnego. Bo ulegamy powszechnym nastrojom, krzyczymy z innymi, licytujemy się, kto głośniej, mocniej, celniej. Każdy musi wyrazić swoje oburzenie, zająć stanowisko: „To niemożliwe, tak się nie godzi, skandal, koniec z tym!”. Stado leci przez Internet i miażdży wszystko na swojej drodze. Nawet jeśli pędzi ku dobru, to wzdrygam się na sam odgłos tupania. W takich aktach medialnego osądu, w sytuacji, kiedy każdy może wyrazić swoją opinię, potępić i zgnoić człowieka, który złamał zasady, przekroczył granicę, jednostka, zwłaszcza ta winna, nie ma żadnych szans. Na wysłuchanie jej racji, na obiektywizm osądu. Przecież wszyscy wiemy, jak trzeba żyć, jak się zachować w sytuacji trudnej. Wierzymy, że tak się zachowamy, kiedy będzie trzeba, i udajemy, że nigdy nie byliśmy po tej drugiej stronie – atakowanych niesłusznie lub popełniających zbłądzenie moralne. W chwilach medialnej nagonki albo publicznego prania brudów zmieniamy się w Sąd-Tłum. Piętnujemy grzech i przekroczenie albo z pozycji religijnych, albo światopoglądowych. Ocenia naród i oceniają depozytariusze etyki. Zbrodniarza wyklucza wspólnota. Najpierw ta facebookowa, potem portalowa, telewizyjna, gazetowa. Zmieniają się tylko nazwiska przestępców, lecz mechanizm ujawnienia, napiętnowania i porzucenia pozostaje ten sam. Naprawdę przypomina to wzbieranie i uderzenie fal. Da się dostrzec podobieństwa naszych reakcji we wzniecanych z różnych powodu emocjach. Najbardziej niepokojące jest to, że reagujemy zawsze tak samo na wzmożenia różnego kalibru. Zwłaszcza w sprawach okołoteatralnych. Roman Polański jest maglowany tak samo, jak niesławny dyrektor Bagateli, Włodzimierz Staniewski przechodzi przez identyczny proces wykluczenia, jak aktor, który poparł PiS, firmy i muzycy, którzy dostali niesłusznie wielkie sumy zapomogi z Funduszu Wsparcia Kultury doświadczają takiego samego ostracyzmu, jak teraz Krystyna Janda.   

Nie chcę powiedzieć, że żadne z tych wzmożeń nie miało sensu, chcę powiedzieć, że wzmożenia słuszne rządzą się takimi samymi prawami, jak wzmożenia przesadzone i nietrafione. Jeśli przestajemy rozróżniać skalę występku i przeciwko każdemu, który przekroczył linię, wytaczamy te same działa, zaciera się rozróżnienie na dobro i zło, mały i wielki grzech. Przypadki wątpliwe mieszają się z niewątpliwymi, wszyscy wpadają do tego samego zsypu nienawiści, pogardy i wykluczenia. Cancel culture tnie często na oślep. Na pewno po to, żeby ostatecznie zatriumfowało dobro, ale czyni to tak zajadle i bez żadnej taryfy ulgowej, bez rozważenia okoliczności łagodzących. Nick Cave słusznie kilka miesięcy temu zwracał uwagę, że cancel culture eliminuje bardzo ważny element naszej cywilizacji: kwestię wybaczenia i odkupienia win. Napiętnowani i wypluci przez mechanizm nie mają już żadnej szansy na powrót. A ten, nawet jeśli mówimy o prawdziwych winowajcach, dawał jakąś nadzieję. Dziś szybki internetowy sąd wyklucza drugą szansę. Artyści w tych czasach zaczynają przypominać grupę saperów-amatorów na polu minowym. Część rzeczywiście te miny sama układała, część jednak weszła tu przypadkiem lub z intencją rozbrojenia najgroźniejszych – a jednak wysadzi się większość z nich. Bo na polu minowym miny wybuchają.  

Uderzenia fal prawdy rozbijają kolejne fałszywe i prawdziwe autorytety. To prawda. Albo jest jeszcze i tak, że na każdą sprawę przypada tylko jedno uderzenie. Doszło do moralnego wzmożenia, tłum osądził, lud powygrażał, zapisano wnioski i zapada cisza. Zainteresowanie opadło, czekamy na następną sprawę, kolejnego winowajcę. Kto przetrwa tę ciszę, jakoś ocaleje.

W chwili, kiedy to piszę, tym złym, Vaderem i Voldemortem, została Krystyna Janda. Bo zaszczepiono ją w WUM-ie poza kolejnością, ją, Emilię Krakowską, Krzysztofa Maternę, Wiktora Zborowskiego, Andrzeja Seweryna, Marysię Seweryn, Grzegorza Warchoła, Radosława Pazurę, Edwarda Miszczaka, Mariusza Waltera. Nikt z tej grupy artystów i redaktorów nie miał być szczepiony na covid już teraz. Ludzie krzyczą, że elity wdarły się bez kolejki, że odbierają szczepionkę medykom, że złamane zostały standardy. Janda z kolei tłumaczy, że zaproszono ją w ramach promocji szczepień, miała dać przykład, zachęcić do akcji sceptyków i tych, którzy obawiają się powikłań. Wydaje się, że najwięcej głosów potępienia słychać z prawicowych portali i od tej części opinii publicznej, dla której Janda zawsze była wrogiem. Najgłośniej krzyczą też ci, którzy zawsze krzyczą, i ci, co z racji młodego wieku nie mają się czego obawiać w razie zarażenia. A nawet ci, którzy i tak by się nie zaszczepili. Atawizmy wracają: jest tylko jedno powszechne plucie, które przebija narzekanie na władzę, kościół, policję i łączy wszystkie zrewoltowane środowiska. To przyjemność jazdy po elicie. Najbardziej dotknęły mnie protesty trybuna ludowego Jana Śpiewaka. Działacz miejski napisał list otwarty do Krystyny Jandy z potępieniem jej zachowania, zakończony charakterystycznym apelem: „Mam nadzieję, że nikt przez panią nie umrze”. I powstało od razu takie wrażenie, że Janda i jej koledzy zabrali szczepionkę sprzed nosa umierającej na covid w szpitalu staruszki. Zaszczepiono Jandę zamiast jadącego na kolejną zmianę pielęgniarza z SOR-u. Śpiewak zareagował też na próbę obrony Jandy ze strony prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka. Zarzucił mu nie tylko wspieranie kastowości w polskim społeczeństwie, ale i rasizm. Pisał o aktorach jako o nowej „rasie panów”. No, jeśli Jan Śpiewak, syn profesora Pawła Śpiewaka, podnosi argument o rasie panów, to znaczy, że trzeba się bać. Że pojawili się ludzie, którzy uczą się wzniecania fal nienawiści społecznej od najlepszych nauczycieli. No i PiS ma już z kim przegrać w licytacji na sprawność narracyjną, na budzenie w nas najgorszych emocji.

Wzmożenie moralne przeraża mnie najmocniej, kiedy cenzurki moralności zaczynają rozdawać postaci z zabrudzoną hipoteką. Bracia Karnowscy, Wiesław Janicki, kremlowskie trolle. Obecność w tym towarzystwie Jana Śpiewaka jest symptomatyczna. Przeciwko Jandzie najgłośniej gardłuje człowiek, który ponad pół roku temu sam stał się ofiarą hejtu.

Model i aktywista miejski, męczennik walki z tak zwaną dziką reprywatyzacją warszawskich kamienic, miał spore sukcesy w nagłaśnianiu bandyckich działań różnych cwaniackich deweloperów i prawników na ich usługach. Był kamienicznym rewolucjonistą i był w tym swoim rewolucjonizmie wiarygodny nawet wtedy, gdy część jego postulatów przejął PiS i walczący o prezydenturę Warszawy Patryk Jaki. Kiedy jednak Jan Śpiewak napisał parę słów za dużo i został prawomocnie osądzony przez polski wymiar sprawiedliwości (ten, o który walczyliśmy – wolne sądy itede!) za zniesławienie, coś się w tym słusznym rewolucjonizmie zacięło. Najpierw myślałem, że skazano Śpiewaka na ciężkie więzienie, na wiele miesięcy prac społecznych, na przykład przy kopaniu rowów przeciwlotniczych albo czytaniu kryminalistom kolejnych paragrafów z k.k., ale nic z tego. Po sprawdzeniu okazało się, że (zacytujmy dobrze poinformowany portal) „sąd nakazał publicyście «Wprost» zapłatę 5 tysięcy złotych grzywny oraz 10 tysięcy złotych nawiązki za zniesławienie córki byłego ministra Ćwiąkalskiego”. Śpiewak uznał, że kary nie zapłaci, wyrok jest niesprawiedliwy, sąd pobłądził. Jego prawem było tak myśleć, każdy skrzywdzony i poniżony wyrokiem może takie uczucie w sobie pielęgnować. Nie wydaje mi się jednak, że 15 tysięcy złotych to była szczególnie dotkliwa kara finansowa, zwłaszcza w kontekście warszawskich zarobków i cen w czasach przedpandemicznych. Można było tę symboliczną cenę zapłacić, zapomnieć, przyznać się do jednego jedynego błędu, zacietrzewienia, przesady. Być może Śpiewakowi nie chodziło jednak o mus zapłaty, inaczej zorganizowałby publiczną zbiórkę, ile o sam upokarzający rytuał wpisania jego nazwiska w rubryce „winny”, zapaskudzenia sobie akt osobowych. W każdym razie w końcu zdecydował się poprosić prezydenta Dudę o ułaskawienie. Powtórzę jeszcze raz – Andrzeja Dudę. Lewicowy, nowoczesny było nie było aktywista poprosił o akt łaski polityka bardzo prawicowego, stronniczego, nieszanowanego przez połowę społeczeństwa i podejrzewanego o przynajmniej kilkukrotne złamanie Konstytucji. Prosił prezydenta, który akurat był w środku kampanii wyborczej i zapewne skwapliwie skorzystałby z okazji zarobienia paru promili sondażowych. Poprawienia sobie opinii po lewej stronie. Bo ludzki pan, bo wspiera uczciwych, walczących o sprawiedliwość młodych ludzi. Jan Śpiewak nieco się krygował na medialne zainteresowanie sprawą, przybierał przed kamerami tej i tamtej telewizji pozy uciemiężonej niewinności, opuszczał skromnie powieki, bąknął nawet parę ciepłych słów pod adresem Wielkiego Ułaskawiciela. Specjaliści od mowy ciała powiedzieliby, że był szczęśliwy, ale zakłopotany. Cóż, być razem z ministrem Mariuszem Kamińskim wśród niewielu szczęśliwców wyróżnionych prezydenckim aktem łaski – zaiste bezcenne doświadczenie. Zastanawiam się jednak, czy było warto dla 15 tysięcy złotych i formalnie czystych akt (bo przecież media będą pamiętać, tak jak pamiętają mecenasowi Kaliszowi wyproszone u Aleksandra Kwaśniewskiego ułaskawienie na odchodne za jakąś sądową duperelę) ryzykować własną reputację, to znaczy ostatnie resztki tej reputacji? Czy naprawdę człowiek walczący z systemem musi w sytuacji niewygodnej, aczkolwiek nie terminalnej prosić o pomoc jednego z mniej szanowanych utrwalaczy tego systemu?

Stało się. Śpiewak został ułaskawiony. I rzuca dziś najmocniejsze słowa w stronę Jandy, jakby nie wiedząc, jak bardzo jego oskarżenia rymują się z kalumniami z prawej strony.

Owszem, wiem, że Śpiewak to człowiek, który chciał i pewnie wciąż chce zrobić coś dobrego, tak dobrego i słusznego, że jest w stanie sprzymierzyć się nawet z diabłem, żeby to zrealizować. Tyle że nie zawsze warto. A na pewno nie w sprawie zaszczepienia Krystyny Jandy. Krzyczenie w chórze z byle kim zawsze bardziej kompromituje tego lepszego niż gorszego chórzystę. I co właściwie w świetle przekroczeń Śpiewaka zaczyna znaczyć przekroczenie Jandy? Co się zrównuje? Komu mamy wierzyć?

W filmie Insomnia śledczy (gra go Al Pacino), oskarżony przez Wydział Wewnętrzny o doprowadzenie do śmierci partnera, czuje się w jednej ze scen podle i źle, jakby ktoś oblał go wiadrem rzygowin, bo morderca, którego ściga na Alasce, dosiada się do niego i mówi: jesteśmy tacy sami w gruncie rzeczy i ciebie, i mnie posądza się o coś, czego nie zrobiliśmy. I właśnie to zrównanie dwóch przekroczeń kąsa mnie w sprawie Jandy i postponującego ją Śpiewaka najmocniej.

Nie wiem, czy Janda i jej przyjaciele naprawdę popełnili jakieś wykroczenie przeciwko społeczeństwu. Nawet jeśli działali w nieświadomości, zwabieni w akcję promocyjną bez sprawdzenia jej legalności, to nie jest to jeszcze powód, by aktywiści typu Śpiewaka reperowali sobie prestiż w bezprecedensowych atakach. Bardziej od obrony Jandy potrzebujemy sceptycyzmu wobec powszechnego wzmożenia moralnego. Nie chcę, żeby świadectwo o niekaralności wydawał mi wiceminister Michał Woś czy prokurator generalny. I nie chcę, żeby strach polskich ludzi teatru przed chorobą i śmiercią wartościował Jan Śpiewak, aktywista ułaskawiony przez Andrzeja Dudę. Zamiast pluć na elity, patrzmy na ręce tym, którzy błędy elit wykorzystują. Bo ich intencje nie zawsze są czyste.

2.
Chciałbym teraz opowiedzieć anegdotę z rodzinnej kroniki wypadków miłosnych. Ta historia w zaskakujący sposób rymuje się, moim zdaniem, z awanturą o pozakolejkowe zaszczepienie grupy warszawskich aktorów. Nie demaskuje kulisów wydarzeń i intencji protagonistów, ale portretuje pewien mechanizm, jaki uruchamia się w nas w momencie zagrożenia, rozpaczy, beznadziei.

Był rok 1979 może 1980. Moja mama była cenionym lekarzem pediatrą o zasięgu wojewódzkim, kierownikiem małego ośrodka zdrowia, człowiekiem instytucją. Pracowała po 18 godzin na dobę, kurzyła jak smok i jeździła na domowe wizyty prywatnym autem o każdej porze. Ratowała chore dzieci, ich rodziców, dziadków całymi setkami. Miała tak zwanego nosa do trudnych przypadków, wykrywała choroby nieodkryte przez innych, świetnie komunikowała się z dziećmi, bo jak zrozumiałem dużo później, gdzieś w swoim środku, w głowie i sercu, cały czas pozostała dziesięcioletnią dziewczynką. Wiedza i doświadczenie nie zasłaniały jej dziecięcej intuicji, empatii, niezgody na ból i cierpienie. Mama leczyła ludzi, ale tak jak i inni lekarze miała bardzo ambiwalentny stosunek do polskiej służby zdrowia jako systemu. Nie znosiła szpitali. Bała się szpitali jak dziecko. I jak podejrzewam, podświadomie nie ufała innym lekarzom. Może założyła sobie, że jeśli tylko ona wykrywała i leczyła nieleczone przez innych rzadkie przypadki, była często ostatnią instancją, ostatnią nadzieją właściwej terapii i doboru leków, to znaczy, że inni lekarze mylili się za często, pacjentów lekceważyli, nie słuchali ich – a ona przecież słuchała. Właśnie z tego powodu leczyła się zawsze sama. To znaczy prawie nie brała leków na żadne przeziębienia czy migreny. Kiedy w końcu dopadła ją własna prawdziwa choroba, przyszła diagnoza, że ma kamienie w woreczku żółciowym, robiła wszystko, żeby nie iść pod nóż, próbowała wszystkich dostępnych wówczas metod nieinwazyjnego pozbycia się kamieni. Pewnie zwyczajnie, po ludzku, bała się operacji, miała niski próg bólu. Szukała więc rozwiązań ekstraordynaryjnych, coraz dziwaczniejszych. Niestety, wszystkie te eksperymentalne metody zawodziły. Ból był coraz poważniejszy.

W końcu zainteresowała się metodami leżącymi już za granicą medycyny alternatywnej, czytała dużo „podziemnej” literatury o uzdrowicielach, to był czas nauk zielarza franciszkanina Czesława Klimuszko. Gdyby w telewizji polskiej hipnotyzował nas już wtedy Kaszpirowski, mama pewnie uległaby i tej modzie z nadzieją na wyzdrowienie. Cóż, od wielkiej wiedzy do wielkiej wiary w cuda dzieli nas często tylko jeden krok. Było już z mamą całkiem źle (przypomnijmy nie szła na operację z własnej woli!), kiedy dowiedziała się, że w jakiejś pobliskiej wiosce działa – oczywiście nielegalnie – zakonnica posiadająca moce uzdrawiające. Może nawet uczennica Klinuszki. Ponoć przykładała dłonie do bolącego miejsca, dotykała organ przez skórę, przekazywała energię leczniczą, pomasowała, pomodliła się, dawała słoik czarnego wywaru do regularnego picia i choroba znikała. Jak ktoś z was pamięta desperacką próbę uzdrowienia Andy’ego Kaufmana z filmu z Jimem Carreyem, w którym cyganiący na prawo i lewo komik leci na spotkanie z dalekowschodnimi uzdrowicielami przeprowadzającymi niemożliwe operacje bez rozcinania ciała pacjenta, tylko po to, by przekonać się, że to taki sam trick, jakich on używał w swoich przedstawieniach, to wiecie o jaki rodzaj desperacji chodzi. Mama uwierzyła, że ta zakonnica to jej ostatnia deska ratunku, że jeśli ona jej nie pomoże, to już nikt, pójdzie na operację, zaśnie i nigdy się nie obudzi. Zapisy do nielegalnie uzdrawiającej zakonnicy były na dwa lata do przodu, nie było szansy na ominięcie kolejki, zwłaszcza dla osoby z – co tu dużo mówić – niezbyt religijnej rodziny. Nie było szansy, żeby mamę zakonnica podotykała.

I wtedy na scenę wkroczył mój tata. Dyrektorował, czy raczej prezesował, wówczas jakiemuś lokalnemu oddziałowi Cepelii, przedsiębiorstwa koordynującego pracę ludowych artystów i rzemieślników, był ekonomistą z wykształcenia. Z mamą układało mu się różnie, trochę się nienawidzili, częściej wyrozumiale tolerowali, on do niej mówił „pani kierowniczko”, ona do niego „panie prezesie”. Byli ze sobą dla świętego spokoju i dla dzieci, jak to się zdarzało w wielu inteligenckich małżeństwach tamtego czasu. Tato postanowił załatwić wizytę u cudownej zakonnicy, obejść kolejkę sposobem. Nie przypadkiem miał za sobą rok, może dwa, w seminarium i naprawdę wiedział, co trzeba zrobić w takich sytuacjach w kontaktach z polskim klerem. W sklepie dla księży kupił czarną koszulę z koloratką. Ciemna marynarka, spodnie czarne w kant, pewnie jeszcze te ślubne pasowały. Ubrał się jak kapłan po godzinach, wziął mamę do samochodu i pojechali do tej dalekiej wsi. Jechali, jechali, nie mogli trafić, tata już w roli pytał się rzadkich wiejskich spacerowiczów, gdzie znajduje się właśnie ta parafia z uzdrawiającą zakonnicą. Mama już musiała leżeć w samochodzie, bo bolało bardzo, taki to był stan. Zajechali w końcu pod plebanię, a tam zatrzęsienie aut, kolejka ludzi, wszystkie możliwe choroby i dysfunkcje. Rząd kalek podtrzymywanych przez bliskich stał pod drzwiami probostwa jak gromada przed cudownym, uzdrawiającym obrazem. Raki, liszaje i potworne złamania. Tata nie stracił rezonu, widzę go, jak sam w czarnej marynarce, czarnej koszuli i z koloratką pod szyją idzie kowbojskim krokiem na sam przód kolejki i stuka bezczelnie do drzwi. Otwiera mu ksiądz proboszcz, może kościelny, może inna siostra zakonna. Tato bez zmrużenia oka chwali Chrystusa, bawi się breloczkiem od kluczy do auta i mówi, że jest proboszczem z takiej to a takiej dalekiej parafii i prosi w imię solidarności zawodowej, żeby mniszka o leczniczych dłoniach przyjęła jego osobistą siostrę, która ma atak. Tata używał kościelnego branżowego słownictwa, włączył mu się ten ćwiczony w seminarium specjalny mszalny i kazaniowy zaśpiew, był zorientowany w tematach, jakie trzeba poruszać w rozmowach z personelem naziemnym, choć sam od lat do kościoła chodził rzadko, nie afiszował się z gorliwością religijną, raczej był ostrożny w takich manifestacjach. Może dlatego, żeby go ze stanowiska nie zdjęli. No, bo był partyjny, ale nie za bardzo.

Tamtego wieczoru okazał się wielce przekonujący, być może była to rola życia. Proboszcz albo kościelny wyrazili zrozumienie dla sytuacji, może podejrzewali, że to wcale nie siostra jest, tylko kochanka księdza w potrzebie, poprosili leczącą przypadki beznadziejne siostrę o zrobienie wyjątku, siostra się zgodziła, wnieśli mamę na kocu do plebani albo mama sama przeszła do pokoiku ze świętymi obrazami, krzywiąc się z bólu. Położyła się na stole wśród zapalonych świec. Siostra podotykała mamę, pomodliła się i powiedziała, że kamień szybko zniknie, żeby się w ogóle nie martwić. Mama wyszła z plebanii nawet w lepszym humorze, czuła, że już jest uleczona. Jakby przestało boleć. Ojciec wymienił się telefonami z proboszczem, powiedział „Bóg zapłać”, obiecał pewnie mszę w dowolnej intencji, już zapakował mamę do samochodu i właśnie otwierał bagażnik, żeby schować tam księżą marynarkę. Wtedy usłyszał znajomy głos: „Józef, to ty?”. To był głos jego szefa, naddyrektora nad wszystkimi dyrektorami Cepelii. Prezesa wszystkich prezesów. Bardzo partyjnego notabene. Tata zgłupiał w pierwszej chwili, bo prezes nad prezesami był ostatnią osobą, której obecności spodziewałby się w tej dalekiej małopolskiej wsi pod plebanią z siostrą-uzdrowicielką. Prezes najzwyczajniej w świecie nie pasował do tego miejsca, nie powinno go tu być, ale w końcu tata też nie był księdzem i nie miał chorej siostry, a jednak w takim przebraniu i z taką historią tu przyjechał. Wiedział, że ma na sobie koloratkę, że szef widzi go w tym stroju i nie wierzy własnym oczom. Zadziałał odruchowo. Zapytacie, co w takim razie zrobił? Czy szybko odbiegł od samochodu, uciekając z miejsca przestępstwa, czy raczej zasłonił koloratkę dłonią, udając że boli go gardło i najspokojniej w świecie rozmawiał z przełożonym? Ja na jego miejscu być może udawałbym własnego sobowtóra, rozmawiał z prezesem nad prezesami, zmieniając głos i rżnąc głupa, że jestem Jurek, a nie Józek i mieszkam w Sandomierzu. Nic z tych rzeczy, tata nie kombinował za wiele, po prostu wsadził głowę z tułowiem pod otwartą klapę bagażnika dużego fiata. I tak pozostał przez dłuższą chwilę. Jeśli w środku, w bagażniku, była otwarta torba, to ojciec włożył też głowę do torby, tak że z tyłu samochodu wystawał tylko tył taty w czarnych spodniach w kant. Opowieść o strusiu chowającym głowę w piasek jest jak najbardziej na miejscu. Tata był tym strusiem, tylko takie ukrycie przyszło mu do głowy. W przestrzeni symbolicznej można by nawet mówić o wypięciu się na problem, że ojciec zaprezentował światu, który go zdradził, nakrył na przebierance to, co powinien w takiej sytuacji zaprezentować, czyli własne pośladki w eleganckich spodniach. Tato jako fałszywy ksiądz schował siebie w przebraniu w bagażniku dużego fiata. Fałszywy ksiądz zniknął, na placu boju pozostał tylko dzielny tył taty. Prezes nad prezesami podszedł do auta, stanął za nim i wciąż pytał: „Józef, to ty?”. Tata przezornie nic nie odpowiadał, tylko grzebał intensywnie w bagażniku i w tej torbie, w której schował twarz. Jego wypięte czarne spodnie były jedyną odpowiedzią na próbę prezesowskiej demaskacji. Prezes postał chwilę za grzebiącym w bagażniku tatą i nie doczekawszy się odpowiedzi, poszedł sobie. Może tatę jednak poznał i zażenowany jego zachowaniem nic nie powiedział, może nie poznał i zrozumiał, że gada z głuchym. Albo z księdzem bardzo podobnym do mojego taty, ale pragnącym pozostać incognito. Może też poznał, ale jednak odszedł, bo nagle zrozumiał, że i on jest tu w niezręcznej sytuacji, bo co to za partyjny prezes nad prezesami w Cepelii, który jeździ do zakonnicy parającej się znachorstwem? Obecność na plebanii w odległej małopolskiej wsi mogła mu tak samo zaszkodzić, jak mojemu ojcu w przypadku rozpoznania. Prezes odszedł ku swoim troskom, ojciec wychylił się z bagażnika, zapalił silnik i oboje z matką odjechali dumni ze sztuczki, jaka się im udała. Mamę wprawdzie bolało, ale była dobrej myśli.

Dwa dni później przyjechało do nas pogotowie. Mama spojrzeniem żegnała się ze mną jakby na zawsze. Karetka na sygnale zabrała ją prosto na operację. Wróciła po kilku tygodniach, zabieg się udał, wycięli cały woreczek żółciowy. Okazało się, że w środku był tylko jeden kamień, woreczek oblepiał go tak, jak gumowa rękawiczka oblepia rękę. Kamień był wielkości zapalniczki, nikt dotąd nie widział takiego kamienia. Tak wielkiego i w takich kolorach. Jeszcze dziesięć lat temu trzymałem go w palcach i oglądałem pod światło, a teraz już nie wiem, gdzie jest, gdzie zaginął przy kolejnych mamy przeprowadzkach.

Powyższa historia rodzinna jest moim zdaniem dowodem na parę rzeczy. Prywatnych i publicznych. Z tych prywatnych pokuszę się o hipotezę, że historia ojcowskiej przebieranki za księdza w celu sprostania desperackiemu marzeniu o cudzie chorującej żony i racjonalnej z pozoru lekarki to świadectwo wielkiej, aczkolwiek skrywanej, niechętnie wyrażanej werbalnie miłości moich rodziców. Kiedy skromny, niekonfliktowy ekonomista przebiera się za księdza i odgrywa wielką, improwizowaną scenę, to jest to gest porównywalny z sytuacją, w której któryś z nas, humanistów, ot tak dla zdobycia uznania u swojej kobiety, występuje z fachową prelekcją na forum ekonomistów w Krynicy i nie zostaje rozpoznany. Przygoda z leczącą zakonnicą jest też dowodem na ścisły związek medycyny z aktorstwem, z teatrem uzdrowień, z podszywaniem się pod Chrystusa-uzdrowiciela. Nowoczesna medycyna zna przecież przypadki sprowadzania ludzi już z tamtej strony, historie wyzdrowień niemożliwych. No i trzeci aspekt tej sprawy, najbliższy już historii Krystyny Jandy i jej przyjaciół. Wchodzenie w system szczepień bez kolejki nie ma wielkiego sensu z medycznego punktu widzenia, skoro obiecano zaszczepić wszystkich, ale ma wielki sens z psychologicznego. Załatwienie niezałatwialnego jest dowodem na siłę potencjalnego pacjenta, przygotowanie chorego do wielkich, prawdziwych zmagań. Wciśnięcie się bez kolejki jest tak naprawdę operacją zastępczą. Teraz jestem bezpieczny. Oszukałem śmierć.

Moja mama długie lata wstydziła się tej historii, nie chciała, żebym ją opowiadał. Lekarz, zwłaszcza dobry lekarz, powinien być przecież zdroworozsądkowy. Racjonalnie podchodzić do diagnoz, rokowań, objawów. Ufać służbie zdrowia, w której jest jednym z trybików. Tak jak my powinniśmy ufać państwu, w którym funkcjonujemy. Ale jednocześnie nigdy nie czuła, że zrobiła coś złego. Tata też nie. Po prostu przechytrzyli niewydolny, nielegalny system. Pokusili się o gest absurdalny. Ojciec podobno od samego początku nie wierzył w to całe uzdrawianie zakonnicy. Po zabraniu mamy do szpitala wylał całą czarną zawartość słoika od znachorki.

Zdarzają się sytuacje graniczne, kiedy robimy rzeczy instynktownie, w obronie własnej. Ze strachu. W powszechnej psychozie. Nie dziwię się, że chwilę po covidowej śmierci Piotra Machalicy, przyjaciela z teatru, Krystyna Janda namówiła współpracowników i znajomych na promocyjne, pokazowe podobno szczepienia. I nie dziwię się, że ktoś z WUM-u właśnie jej taką ofertę złożył. Lekarze zawsze lgnęli do artystów, obie strony czuły się sobie potrzebne. Zawody specjalne, podobne, bo leczą ciało i duszę. Kiedy już wybuchła afera o aktorskie szczepienia bez kolejki, wszyscy widzieliśmy łzy Jandy w telewizji TVN, kiedy mówiła, że nie rozumie hejtu, jaki się na nią i na innych wylał, jej oczy były pełne zdumienia i przerażenia. Kochana przez całe dziesięciolecia aktorka wyznała, że boi się teraz o swoje życie. Że nie rozumie, dlaczego ludzie uważają, że zrobiła coś złego. Że za prosty atawistyczny gest, próbę zwiększenia szans na ocalenie, można tak wyzywać, nienawidzić, grozić śmiercią i podpaleniem.

Ja też nie rozumiem. Chciałbym, żeby ta historia z zaproszeniem aktorów do promocji szczepień poza kolejką, poza grupą zero, okazała się kiedyś zabawną anegdotą z teatralnej kroniki rodzinnej. I niczym więcej.

06-01-2021

Komentarze w tym artykule są wyłączone