AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 22: Kryjówka

 

1.
Kramik z dowcipami jest dzisiaj zamknięty.

2.
W ostatnim bydgoskim spektaklu Mai Kleczewskiej Cienie. Eurydyka mówi aktorzy poruszają się wewnątrz ogromnego akwarium. A może sklepowej wystawy. Od widzów oddzielają ich szyby z pleksi. To przeźroczyste piekło współczesnych Eurydyk. A może tylko jego kolejne piętro, bo przecież kobiety od Jelinek uwięzione są także we własnych ciałach, przemienione w lalki, manekiny, maszyny seksualne, hologramy kobiecości idealnej. Jedna z dziewczyn gotuje się w worku-skafandrze zwanym body-sauna, jej ciało pływa we własnych sokach. Inna zostanie do tego samego worka włożona jak trup, a potem wyjdzie z niego naga, podpisana pustką. Kleczewska po raz kolejny (przecież wcześniej był spektakl Babel i Babel 2, a także Podróż zimowa) destyluje z językowych kaskad austriackiej pisarki wizję plastikowego świata, świadomie dwuwymiarowego, w którym słowo i obraz, nawet najbardziej kliszowe i kiczowate, jest jednak jakąś wartością, bo powstrzymuje śmierć, rozpad, agonię. Kleczewska nie rozwija raz odkrytej w dziele Jelinek teatralnej stylistyki, raczej tylko sprawnie nią operuje. Komponuje teatralne sequele zamiast zmieniać reguły gry, raz po raz zdradzać intencje autorki, sprzeniewierzać się im. Ale jest w tym nieco przewidywalnym przedstawieniu, zepsutym brakiem pomysłu na sceniczne istnienie śpiewającej Kasi Nosowskiej, sekwencja ważna dla mnie choćby tylko z jednego powodu. Klown grany przez Michała Czachora nie umie nawiązać kontaktu z grupką czterech dziewczynek. Nie potrafi ich rozbawić ani odpędzić. Jest błaznem w depresji. Orfeuszem, który zawiódł. Dziewczynki starają się go pocieszyć. Nauczyć żartów. Aż w końcu jedna mówi: „Dobrze, że jesteś smutny. Smutek pozwala nie być”.

3.
Klatka ze spektaklu Kleczewskiej staje się nagle kryjówką z najnowszego przedstawienia Pawła Passiniego i jego Net Theatre. Dziewięćdziesiąt parę osób wchodzi do dusznego, ciasnego pomieszczenia. To pokój Ireny Solskiej, która podczas okupacji ukrywała i pomagała wielu żydowskim dziewczynom, w tym Poli Starzec, cioci reżysera. A jednocześnie bunkier, schron pod podłogą lub schodami, w którym żydowskie dzieci i dorośli próbowali przetrwać wojnę. Schylamy głowy, bo papierowy sufit jest bardzo nisko, właściwie idziemy w półzgięciu, pełzamy po teatralnej podłodze, pilnując bardzo, by nie zawadzić o plątaninę nitek Ariadny, pajęczyn losu rozwieszonych w pokoju. Passini wspólnie z Patrycją Dołowy i czwórką młodych aktorek próbują zrekonstruować to, co mogło się dziać w takich kryjówkach. Jak płynął tam czas? O czym rozmawiano, co myślano? I rozkładają bezradnie ręce. Dołowy mówi wprost: „Działo się nic”. W relacjach Ocalonych akcentowane są tylko zejścia do kryjówki, a potem dopiero wyjścia. W środku jest dziura, pustka, ciemność, straszliwe zero. Jakby czas stanął. Ludzie nie mówią, ale szepczą, nawet w myślach, potem nawet tych myśli nie słychać. Zostaje tylko trwanie. Passini, dłubiąc w rodzinnej historii, pyta, czemu Solska nigdy nie opisała tego zdarzenia ani w listach, ani w pamiętnikach, co wypierała? Nie znajduje odpowiedzi, przyznaje się do porażki, ale pozwala wybrzmieć w tej kryjówce pod podłogą wierszom Wyspiańskiego z Wesela i Sędziów, jakby chciał sprawdzić, co znaczą grane w takim miejscu wielkie role Solskiej – Rachela i Joas. Nie wiadomo, kto wciela się w te postaci: sama chora na Parkinsona Solska, występująca w bunkrach dla ukrywających się Żydów, czy młode dziewczyny spłacające w ten sposób dług wobec aktorki? Akcja w biednym pokoiku holokaustowej wyobraźni zamiera i wtedy zaczynają mówić Dołowy i Passini, pulsuje grana na żywo muzyka, a my, póki nie wyjdzie ostatni widz, słuchamy fragmentów opowieści z kryjówek, najczęściej tych dziecięcych relacji. Jakby starcy, którzy to opowiedzieli twórcom tego spektaklu, wiedzieli, że tylko dziecko mogło zobaczyć, uchwycić kawałek prawdy o tamtym doświadczeniu. I zostają w nas, zagnieżdżają się jak dybuki detale z kryjówkowych strachów i objawień: zapach chleba z przylegającej do getta piekarni, zlizywany przez dzieci z zamarzniętej ściany, ciężar opuchłego języka, który zaspokajał głód. Niemowlak trzymany przez ojca w kanale dwie godziny w wyciągniętych do góry i omdlewających rękach, żeby złapał choć promyk słońca przez szparę. Potargane przez innego chłopca na drobne kawałeczki rodzinne fotografie, które dostał do zabawy, bo trzeba go było czymś zająć podczas ucieczki…

Dziecięce relacje przypominają trochę zabawę z filmu Życie jest piękne. Wielki włoski komik każe swojemu synkowi ukrywać się przed Niemcami, bo przecież wszyscy w obozie grają w tę grę. Ten, kto zwycięży i pozostanie najdłużej niewidzialny, wygra w nagrodę czołg. Ojciec ginie, ale chłopiec doczeka wyzwolenia obozu. Jego kryjówka okazała się idealna. Amerykański czołg przyjechał.

Bohaterowie, o których opowiadają Passini i Dołowy, zachowują się tak, jakby nigdy nie wyszli ze swoich kryjówek. Zmienili po wojnie imiona, wykasowali wspomnienia z nor pod podłogą, udawali szczęśliwych i polskich. Ciało, tożsamość i pamięć stały się ich nowymi bunkrami. Lubelski spektakl nie wyciąga ich stamtąd na siłę – w zamian proponuje inną grę. To my wejdźmy do nich, poczujmy to, co oni mogli czuć. Niech te dzieci wojny choć przez chwilę nie będą tam same.

4.
Rybnik. 10 czerwca, około 6.45 rano. Inżynier z Elektrowni, Krzysztof, wsiada do swojego czerwonego samochodu. Jedzie jak co dzień do pracy, ale przedtem ma zostawić trzyletnią Oliwkę w przedszkolu. Z nieznanych nikomu powodów nie skręca gdzie trzeba, tylko od razu dociera na parking pod Elektrownią. Oliwka siedzi na foteliku na tylnym siedzeniu. Ojciec zatrzaskuje drzwi i wchodzi do budynku. Pracuje pełne osiem godzin. Kiedy wraca, w rozgrzanym aucie nadal jest jego mała córka. Dalej przypięta do fotelika. Zapomniał o niej. Otwiera drzwi, próbuje reanimować dziecko. Bez skutku. Przyjeżdża pogotowie, policja, zbiera się tłum gapiów. Krzysztof wymaga natychmiastowej pomocy psychiatrycznej. W opublikowanym w „Gazecie Wyborczej” tydzień po zdarzeniu reportażu Anny Malinowskiej pojawiają się różne hipotezy: zadziałał jak automat, zapomniał o Oliwce, dziecko zasnęło na tylnym siedzeniu. Ktoś sprawdza, że droga od domu do Elektrowni mogła zająć ojcu ledwie 11 minut. Czy w takim czasie dziecko może zasnąć? Może nie zamienić z tatą ani jednego słowa. Dlaczego w tym aucie panowała cisza? A może Oliwka mówiła, tylko on jej nie słyszał zaabsorbowany pracą, czekającymi go zadaniami? Nikt nie słyszał jej wołającej o pomoc na parkingu, monitoring nie objął tej części placu, na którym stanęło auto, robotnicy nic nie spostrzegli. Oliwka nie umiała sama ani wypiąć się z fotelika, ani odkręcić szyby. Udusiła się, ugotowała.

Pani z przedszkola mówi, że jeździła na balet, była wesoła, rozwinięta ponad wiek. Policja i psychologowie zaświadczają, że „mężczyzna w żaden sposób nie potrafi wyjaśnić, co się stało i dlaczego. Nie szuka usprawiedliwienia. Jest w nim tylko ogromne poczucie winy”. Po wypadku trafił na wiele dni do szpitala psychiatrycznego. Potem zgodził się dobrowolnie poddać karze.

Jarosław Mikołajewski w bardzo szybko napisanym felietonie, bo już z 14-15 czerwca, przywołuje podobne włoskie wypadki i dzieli się swoim strachem, żeby coś podobnego i jego nie spotkało. Żeby nie zapomnieć o psie uwiązanym na mrozie, o dziecku odwiezionym do szkoły, o niewyłączonym gazie. Czym jest ten rodzaj zapomnienia? – pyta. Utonięciem w zabójczych myślach? Pędem, w którym porywają nas praca i obowiązki? I co jeszcze możemy zapomnieć? „Dla ludzi, którzy zapomnieli – współczucie, solidarność, braterstwo. Wobec morderczych przymusów – nienawiść i strach”.

5.
W tej wstrząsającej historii z Rybnika, jak i w opowieściach wojennych Passiniego, znajdziemy trzy niezmienne elementy. Kryjówkę, dziecko i dorosłego, z którego świata przychodzi zagrożenie. Ojcu z Rybnika winniśmy współczucie, bo tamtego feralnego dnia bez swojej zgody i wiedzy wszedł w sam środek mitycznego piekła. Zapomnienie, które go dosięgło, przypomina greckie ate, to samo, jakie spadło na Oszalałego Heraklesa z tragedii Eurypidesa. Przypomnijmy: żona herosa Megara i trzech jej synków chronią się u ołtarza przed samozwańcem Lykosem. Chce przejąć władzę w Tebach, zaraz ich zabije, bo Heraklesa nie ma, poszedł do piekła po Cerbera, uwolnić Tezeusza albo Bóg wie po co. Ale oto zdarza się cud, Herakles powraca w ostatniej chwili, zabija Lykosa, ale nie zabija jego zbrodni. Na dachu pałacu pojawia się bogini szału Lyssa. Posłaniec donosi, że Herakles wpada w furię i nierozumne zaślepienie, wydaje mu się, że ma przed sobą rodzinę swego ciemiężyciela Eurysteusza, który zlecił mu te przeklęte 12 prac. Zabija więc synów i żonę. Jego ojciec, zniedołężniały Amfitrion, ucieka przerażony. A potem boginie dają Heraklesowi sen. Bohater śpi a chór zastanawia się, co powie i co poczuje, kiedy się przebudzi. Ate, zbrodnicze zaślepienie, szał morderczy, który stał się udziałem Heraklesa przychodzi z zewnątrz, nigdy nie zależy od człowieka. I niekoniecznie od bogów. Jest zawsze w równowadze: znikając z jednego miejsca, pojawia się w drugim, uwolnione z głowy jednego szaleńca, rodzi się w mózgu drugiego. W tragedii Eurypidesa Herakles w końcu się budzi, myśli o samobójstwie, ale Tezeusz przekonuje go, że nawet po czymś takim trzeba żyć, należy to przetrzymać, choćby było to doświadczenie nie do wyobrażenia. Trudno pozbyć się uczucia, że Eurypides celowo doświadcza swego bohatera na końcu drogi, już po, u końca w miarę dobrego i bohaterskiego życia. Tylko taka nagroda nas czeka. Wolałbym, żeby tamten Herakles jednak się nie przebudził, śnił dalej w nieświadomości czynu. Wszyscy wolelibyśmy.

6.
To też jest doniesienie z ostatniego roku. Dziecko polskiego rolnika wpadło pod kosiarkę. Mężczyzna zobaczył, co się stało i nawet nie wezwał karetki, policji, nie wołał żony na pomoc. Natychmiast pobiegł do pobliskiego lasu i powiesił się na pasku od spodni. Jedni powiedzą: uciekł od konsekwencji tego, co zrobił, drudzy – nieprawda, on po prostu chciał szybko być po tamtej stronie z dzieckiem, żeby nie było samo, żeby się nie bało. Mam nadzieję, że zdążył, że je dogonił.

Los ojca z tragedii w Rybniku jest straszny. Ale nie mogę przestać myśleć o chwilach, które w pełnej świadomości spędziła Oliwka w tamtym aucie. Czy się obudziła, jeśli spała? A jeśli nie spała, to co robiła? Co mówiła do siebie? Z jakim niewidzialnym przyjacielem rozmawiała? W co się bawiła?

7.
Portugalski spektakl na festiwalu w Bielsku-Białej. Lalkarka, która gra Alicję w Krainie Czarów, animuje swoją bohaterkę w następujący sposób: nogi lalki naturalnego wzrostu są przypięte do jej butów, ręce dziewczyny znajdują się w rękach Alicji. Głowa również żyje: z karku lalki wystaje drążek przypominający trochę uchwyt narciarskiego kijka, trochę ustnik instrumentu muzycznego. Portugalska aktorka trzyma go w zębach albo raczej w zaciśniętych wargach i w ten sposób porusza głową Alicji: potakuje, przeczy, spogląda w niebo i na ziemię. Nie mówi ani słowa, ale przecież ruch lalki jest jej aktorskim monologiem. Portugalska aktorka była młodą, drobną, czarnowłosą dziewczyną, wydawała się młodsza od lalki, z którą się zrosła, której dawała życie. Za którą się chowała.

Z końca lat siedemdziesiątych pamiętam telewizyjny film krótkometrażowy o dziewczynce, którą mama zostawia samą w mieszkaniu w kamienicy na cały tydzień. Nikt się nie może dowiedzieć, że dziecko zostało. Mała ma nikomu nie otwierać, nie hałasować, nie wyglądać przez okno, nie odbierać telefonu. Nie umiem dziś zrekonstruować powodów, dla których tak miało być. Dziewczynka desperacko skupiona na wykonaniu zadania chciała stać się niewidzialna i niesłyszalna. Nie paliła światła. Bawiła się lalką, ruszając bezgłośnie wargami. Zakreśliła kredą na podłodze miejsce, które skrzypi i starannie je omijała. Walczyła z kroplami kapiącymi z kranu. Bała się, że jedzenie sucharów, ugryzienie jabłka ją zdemaskuje. Był w tym obrazie jakiś hipnotyczny urok samotności i ciszy, z której wyłaniały się dziwne gesty i natręctwa, z pozoru nieracjonalne zachowania dziecka. Po jakimś czasie kamera przejmowała jego subiektywne spojrzenie i widzieliśmy tylko palce dziewczynki odmykające ostrożnie judasza, by podpatrzeć, co dzieje się na klatce schodowej, papucie bezszelestnie przesuwające się po podłodze, lusterko sprytnie wystawione nad parapet i pokazujące fragment podwórka. Dla bohaterki tego filmu tygodniowe milczenie, ukrywanie się było rodzajem gry. Albo raczej zabawą w nieistnienie. Bardzo przeżyłem ten film. Nigdy go potem nie odnalazłem. A może nie chciałem.

8.
Wydaje mi się, że wiem… przypuszczam, że mogę… odtworzyć tych kilka pierwszych emocji, jakie czuje dziecko zostawione samo w zamkniętym samochodzie. Miałem może 5 lat, byliśmy z rodzicami na wakacjach. Kemping pod Atenami, nasz samochód (renówka) stoi pod rachitycznym drzewkiem, naprzeciw czteroosobowy namiot z wiatą. Byłem jak zwykle chory, angina, nie pozwolono mi iść na plażę, miałem spać w przewiewnym namiocie. Ale miałem inne plany. Wziąłem swoje zabawki, otworzyłem samochód zabranym z namiotu kluczykiem i wlazłem do środka. Zatrzasnąłem wszystkie drzwi, zakręciłem wszystkie szyby, wcisnąłem nawet bezpieczniki, żeby nikt nie mógł się do mnie dostać z zewnątrz. Pamiętam mamę, która nie rozumiała, co robię i zaniepokojona wołała do ojca, żeby dał jej zapasowe klucze. Stukała w szybę, żebym otworzył, wychodził stamtąd natychmiast, bo się usmażę w środku. W słońcu mogło być przecież za chwilę, w południe, z 50 stopni. Nie otwierałem, nie bawiłem się, pamiętam, że było mi gorąco jak w piecu, cały się spociłem. Coś trzymałem w dłoni, jakąś figurkę, ale nie wiem jaką, bo cały czas jednak patrzyłem przez szybę na świat poza samochodem. Jakbym oglądał film.

I tylko dlatego uchwyciłem ten moment, kiedy zapalił się namiot, w którym miałem spać. Wtedy na kempingu obiad gotowało się na palniku butli gazowej. Nieszczelny przewód, iskra i w sekundę całe skrzydło namiotu staje w ogniu. Z drugiego wybiega pochylony ojciec, który w jakimś irracjonalnym odruchu złapał w rękę płócienną szafkę z plastikowymi naczyniami. Krzyki ludzi, panika, pisk opon odjeżdżających samochodów z sąsiedztwa. W dwie minuty z namiotu zostało tylko wrzące, bulgoczące plastikiem pogorzelisko i przewrócone, osmolone rurki stelażu. Płaty popiołu fruwały potem wokół nas przez długie godziny.

Ja paradoksalnie cały czas byłem bezpieczny w tym rozgrzanym aucie. Stało na tyle daleko, że pożar mi nie groził. Ale nie wyszedłem z niego nawet wtedy, gdy przyjechała straż pożarna. W końcu ojciec znalazł w popiele rezerwowe klucze i wyjęto mnie z mojej kryjówki. Do dziś nie wiem, co się wtedy zdarzyło. Jakie przeczucie mną kierowało? Jaka gra w śmierć mnie ocaliła – w najlepszym wypadku przed poparzeniami? Dziecko, które samo zatrzaskuje się w nagrzanym aucie, przeprowadza przecież coś w rodzaju symbolicznej próby samobójczej. Izolacja od świata jest znakiem nieistnienia, szukaniem stanu niewidzialności, przeźroczystości. Jestem w kryjówce – więc mnie nie ma. Auto, które dla dziecka bywa po prostu kombinacją poruszanych i przemieszczających się w przestrzeni szyb-ekranów, stwarza iluzję bezpieczeństwa. Dziecko zamknięte w aucie staje się bardziej obserwatorem niż jest obserwowane. Te szyby są przecież trochę jak weneckie lustra: nieprzejrzyste, nieprzeniknione z jednej strony. Skoro ja patrzę, a oni mnie nie widzą, mogę bawić się, w co zechcę. Przez kilka, kilkanaście pierwszych minut, zanim temperatura w środku samochodu stanie się nie do wytrzymania, zanim organizm się odwodni, zanim przyjdzie duszność, a potem nastąpi omdlenie, dziecko balansuje na granicy między strachem a wszechmocą. Tak to zapamiętałem: byłem przecież w miejscu, w którym zdarzył się pożar, ale w jakimś sensie on mnie nie dotyczył, byłem poza jego zasięgiem. A jednocześnie bałem się, że mnie nie ma, że nikt mnie nie ratuje, że tak naprawdę jestem tam w namiocie. Tato tak zresztą myślał, wybiegając z płonącego namiotu z tym absurdalnym naczyniowym łupem w ręce, przez kilka sekund był przekonany, że śpię w środku, że on zawiódł, nie wyniósł mnie z ognia. Zamknięte auto, w którym się zatrzasnąłem i z którego nie umiałbym się sam wydostać, uratowało mi życie. Bardzo mi źle, kiedy przychodzą wiadomości o dzieciach, które umarły zapomniane w rozgrzanych samochodach na parkingu. Bo za każdym razem jest tak, jakby moje wspomnienie cudownego ocalenia zostawało przykryte innym, cudzym, w którym na końcu samotnej zabawy czuje się tylko absolutną bezsilność i porzucenie. Moja kryjówka staje się ich pułapką.

9.
Gdzieś na północy Norwegii leśną drogą przez prawie dwumetrowe zasypy jechał sobie pług śnieżny. Nagle uderzył w przeszkodę. Pod śniegiem tkwił samochód osobowy. Kierowca pługa odruchowo zastukał w oszronioną szybę, otworzył z trudem przednie drzwi. W środku zobaczył opatulonego czym tylko się dało mężczyznę. Żył. Powiedział, że spędził w tym aucie całą zimę. Potem okazało się, że jednak kłamał. Ale i tak zatrzaśnięty samochód pod śniegiem był jego kryjówką przez wiele dni.

Są dwie możliwości, kim mógłby być w tej mojej opowieści mężczyzna zatrzaśnięty w aucie pod śniegiem. Ojcem, który kiedyś zostawił dziecko na parkingowym piecu. Albo chłopcem, który takie porzucenie przeżył.

10.
W sztuce Z miłości Petera Turriniego starego, niepotrzebnego, przeźroczystego dla wszystkich ludzi Pana Boga widzi tylko jedna mała dziewczynka. A to rzuci mu cukierka, a to przybije piątkę. Potem tę małą dziewczynkę wraz z matką zarąbie siekierą własny ojciec. W ostatniej scenie krakowskiego spektaklu Iwony Kempy duch dziewczynki przejdzie przez scenę i spyta – nie wiadomo dlaczego zadowolonego z siebie – Pana Boga: „Czemu mnie nie uratowałeś?”. Bóg Turriniego nie odpowiada. Kempa gasi światło i kończy przedstawienie. W scenicznej ciemności Boga już nie ma. Jakby go nie było. Jakby się ukrył. Jakby do jego kryjówki nie docierał już żaden ludzki głos.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany md
    md 2014-09-26   08:54:56
    Cytuj

    A przecież POWINNO BYĆ tak: nauczycielka z przedszkola, do którego miała być zawieziona Oliwka, telefonuje do jej rodziców i pyta dlaczego Oliwka dziś nie przyjechała? Taki telefon uruchomiłby ratunek dla dziecka. Takie standardy obowiązują w wielu krajach w Europie. Dlaczego nie w tym przedszkolu?

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-09-25   14:50:36
    Cytuj

    Łukasz, rany boskie, czemu nam głowę zawracasz tą wariatką Jelinek. I jej do dna komercyjnymi odzwierciedleniami w naszym postępowym tingel-tangu? Przecież masz do powiedzenia tyle spraw istotnych.