AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 23: Gdzie pani jest? Czy pan istnieje?

Ja jestem Kasia z Heilbronnu, reż. Aneta Adamska,
Galicyjskie Towarzystwo Edukacyjne GATE
i Teatr Przedmieście  

1.
Kryzys krytyki teatralnej postępuje. Przechodzimy w tak zwaną fazę świadomej niewidzialności. „Gdzie pani jest? Na jakim księżycu z papieru?” – pytał parę tygodni Magdę Piekarską temu rozeźlony Jarosław Fret, reżyser, szef teatru ZAR, a w wolnych chwilach kurator nad kuratorami wrocławskiej ESK. Piekarska – ostro oceniająca program imprezy, krytykująca kreatywność organizatorów i zmiany w projekcie – zdaniem Freta nigdy nie chciała z nim rozmawiać, nie spotkała się z nim; jak chciał sam poszukać krytyczki i dziennikarki okazało się, że akurat rozwiązano wrocławską redakcję „Gazety Wyborczej”. Dlatego Jarosław Fret nawet nie wie, jak jego antagonistka wygląda. Jak się domyślam, przeszukiwanie fotografii w Googlach nic nie dało, na podstawienie wywiadu środowiskowego nie dało się sporządzić portretu pamięciowego krytyczki. Rozumiem, czemu Piekarska wybrała przeźroczystość. Lubimy być jak niewidzialny zabójca. Marzymy, by w pelerynce niewidce zasiąść na widowni podczas prób teatralnych, być przy podejmowaniu najważniejszych decyzji budżetowych, posłuchać, co naprawdę myślą o nas chwaleni zwykle artyści. Anonimowość Piekarskiej kojarzy mi się z przypadkiem, w którym w teatrze w Kielcach nie rozpoznano Joanny Derkaczew i publicznie powątpiewano, czy była na przedstawieniu, z którego napisała recenzję. Dziś Aśka po zamążpójściu podpisuje się „Joanna Crawley” i nawet ja miałem kłopoty z rozpoznaniem, kto zacz. Gorsze od niewidzialności jest tylko mylenie krytyka z kimś innym. Całe lata mylono mnie z reżyserem Łukaszem Czujem: lubiłem jak gratulowano mi spektaklu, wielokrotnie spontanicznie proponowałem angaż różnym osobom. W Brześciu rozdawałem autografy białoruskiej młodzieży jako słynny włoski inscenizator (zgubiła mnie opalenizna). Ostatnio w Poznaniu skojarzono mnie nawet z krytykiem Stefanem Drajewskim. Jako Drajewski przyjąłem gratulację za książkę i już nawet chciałem ją pewnej miłej pani podpisać, ale kolega krytyk mnie wsypał. W Rzeszowie przechodząc koło grupy rozbawionej młodzieży dresiarskiej usłyszałem: Jacyków. Zrobiło mi się naprawdę przykro: stylizacja stylizacją, ale gdzie oni mają oczy, całe moje ubranie kosztuje tyle co czapeczka Jacykowa. Jacyków. Może to jest jakieś rozwiązanie. Kiedy za jakiś niewinny żart będzie mnie poszukiwał Jarosław Fret, odpowiem z udanym oburzeniem: „Proszę pana, nie wiem o kogo panu chodzi, ja jestem znanym projektantem. Wystarczy spojrzeć na moją smukłą sylwetkę…”.

2.
W Rzeszowie na Reformackiej schodzę do piwnicy teatru Przemieście. Reżyserka Aneta Adamska, pomysłodawczyni festiwalu Źródła Pamięci, już chodzi po scenie na bosaka, w czarnej sukience, szpilki rzuciła pod stolik, gawędzi z widzami, narzeka, że wszyscy widzowie poleźli oglądać finałowy mecz siatkarzy. Teatr zagra dla gości festiwalowych. Ze spektakli Przedmieścia najbardziej lubię te osobiste, wysnute z rodzinnych historii Adamskiej, relacji babci i matki o dramatycznych zdarzeniach z narodzin, podróży, dorastania. Teraz w Ja jestem też opracowuje teatralnie epizod ze swojego życia. Wspólnie z trzema aktorami wnosi na scenę drewnianą skrzynię-trumnę. Jasne deski, zatrzaśnięta na głucho. To kufer podróżny, jedyny mebel w domu, grób rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym. Na scenie bawi się ośmioletnia dziewczynka, czeka, aż wróci mama. Ale powrotu nie będzie, gadający jak w prozie Myśliwskiego lub Kawalca dziadkowie radzą, by dzieckiem zaopiekował się brat. Właśnie ma się żenić. I wtedy zaczyna się historia Adamskiej. Bo to ona została macochą, taką niby-matką. W kilku etiudach pokazuje swoją niepewność z przeszłości, wahanie, po co jej ten obowiązek, dlaczego nagle musi sprostać wyobrażeniom dziewczynki o lepszej, poprawionej wersji matki, która umarła. Adamską zastępuje na scenie młoda dublerka, z trumny zostaje wyjęta suknia ślubna, dziewczynka przebiera matko-siostrę-koleżankę za pannę młodą. Aktorzy Przedmieścia inscenizują przyjęcie weselne. Wodzirej z nosem klowna organizuje gry i zabawy, a nowożeńcy i adoptowana dziewczynka wszystko robią w trójkę. Adamska włazi na scenę i śpiewa szlagier Cudownych rodziców mam. Fałszując, brudząc melodię, rzucając do mikrofonu, że nigdy nie lubiła tej piosenki. To dziwny spektakl. Przerwany pytaniami zespołu – w którym gra syn reżyserki – „To się zdarzyło naprawdę? Mamo, co się teraz dzieje z Madzią?”. Adamska nic nie mówi wprost, nie ma monologu tłumaczącego jej uczucia w stosunku do przyszywanej córki. Ale widzimy sceny pełne nieufności i pretensji. Bije z nich żal zbyt szybkiej dorosłości, złości na niechcianą rolę. Pojawiają się pretensje dalszej rodziny, oskarżenia o brak miłości wobec dziecka. Chyba tylko Biljana Srbljanović w Barbelo, o psach i dzieciach dotknęła podobnego tematu. Rzeszowski spektakl jest historią intymną, relacją z własnych niedoskonałości, braku empatii, niemożności udźwignięcia odpowiedzialności za kapryśnego i roszczeniowego dzieciaka. „Kiedy zaczyna się miłość, na czym się ją buduje?” – pyta Adamska. Kobieta w jej spektaklu musi poświęcić się jako opiekunka, wejść w nieswoją rolę. Tak, podjęty przez Adamską temat i forma spektaklu czasami przypomina seans terapeutyczny, ale z drugiej strony mocno zakotwicza go w tradycji teatru autorskiego. Każdy epizod z życia artysty jest ważny, o ile posłużył do formowania świadomości. W Ja jestem nie ma lukru i happy endu, nieufność między dziewczynką a niby-matką nie została nigdy przełamana. „Co czuję? Co mi się zdarzyło? Jak o tym opowiedzieć?” – zastanawia się między wierszami reżyserka, śpiewając ostatnią piosenkę w spektaklu. Znów – nieporządnie, niemiło. Ten wokal jest taki, jak natura naszych wspomnień i doświadczeń. Coś w nas gra i śpiewa, ale to nie bywa ładne, bywa niemiłe i przykre. Trzeba mu pozwolić wybrzmieć, by nas nie udusiło.

3.
Jak to się mówi – dostałem cynk. Najpierw przyszedł esemes z nieznanego numeru. Wypełniając zapisane w nim polecenie, wyszedłem o północy na róg Francesco Nullo i Alei Pokoju. Lało jak z cebra. Narzuciłem dresowy kaptur na głowę, zapaliłem biełmorkanała i tupiąc adidasem w mokry chodnik, czekałem cierpliwie. Nic się nie działo, samochody jeździły z rzadka, oblewając fontannami wody pobocza jezdni. Jeden z nieoczekiwanych strumieni oczywiście zalał mi twarz, zmoczył brodę i zgasił bezfiltrowego killera w ustach, ale zaraz odwróciłem się, zrobiłem daszek nad zapalniczką, pstryk, żar i dym znowu w płucach. Odkaszlałem swoje. Dalej nic się nie działo, tylko zamaskowani niemal tak dobrze jak ja kibice Wisły pisali po moim bloku jak zwykle: „Żydy do gazu”. Słowem – osiedlowa sielanka. Już nawet nie chciało mi się dzwonić na policję. I tak zdążą uciec. Spojrzałem na zegarek – minęło wpół do pierwszej. Kiedy podniosłem głowę, on już stał przy mnie. Nie pamiętam, czy miał wąsy, czy silny damski makijaż. Z ciemności patrzyły na mnie świdrujące oczy człowieka o głęboko zranionym poczuciu sprawiedliwości. Cichym głosem wyjawił mi, w czym rzecz. Otóż zdaniem mojego informatora (oznaczmy go kryptonimem Głębokie Gardło II, w odróżnieniu od Głębokiego Gardła I, który pojawił się w jednym z poprzednich Kołonotatników) w Radiu RDC zagości wkrótce cykliczny program zatytułowany Homolobby. Poprowadzą go Maciej Nowak i Mike Urbaniak. Tak jak i mojego informatora, trochę zmroziła mnie nazwa. Choć wierzę, że audycja będzie miała nerw. Co planują dzielni redaktorzy? Jak chcą sprofilować swoją audycję? Czy ma to być pierwsze w polskim eterze miejsce środowiskowych, bezpłatnych coming outów? Już raczej wolałbym, żeby demaskowano w nim pedałożerców, wyzłośliwiano się nad homofobicznymi wypowiedziami artystów scen polskich. Układano ranking najlepszych polskich gejowskich reżyserów, polecano knajpy, w których bywają. Głębokie Gardło II ostrzegał mnie jednak, że być może ukrytym celem obu redaktorów jest analizowanie homoseksualnych akcentów w tekstach polskich krytyków: Wezmą na przykład pod lupę 3. i 15. odcinek Kołonotatnika i masz Drewniak w parafii przekichane! Na mojej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. W końcu spontanicznie reprezentowałem już homolobby w dyskusji z Joanną Szczepkowską w programie pierwszym Polskiego Radia. A parę lat temu w telewizyjnej Redakcji Kultury w konfrontacji z maczystowskimi osobowościami Piotra Najsztuba, Jakuba Żulczyka, Mikołaja Lizuta, Tymona Tymańskiego dzielnie grałem rolę samca omega. Nie doczekawszy się podziękowań, mój informator zniknął w mroku nocy. Lunęło mocniej, rzuciłem szluga w kałużę i wracając mokry do domu, zacząłem układać w głowie moje kontrpropozycje dla obu redaktorów. Bo właściwie ich pomysł jest fajny i bardzo pożyteczny, tylko trzeba go lekko przemodelować.

Bardzo chciałbym poprowadzić z Maciejem Nowakiem program radiowy zatytułowany Grubolobby. Ważylibyśmy dyrektorów scen polskich, dyskutowali nad sensownością diety wysokotłuszczowej. Żal by nam było każdego utraconego kilograma Moniki Strzępki, o którym wspomniała w wywiadach, studentów PWST z widoczną nadwagą zachęcalibyśmy do wytrwałości, przecież wszyscy w teatrze, a zwłaszcza na scenie nie mogą być szczupli, bo z daleka, z ostatniego rzędu nie widać byłoby, kto kogo gra. W każdej dobrej komedii musi być jeden grubas. Śmiech jakoś tak w sposób naturalny przylega do pełnych kształtów. Grubas czarny charakter to już prawie rzadkość, zawód ginący. Wbrew politycznej poprawności wyliczalibyśmy wielkich polskich aktorów o niestandardowej wadze. Skoro nasze społeczeństwo tyje –argumentowalibyśmy – niech reprezentują je na scenie odpowiedni aktorzy dobrani do ról w kategoriach wagowych. Dlaczego dokonujemy dyskryminacji nie tylko ze względu na płeć i orientację seksualną, ale także ze względu na wagę? Czemu dodatkowe kilogramy kojarzą się u nas na Zachodzie z biedą, a na Wschodzie z zamożnością? W Grubolobby mógłbym wreszcie czytać w odcinkach mój legendarny w pewnych kręgach tekst 10 sposobów wykorzystania grubasa na orgii, na którego publikację redakcja teatralnego.pl się nie zgadza, twierdząc, że to jednak megaobciach. W Grubolobby nie mielibyśmy tych obiekcji. W końcu byłaby to audycja walcząca.

Z kolei z Mikiem moglibyśmy prowadzić audycje Łysolobby, bo obaj nie mamy włosów na głowie, a i moglibyśmy się przekomarzać na antenie, kto jeszcze i gdzie ma ich mniej. Na wzór dawnych reporterskich śledztw Urbaniaka, szukającego najbardziej seksownej sceny w Polsce, wybieralibyśmy najbardziej łysą scenę w kraju. Zrobiłem kiedyś ranking najlepszych polskich aktorów młodego pokolenia; kiedy tekst się ukazał z doklejonymi przez redakcję zdjęciami bohaterów, z przerażeniem stwierdziłem, że cała dziesiątka jest ostrzyżona na zero albo ma zaczątki łysiny. Jak znam życie, Mike musiał też kiedyś złapać się na takiej predylekcji. Dzielilibyśmy się ze słuchaczami różnymi błyskotliwymi uwagami – co naprawdę oznaczał tytuł zbioru felietonów Zygmunta Hübnera Loki na łysinie? Badalibyśmy z Mikiem, co naprawdę łączy dyrektora Szydłowskiego z Krakowa z dyrektorem Orzechowskim z Gdańska. Czy łysy dyrektor bardziej prężnie prowadzi swoją placówkę niż dyrektor owłosiony, bo mniej czasu schodzi mu na pielęgnację fryzury? I czy łysi z wyboru reżyserują inaczej, bo nie mogą na przykład na próbach rwać sobie włosów z głowy, przerażeni tym co wyprawiają aktorzy? Co czytają, co jedzą, jacy są w łóżku? Łysi, łysi, łysi.

Zamykałem właśnie drzwi wejściowe i zrzucałem z siebie mokry dres, kiedy naszła mnie myśl, że medialna kariera hasła Homolobby przy całkowitym negowaniu wagi zjawiska Łysolobby i Grubolobby to jednak jest jakiś przejaw teatralnej i środowiskowej dyskryminacji.

4.
O nieodżałowanym, bo odwołanym An evening with Al Pacino pisze zabawnie Janusz Majcherek w swoim ostatnim felietonie na teatralnym.pl. Gratulując Januszowi refleksu rewolwerowca, bo refleks w naszym zawodzie to podstawa, zastanawiam się jednak, czy my dobrze robimy, że z tej imprezy żartujemy. Bo może sprawa jest poważna. Czym to zdarzenie miało być i co się naprawdę wydarzyło w chwili, że tak powiem, braku wydarzenia? Wielki i chyba bogaty aktor naprawdę zgodził się na robienie sobie za pieniądze „słit foci” z polskimi widzami w foyer, pogaduchy w podgrupach na stojaka: How are you, You look great, We all love you, Al itd. itp. Dla najdzielniejszych i najzamożniejszych miał być przejazd limuzynami na trasie Teatr Narodowy – Hotel Bristol, kolacja za 5 tysiów z Alem przemieszczającym się od stolika do stolika. Czytałem kilka razy opowieści organizatorów, lecz dopiero teraz po odwołaniu imprezy tracę wiarę, czy to wszystko było możliwe. Kto odwołał Wieczór z Pacino? Firma, bo nie wyprzedano sali? (Prasowe komunikaty, że wyprzedano już najdroższe bilety, to przecież stara zasada marketingowa!). Al, który zaśpiewał bajońską sumę za taki eksces – powiedzmy milion dolarów, pół miliona, dwieście tysięcy? Czy to w ogóle, wliczając honorarium dla brytyjskiego dziennikarza, mogło się zbilansować? Jakie straty ponieśli organizatorzy, czy zapłacono Narodowemu za rezerwację sceny, ile potrwa zwrot kupionych biletów? Czy wobec klapy pierwszej odsłony projektu ktoś pokusi się o powtórkę za rok? Czy widzowie uwierzą jeszcze raz, że rozmowa się odbędzie? Co działo się z wpłaconymi na konto firmy pieniędzmi od widzów? To wszystko są kwestie do rozwiązania w trakcie dziennikarskiego śledztwa. Mam nadzieję, że ktoś pójdzie tym tropem. Hipotezę, że Al Pacino zrezygnował z przyjazdu do Polski, bo wzruszył go los pewnej obrabowanej z jego powodu dziewczynki z Krakowa, zdecydowanie odrzucam. Tak, Al Pacino czyta Kołonotatnik, ale raczej nieregularnie. Ostatnio w mejlu gratulował mi tekstu o siusiakach.

5.
Na festiwalu „Źródła Pamięci. Szajna – Grotowski – Kantor” trwa wspominanie trzech wielkich artystów związanych z Rzeszowszczyzną. I szukanie tego, co dla nich wspólne – atomu dzieciństwa, genu bezkompromisowości, doświadczenia wojny. Im bardziej kiedyś chcieli się od siebie odróżnić, rywalizowali, zazdrościli sobie, tym bardziej są dziś do siebie podobni. Wspólni. Nie w ideach, kierunkach poszukiwań, pracach scenicznych, tylko w postawach, konsekwencjach działań i wreszcie w trwającym już procesie naturalnego zapominania ich teatru i ich jako konkretnych ludzi. Nie chodzi o to, czy zamiera recepcja ich dzieł i myśli; chodzi o oddalenie, w którym z człowieka zostaje tylko anegdota i zaskakujący detal. Gdzie pan jest, panie Kantor? Czy i jak pan jeszcze istnieje, Szajna? Jak szukać życia w Grotowskim, w jego pismach, testamencie, pracach kontynuatorów jego linii?

Trzy obrazy kołaczą mi się w głowie. Tadeusz Kantor rysujący w swoim mieszkaniu na poddaszu przy ulicy Siennej dwa gołąbki na dachu. Szkic jest datowany na dzień przed jego śmiercią. Jeśli widziało się choć jeden obraz Kantora, trudno nie okazać zdziwienia. To jakby studencka wprawka, jakby u końca drogi malarz zapragnął czegoś bardzo prostego. Gołąbki narysowane są klasyczną, tradycyjną kreską, realistycznie, naiwnie, mogliby sprzedawać ten obraz przy bramie Floriańskiej.

I jeszcze przeczytane gdzieś wspomnienie chyba Janusza Deglera o tym, że Jerzy Grotowski podczas jednego z ostatnich pobytów w Polsce prosił go o zdobycie w antykwariacie pierwszych polskich wydań powieści Karola Maya. Chciał wrócić do lektur dzieciństwa. I wspomnienie Ludwika Flaszena o wizytach Grotowskiego w jego mieszkaniu, po których trzeba było wietrzyć pokój, bo silnie pachniało moczem. Tak pocił się chorujący na nerki reżyser.

Notka prasowa sprzed kilku tygodni o tym, że nie będzie procesu dyrektora Muzeum Historycznego w Auschwitz. Znalazły się zgubione spodnie od pasiaka, wypożyczone ongiś z jakiegoś niemieckiego muzeum. Okazało się, że znalazł je syn Józefa Szajny w rzeczach po ojcu. Nie wiem, jak te spodnie trafiły do Szajny, czy je pożyczył, czy ukradł. Ale prześladuje mnie ta wizja – stary Szajna pakujący ukradkiem w Oświęcimiu pasiak do torby, kryjący się przed muzealnymi strażnikami. Jakby zabierał coś swojego, coś, czego potrzebuje do ostatniego projektu. A potem w domu, w pracowni, wyciągał je pomięte, wąchał, prasował, zakładał, badał fakturę materiału. Może chciał je spruć do cna, wyciągając nitkę po nitce, może chciał te nitki przylepić do obrazu, obwiązać nimi rzeszowskich aktorów w ostatnim przedstawieniu. Nie wiem. Nikt nie wie. Nikt się nie dowie. Spodnie są całe. 

6.
Lech Raczak właśnie napisał, że mamy w nosie Odin Teatret i że nikogo z nas, krytyków, nie było na wrocławskim festiwalu ku czci tej wielce zasłużonej grupy. A może byliśmy, tylko – niewidzialni?

7.
I tak mam u Ósemek przerąbane, więc to powiem. Niezaproszenie w jakiejkolwiek roli Lecha Raczaka na jubileusz 50-lecia Teatru Ósmego Dnia jest jednak przegięciem. Jest naprawdę małostkowe. Cokolwiek by się w przeszłości nie wydarzyło, jak wielkie byłyby podziały między aktorami i ich dawnym liderem, do takiego rocznicowego spotkania powinno dojść. Nawet jeśli miałoby się skończyć awanturą i praniem brudów z przeszłości. Historia teatru, każdego teatru, to w końcu także historia sporów ideowych, artystycznych, personalnych. Rozstań, powrotów, złości i obrażania się na zawsze. Dzielenia, co było twoje, a co było nasze. Ale są takie momenty, kiedy można to wszystko na chwilę, na parę dni zawiesić i porozmawiać – czym był i jest ten teatr. To nie byłoby tylko zderzenie wspomnień i racji, to byłaby prawdziwa dyskusja o drogach, jakie twórcy teatralnej alternatywy wybierali w latach osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i teraz. Raczaka nie ma już w Ósemkach, jeśli dobrze liczę, prawie 20 lat. Zespół zbudował nową tożsamość, ale reżysera z jego historii wymazać się nie da. Ta nieobecność będzie uwierać. Choćby tylko mnie jednego. Dlaczego w Polsce spotykamy się tylko na pogrzebach?

A tak swoją drogą – udało się! Ósemkowy Festiwal Okupacyjny odbędzie się, teatrowi udało się zebrać na portalu crowdfundingowym deklarowane 6 000 zł na opłaty drobne – noclegi i dojazdy panelistów. 24 godziny przed końcem akcji 111 internautów wpłaciło 6 476 zł. Podaję stan konta na PolakPotrafi.pl, bo może ktoś jeszcze sypnie groszem do okrągłej sumy. Rozmawiałem z córką. Nie da. Po moim niedawnym żarciku, że dla Ala Pacino ogołociłem jej skrytkę z przechowywanych tam od lat pieniążków, nie wiadomo dlaczego zmieniła jej lokalizację. Na ile już zdołałem się zorientować, te dwie stówy są chyba w bieliźniarce.

1-10-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Paweł
    Paweł 2014-10-01   13:44:37
    Cytuj

    Spotkanie z Alem Pacino miało się odbyć w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej.