AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 17: Ręka 4. Kółko różańcowe

Dziady, reż. Michał Zadara
Teatr Polski we Wrocławiu, fot. Natalia Kabanow  

1.
Zauważyliście Państwo zapewne, że co roku, zwłaszcza wakacyjną porą, następuje wysyp spektakli i filmów wszelakich opatrzonych cyferką przy tytule: Klimakterium 2, Spiderman 3, Klątwa 3, Szklana Pułapka 5, Mayday 2, Piła 7, Dziady cz. II, Dziady cz. IV? Ileż niezwykłych i co najważniejsze – tych samych doznań obiecuje każdy sequel? Obcując z dziełem z numerkiem, czujemy się bezpieczni, obeznani z konwencją, nic, tylko smakować detale, analizować odmienne rozłożenie akcentów, oglądać tych samych bohaterów postawionych wobec nowych, a jednak podobnych przeciwności losu? Poznali się na tym schemacie Strzępka i Demirski w swoim serialu teatralnym prezentowanym na scenach Łaźni Nowej i IMKI. A Michał Zadara też wiedział, co robi, planując zagranie Mickiewiczowskiego arcydramatu w numerycznej, a nie chronologicznej kolejności (wiem oczywiście, że z przyczyn finansowych część III wyrzuciło mu aż na rok 2016 i póki co mamy cykl z dziurą, ale podobno potem będą grać dzieło w całości i po kolei). Tak poskładane Dziady przenoszą się automatycznie w sferę popkultury, zyskują egzystencję bez mała serialową, wpisują się w grę między oryginałem a kontynuacją. Mówią, że najczęściej sequele są gorsze od filmu bazowego, że kolejne odcinki gubią gdzieś moc pilota serialu. Gdzie tam – nie wierzcie! Siedziałem na wrocławskim przedstawieniu i im wyższy numerek miała jego część składowa, tym większą odczuwałem satysfakcję – aktorzy grali coraz lepiej, świat domykał się precyzyjniej, zasady współistnienia sfery realnej i duchowej stawały się z odcinka na odcinek klarowniejsze. Inspiracje z Blair Witch Project (myślę oczywiście o pierwszej części cyklu filmowego, bo druga była już tylko żałosnym horrorem klasy D) płynnie przechodziły w cytaty z Paranormal Activity 5, by wreszcie Bartosz Porczyk jako Gustaw wpadł do letniskowego domu księdza niczym oprawcy z Funny Games – oryginału i remake’u. O jego kreacji napisano już wiele, równie sporo ciepłych słów padło także pod adresem jego pokaźnej muskulatury. I tu się na chwilę zatrzymamy. Czy Porczyk obnosi w przedstawieniu muskulaturę prywatną, czy też pakował specjalnie do roli? Potężne bicepsy tudzież inne mięśnie ręczne niekoniecznie kojarzyły się dotąd ze światem ponadzmysłowym, z watahami duchów i ucztą upiorów. Umarlaki z Walking Dead są zwykle przeraźliwie chude i żylaste, podgniłe i zdekompletowane tu i ówdzie. Zwykłe duchy – wiadomo: białe prześcieradła, przeźroczystość, pełna przenikalność materii. Nigdy nie widziałem grubego ducha, nie widziałem też ducha uczęszczającego na siłkę. Porczyk jest pierwszy. W Zadarowych Dziadach pana Bartosza rozpiera taka energia, taki gniew, poddaje się takim skokom emocji, że mało chatki nie rozwali. Może i nie mówi z prędkością karabinu maszynowego, ale na pewno każdemu skandowanemu słowu, każdemu napadowi furii towarzyszy pulsowanie pasów mięśni na kończynach górnych aktora. Boże w niebiesiech, cóż to są za ręce! Porczyk-duch wie, jaki efekt wywołuje widok jego ramion, więc najczęściej gada jeno w gimnastycznej białej koszulce bez rękawów. Cóż się zatem dziwić, że nieletnie dziewczynki, sceniczne córki Wiesława Cichego, popiskują nie tyle ze strachu przed furiatem, co ze strachu zmieszanego z fascynacją. Porczyk co rusz rzuca się do pianina i ekstatycznie gra. Tajemnica wyjaśniona: bohater duch nie musi wcale w zaświatach pracować z hantlami, dźwigać ciężarki i wyciskać sztangi. Wystarczy dość mocno i przez odpowiednio długi czas walić w klawisze czyśćcowego fortepianu, by pojawiła się taka muskulatura. W innej scenie Gustaw siada sobie na ławeczce przed chatką i piwko z puszki otwiera. O, tu też mamy element mięśniowego treningu metafizycznego. Niby nic taką blaszkę wygiąć i podważyć, ale pomyślcie, co się dzieje z mięśniem przywodzicielem, jeśli powtórzymy tę czynność w zaświatach trzy miliony razy? Wszak Gustaw to duch-powrotnik! Jest jeszcze jedna hipoteza. W finale długaśnych Dziadów wrocławskich do chatki księdza przychodzą całe tłumy duchów, łażą, gadają, popijają, podjadają. Pieśń zaintonują, pośmieją się, drzwiami trzasną. Ksiądz nie może sobie z nimi dać rady i ukrywa się w domu. Wśród widmowej gawiedzi zostaje Porczyk-Gustaw, obrońca sabatu, wójt upiorów, Boży emisariusz, co to nauczał, żeby ze starymi obyczajami nie walczyć, by na spotkanie z duchami czekać, poczęstować ich, wysłuchać. Ostatnie pouczenie zostało wypowiedziane, ksiądz nastraszony i co dalej? Ktoś musi te wszystkie zjawy pospędzać z powrotem w zaświaty, powynosić ze sceny po oklaskach. Podejrzewam, że jest to właśnie robota Porczyka: dźwiga Guślarza Mariusza Kiljana do jednej garderoby, Sylwię Boroń do drugiej. Z Anną Ilczuk na plecach biegnie na postój taksówek, Michała Mrozka turla do teatralnych katakumb. Ciężka robota. No, ale ktoś to musi zrobić. Wiecie już, skąd ta muskulatura, przecież nie od liczenia koralików różańca…

2.
Przyznam się, że tytułując numerycznie ten, poprzedni i jeszcze dwa wcześniejsze odcinki Kołonotatnika, myślałem podobnie jak Zadara, jak hollywoodzcy reżyserzy, jak Strzępka, a nawet Ray Cooney… I chciałem osiągnąć efekt równie niepokojący… Sequel ma w sobie moc niszczącą i moc ożywczą. Ale może też przybrać postać perwersyjnej gry z tym, co wolno, a czego nie wolno napisać w artykule o teatrze. Połączyć religijność z żartem. Obscenę z medytacją.

3.
Z początku lat dziewięćdziesiątych pamiętam prowokacyjną akcję grupy Stacja Pistacja. Było to na Reminiscencjach Teatralnych. Chyba ze 150 osób usiadło w półkolistej sali na dole Rotundy i czekało, co będzie. Tytuł performansu brzmiał: Nie pierdol, kwiatuszku, więc mogliśmy się spodziewać dosłownie wszystkiego. Zaczęło się. Ale nie zgasło światło, gwar za drzwiami nie ucichł. Dopiero po jakichś pięciu minutach dostrzegłem trzech zwyczajnie ubranych mężczyzn, odwróconych do nas plecami i klęczących w kącie, tam, gdzie powinna być część sceny. Zdzisław Warpechowski i jego koledzy nic nie grali, nie prowokowali. Zwyczajnie cichutko się modlili. Zrazu wybuchł krótki porozumiewawczy śmiech. Potem znów czekaliśmy. Nic. Modlitwa trwała dalej. Co bardziej domyślni widzowie już zaczęli wychodzić z sali: wiedzieli, że nic się nie zdarzy. Reszta nie ustępowała. Rozległy się głosy zachęty: „Zróbcie coś!”. I głosy oburzenia: „Ej, wejściówki były po tysiaku!” (przypominam, że działo się to przed denominacją złotego i liczyć trzeba na stare). Połowa pomieszczenia opustoszała. Ja siedziałem, licząc naiwnie, że przecież musi być jakaś puenta. Byłem naiwny, nie zaplanowano jej, ale jednak się doczekałem… Po czterdziestu pięciu minutach do jednego z klęczących, najdrobniejszego, podeszło nagle dwóch inteligentów w okularach i zaczęło go przemocą odwracać twarzą do nas, do ostatnich widzów. Malutki performer bronił się jak umiał, uniesiony do góry, przebierał bezradnie nogami. Ale nie przerwał modlitwy, nie zaczął się nawet głośniej modlić. Odwrócony – przyjął natychmiast poprzednią pozycję. Nie było na niego sposobu.

Nie wiem już, czy Warpechowski i każdy z jego dwóch odwróconych do nas plecami kolegów modlił się naprawdę czy tylko udawał. Czy modlił się ze zrozumieniem, czy tylko klepał paciorki. W każdym razie nikt z nich nie trzymał różańca w splecionych do modlitwy dłoniach. Dziś chyba by trzymał.   
 
4.
Pstryk. Ćwierć wieku mija jak jedno mgnienie. I oto…

Teatrzyk Gorliwa Wola z dumą przedstawia sceniczną medytację pod tytułem: Różaniec i seks przedmałżeński.

W związku z wzmożeniem transcendencji w całej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i zaskakującą popularnością różańca jako sacrogadżetu w wielu polskich placówkach teatralnych (pisał o tym obszernie dział felietonistyki „Tygodnika Powszechnego”) wypadałoby rozważyć następującą hipotetyczną sytuację sceniczną. Oto podczas prób pewnej nowej sztuki współczesnej ceniony i popularny aktor dostaje zadanie zagrania bohatera, na co dzień gorliwego katolika, niestroniącego jednakowoż od uciech doczesnych. Znakiem wiary bohatera jest właśnie różaniec. Reżyser upiera się na eksponowaniu tego rekwizytu podczas przedstawienia. Pytanie brzmi: w której kieszeni aktor powinien nosić różaniec? W prawej czy lewej? W kieszeni spodni czy pulowera, a może w którejś z kieszeni marynarki? Czy różaniec bardziej pasuje do sztruksów czy hamanków? Jakiego obuwia wymaga? I czy aby jednak nie mamy tu do czynienia z profanacją? Bo przecież noszenie go w kieszeni spodni, czyli dość blisko sfery genitalnej, mogłoby godzić w uczucia niektórych widzów. Rozważmy, czy różaniec umieszczony właśnie tam rzeczywiście chroni bohatera przed pokusą, czy wprost przeciwnie – bliskość przyrodzenia hańbi święty przedmiot? I czy w ogóle może być teatralnym rekwizytem? Można kupić zwykły w sklepie z dewocjonaliami czy raczej należy poprosić o jego wykonanie pracownię butaforską?

Poproszony o pomoc ekspert kościelny upierał się, że kieszeń – żadną miarą! Ongiś różańcem się przepasywano, owijano, wieszano na sercu. Albo dyndał sobie dostojnie przy pasie. Reżyser zdecydował się jednak na ulokowanie różańca w kieszeni szortów bohatera (akcja sztuki dzieje się latem w kurorcie nadmorskim), bo przepasany nim aktor jednak nie wyglądałby cool (doskwierał mu niestety syndrom piwnego brzuszka) i mógłby na dodatek zaczepić się o coś na scenie. Ktoś spytał jednak trafnie: „Co się dzieje w chwili, gdy wierzący bohater, bohater obnoszący się publicznie ze swoją religijnością, zaplanuje grzech? Czy miejsce różańca w kieszeni zajmuje na przykład opakowanie prezerwatyw?”. „Prezerwatywy to dzieło szatana” – zawyrokował ekspert kościelny. „A więc sam różaniec!” – zgadza się na ustępstwo reżyser. Burzliwe próby analityczne trwają dalej: dramaturg X proponuje, by w kluczowym momencie bohater, tuż przed uzgodnioną z nową partnerką akcją seksualną, po prostu przekładał różaniec z prawej do lewej kieszeni na znak zawieszenia norm religijnych na circa about 45 minut. Choreograf Y kręci głową twierdząc, że bohater w takim przypadku w ogóle nie zabiera różańca na łowy, wisi on sobie wtedy spokojnie na gwoździu w kuchni.

I to mogłoby być właściwe rozwiązanie, niestety scenograf Z zaprotestował: „Nikt mi nie będzie wbijał gwoździków w dekorację!”. Następnie reżyser i para głównych aktorów długo zastanawiali się nad erotyczną funkcją różańca w seksie przedmałżeńskim, którego smakuje bohater. A zdarzył się on przecież nawet małżeństwu Terlikowskich, jak wynika z wywiadu z panią Terlikowską w „Dużym Formacie”. Aktor sądził, że bohater traktuje koraliki jako oznaczenia kolejnych sercowych podbojów, aktorka podpowiadała sceny z krępowaniem rąk i podduszaniem, przedstawiając stosowną ikonografię przedmiotu. Reżyser spąsowiał i zdecydowanie zabronił takiego scenicznego wykorzystania rekwizytu. W tym momencie przyglądająca się sporowi grupa maszynistów teatralnych zwróciła uwagę reżyserowi, że nie każdy, kto nosi różaniec, musi od razu być katolikiem. Może przejęły go już grupy hipsterskie, może profanacja została zaplanowana i trwa od dłuższego czasu w całej Europie? Jesteście pewni, że warto nosić różaniec na scenie? Czy chcemy kolejnej fali antyteatralnych protestów, przechodzącej przez kraj? Transparentów „Nie rób tego z różańcem”? Ateizacji i seksualizacji Polski różaniec mówi – nie! „Zagrożenie jest całkiem realne” – mówili rozemocjonowani maszyniści. W końcu z lektury felietonu w „Tygodniku Powszechnym” wynika, że w pewnym teatrze były jeszcze do niedawna dwa różańce, a teraz jeden zginął, ukradli, poszukiwania trwają i trwać będą do skutku. I nie wiadomo, czy ukradli, by ochronić święty przedmiot, czy ukradli, żeby sprofanować. Reżyser po długim namyśle przyznał rację głosowi załogi. Różańca w ogóle nie będzie. Postanowiono, że w rzeczonej scenie rozebrani do rosołu aktor z aktorką będą uprawiać najpierw jogging, a potem konwulsyjny seks. O przynależności religijnej bohatera będzie świadczyć wyłącznie tatuaż na pośladku.

20-08-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany Rozbawiony
    Rozbawiony 2014-08-22   20:21:42
    Cytuj

    Dno.

  • Użytkownik niezalogowany B.
    B. 2014-08-22   00:46:12
    Cytuj

    Z przykrością muszę stwierdzić, że dwa ostatnie zdania celnie opisują współczesny polski teatr.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-08-20   12:03:18
    Cytuj

    Drogi Łukaszu, czy czasem nie zajmujesz się głupotami? Ogórki?