AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 25: Fikcja

 

1.
Analizując wnikliwie dość zaskakujące reakcje na kilka moich ostatnich tekstów ogłaszanych pod szyldem Kołonotatnika zauważyłem, że czytelnicy portalu teatralny.pl mają, tak jak my wszyscy w Polsce, niejakie problemy z fikcją. Z odróżnieniem, co jest zmyśleniem, hiperbolą, grą z konwencją. Skoro wszystko wokół nas jest w jakimś stopniu nieprawdziwe, skłamane, zaaranżowane, niejako automatycznie chcemy wierzyć we wszystko, co się napisze lub powie. A właściwie wierzymy i nie wierzymy. Podejmujemy grę. Bo jeśli on tak naprawdę… Bo może rzeczywiście… A gdyby tak… Niemożliwe, żeby on… Kiedy fikcja jest zbyt bezczelna, kiedy modyfikuje obszary nie tylko tekstu, ale i rzeczywistości, nakładając maskę na osobę lub zdarzenie znane skądinąd, mimo to – a może właśnie dlatego – pozostawia się zawsze pole manewru czytelnikowi. Bo wtedy to od niego zależy, co uzna za prawdę. Niczego nie sugeruję, ale warto czasem zastanowić się, czy aby na pewno podmiot liryczny czegokolwiek, nie tylko mojego tekstu, bywa zawsze tożsamy z autorem? Czy jeśli w tekście pada jakieś wyznanie, to od razu trzeba to wyznanie klasyfikować jako fakt niepodważalny? Ejże, nie tak się bawimy! Oczywiście w jedne stwierdzenia uwierzyć łatwiej, w inne trudniej. Tylko że skądinąd słuszny pogląd postaci fikcyjnej zamieszkującej tekst niekoniecznie jest jedynym obowiązującym autora, wszak może on dopuszczać do głosu także poglądy niesłuszne i prezentować je w swoim tekście na równych prawach. Fikcja to bardzo przestronne podwórko. Może na nie wjechać ciężarówka kłamstw, przyczołgać się glista prowokacji, może przeskoczyć przez mur najprawdziwsza prawda. W związku z tym mam dla Państwa przykrą wiadomość: niniejszego, jubileuszowego 25. odcinka Kołonotatnika zwyczajnie nie ma. Tylko wydaje się Państwu, że go czytacie.

2.
Nie sądziłem, że tego dożyję. Pewien zasłużony teatr offowy średniego pokolenia zagrał farsę. Przepraszam – rozciągnięty do czterdziestu minut kabaretowy skecz. Taki, jakie taśmami suną po antenie Dwójki lub TVP Rozrywka. Jakby go zagrali Paranienormalni, Neo-Nówka lub Kabaret Moralnego Niepokoju w słabszej formie. Na scenie czterech aktorów, szkicowa intryga służąca jako pretekst do żartów z transseksualistów, Niemców, alkoholików i pracoholików. Humor rubaszny, ale rzeczywiście zaraźliwy. Aktorzy sprawni, w dwóch przypadkach nawet zdumiewająco sprawni, naturalni, rozumiejący tak zwaną grubą konwencję. To nie tak, że off takich rzeczy grać nie może, że off do pewnej stylistyki się nie zniża. A niech się zniża, byle po coś. Jeśli już nie możecie być inni niż mainstream, bądźcie przynajmniej mądrzejsi, chciałoby się powiedzieć dzisiejszym, ostatnim już przedstawicielom alternatywy. Można grać grubo i do śmiechu pod warunkiem, że to do czegoś prowadzi. Chcecie żartów z chłopów przebranych za baby i stereotypów narodowych, to zamiast nobilitować marny, amatorski tekst, sięgnijcie po sztuki Demirskiego, skecze Pythonów, scenariusze Almodóvara! Patrzyłem na to zdarzenie artystyczne w osłupieniu, rechot zamierał mi na ustach, grzązł w gardle, rzęził w bebechach. Na przekór całej sali próbowałem się nie zarazić śmiechem. I rzucałem w wyobraźni gromy na reżysera i jego aktorów. Mimowolnie wszedłem w role profesora Śliwonika, który piętnaście lat temu strofował offowców, co wypada, a czego nie wypada mieć w repertuarze. „Po co ścigać się z teatrem repertuarowym?” – pytał kiedyś retorycznie na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych. „Nie jesteście teatrem amatorskim, amatorski teatr naśladuje teatr zawodowy, wy jesteście inni, bądźcie wierni stylistyce ruchu, Ósemkom, Akademii, Provisorium…”. Wtedy wydawało mi się, że profesor przesadza z ortodoksją, dziś wierzę, że miał rację. Nie zdradzę, co to był za teatr, kto reżyserował i na jakim festiwalu to widziałem, bo nie ma co znęcać się nad błędem repertuarowym, wpadką wizerunkową zasługującej dotąd na mój szacunek grupy. Pewnie – był to szacunek nieco na odległość, oparty o pamięć spektakli sprzed 10 lat, lekturę recenzji prac z ostatnich lat. Ale był. Teraz pomyślałem sobie: a co, jeśli oni to grają na co dzień dla swojej publiczności? Jakie stereotypy utrwalają? Czemu zapomnieli, co to znaczy mądry, anarchistyczny śmiech? Nie wiem, może to było zielone przedstawienie, produkt uboczny jakiegoś jubileuszu, który przetrwał w repertuarze za długo. Jestem jednak pewny, że off nie powinien pokazywać się w takim wcieleniu. Choć mógłby, choć ma ku temu środki, a jego publiczność byłaby wniebowzięta. Tak samo przecież studenci PWST mogliby grać w ramach zawodowego treningu i z błogosławieństwem kadry pedagogicznej w kręconych na terenie szkoły filmach pornograficznych, bo co jak co, ale to doświadczenie przydałoby się młodym aktorom ze względu na poszukiwania współczesnego kina i teatru. A jednak nie grają. Swego czasu aktorzy Teatru Witkacego w Zakopanem przygotowali na któreś tam urodziny swego teatru zaskakującą i będąca do końca tajemnicą tak samo dla widzów, jak i dla dyrektora Andrzeja Dziuka nową premierę – uwaga, Mayday, Mayday Raya Cooneya. Wyszło przezabawnie. Pomyślcie – wamp modernizmu Dorota Ficoń jako żona zdradzana przez taksówkarza!? Dziukowi żart się spodobał, ale spektaklu nie grano regularnie. Szef Zakopiańczyków uznał, że nie uchodzi. I miał rację. Szef i główny reżyser każdej offowej grupy powinien mieć w sobie podobne pokłady odpowiedzialności. Za gust swoich aktorów i swoich widzów. Inaczej jego niezależność od głównego nurtu, postulowana inność będzie zwyczajną fikcją.

3.
Nowi dyrektorzy Teatru Polskiego w Bydgoszczy napisali list do swoich widzów, do sympatycznych bydgoszczan, i szerzej: do wszystkich obywateli RP, którzy zamierzają w nieodległej przyszłości odwiedzić to piękne miasto i jego scenę reprezentacyjną. List jest w języku polskim, więc nie dotyczy chyba zagranicznych turystów ani nie jest skierowany do grona demonstracyjnie nieuczących się polskiego ekspatów i imigrantów politycznych i zarobkowych, co w kontekście postulowanej przez nową dyrekcje idei „glokalności” (globalnej lokalności) nieco dziwi. A jednak list ma charakter pionierski. Cytuję go z niewielkimi skrótami i oznaczam boldem interesujące mnie fragmenty:

Szanowni Państwo,
wraz z początkiem sezonu 2014/2015 objęliśmy dyrekcję Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Nie chcielibyśmy jednak, aby publiczność TPB sądziła, że program, który przedstawiamy, jest wyłącznie naszym dziełem. Teatr nie jest i nigdy nie będzie działalnością indywidualną, tak jak spektakl nie jest wyłącznie działaniem reżysera. (…) Nowy zespół programowy Teatru tworzą: Marta Keil, Agnieszka Jakimiak, Dorota Ogrodzka, Agata Siwiak, Joanna Krakowska. Współtworzyć Teatr Polski w Bydgoszczy wraz ze stałym zespołem będą: Iga Gańczarczyk, Wiktor Rubin, Jolanta Janiczak, Michał Borczuch, Tomasz Śpiewak, Weronika Szczawińska, Agnieszka Jakimiak, Agata Maszkiewicz, Michał Korchowiec, Anna Maria Kaczmarska, Agata Skwarczyńska, Krzysztof Kaliski – wybitni twórcy młodego pokolenia: dramaturdzy, reżyserzy, scenografowie, kompozytorzy.
W najbliższym sezonie Teatr zmieni obszary swojego zainteresowania, zwróci uwagę na zdecydowanie zbyt słabo dotąd w Polsce zauważaną tematykę globalną, podejmie toczącą się szeroko debatę na temat demokracji, będzie zastanawiać się nad możliwościami utopijnych rozwiązań społecznych, ekonomicznych i politycznych. (…) Wspólnie będziemy także przyglądać się samej instytucji teatralnej i temu, jak funkcjonuje – w kontekście współczesnej kultury, polityki, ekonomii.
Myślimy o Teatrze Polskim jako o instytucji demokratycznej, otwartej dla wszystkich. Nie chcemy stwarzać dla naszych odbiorców barier, łącząc zarazem potrzebę udziału w debacie publicznej, jak i ambicję tworzenia dzieł o wysokiej jakości artystycznej. Zależy nam na tym, żeby wszyscy czuli się w Teatrze swobodnie, uczestnicząc w jego działaniach i wymianie myśli na równych prawach.
Chcielibyśmy, by Państwo wiedzieli, że Teatr Polski to miejsce, gdzie można przyjść o każdej porze dnia i zawsze zastanie się drzwi otwarte. Będzie można się tu spotkać, porozmawiać, wziąć udział w warsztatach i programach edukacyjnych, wspólnie obejrzeć filmy, posłuchać muzyki, debaty albo przy filiżance kawy poczytać jedną z wielu udostępnionych Państwu książek.
W naszym przekonaniu teatr nigdy nie jest dziełem indywidualnym: powstaje w wyniku pracy zespołowej. Oznacza to również, że relacje z publicznością nigdy nie mogą być budowane jednostronnie. Zwłaszcza, gdy mówi się i pisze o przywiązaniu do reguł demokratycznych. Oczekujemy więc na Państwa z niecierpliwością. Zachęcamy do włączania się w nasze działania i do rozmowy z nami: wymiany pomysłów, idei, myśli i inspiracji. Mamy nadzieję, że wspólnie stworzymy nową jakość bydgoskiego teatru.
Z wyrazami szacunku, Wasi
Paweł Wodziński, Bartosz Frąckowiak

Nie mogłem nie odpowiedzieć na apel obu Dyrektorów…

Szanowni Panowie Nowi Dyrektorzy Teatru Polskiego w Bydgoszczy!
Z zainteresowaniem przyjąłem Wasze propozycje dotyczące konieczności wprowadzenia zmian w relacji widz-artysta, widz-instytucja teatralna. Pragnę oto publicznie przyklasnąć niektórym Waszym ideom!
Czy naprawdę będzie można przyjść do Waszego teatru o każdej porze dnia? Interesuje mnie szczególnie przedział czasowy 10 wieczorem – 5 rano. Znudziły mi się już poczekalnie dworcowe, a i hotel Brda jakby nieco droższy. Może zamiast brać nocleg lub snuć się bez celu po mieście będę mógł spędzić w Waszym teatrze intensywną intelektualnie noc? Czy na terenie teatru działa wi-fi? Co oprócz kawy możecie zaoferować swoim gościom? Teatralny bufet będzie otwarty czy mam się zadowolić tylko automatem z napojami w foyer? Czy mogę przynieść własne kanapki? I najważniejsze: z kim konkretnie będzie można wymienić poglądy na tematy globalne o tak późnej porze? Planujecie dyżury czy raczej, co interesowałoby mnie bardziej, gościom będzie wolno wybierać dyskutantów z załączonej listy współpracowników teatru? Ja na przykład chciałbym porozmawiać z Michałem Korchowcem o inwazjach kuszyckich na Egipt w X wieku p.n.e; w końcu były to pierwsze inwazje z południa na północ, a jak słyszę, ten podział konfliktów światowych interesuje Was bardziej niż ta nudna i przewidywalna dychotomia Wschód – Zachód. Warto przedyskutować, od czego to się wszystko zaczęło, prawda? Czy godzina 0.30 będzie panu Michałowi odpowiadać? Ciekawi mnie również, czy wspomniane przez Was „przyglądanie się instytucji teatralnej” będzie trwało dłużej niż kwadrans? Na którą konkretnie część elewacji budynku teatru będziemy wspólnie spoglądać? Z przewodnikiem-architektem czy bez? Trzeba będzie robić notatki? Czy zimą planujecie rozprowadzanie napojów rozgrzewających, czy raczej widzowie będą zmuszeni przytupywać podczas przyglądania się Waszej instytucji?

Podoba mi się pomysł z udostępnianiem książek widzom-gościom teatru. Poproszę o indeks planowanych tytułów, poszukuję dwóch nowych pozycji anglojęzycznych: Roman Legions in Crisis oraz The Complet List of Roman Legions. Jest szansa na sprowadzenie ich dla mnie do teatralnej czytelni? Nazwiska autorów doślę esemesem. Trochę niepokoi mnie powtórzona w Waszym liście dwukrotnie zapowiedź stale otwartych drzwi teatru. Nieśmiało proponuję, by na czas prezentacji spektakli jednak je zamykać lub chociaż przymykać. Bo po pierwsze zaczynają się jesienne chłody i aż do kwietnia przeciągi będą widzom dawały po nerach, a po drugie – uliczny hałas zepsuje akustykę przedstawienia.

Uwodzą mnie także kolejne postulaty Waszego listu. Skoro „teatr nigdy nie jest dziełem indywidualnym”, chciałbym – ja, widz i krytyk w jednej osobie – przygotować rolę wspólnie z panią Anitą Sokołowską. Chciałbym także pomóc reżysersko Weronice Szczawińskiej, posklejać deseczki z Michałem Korchowcem (pojawia się już drugi raz w moich planach nie przypadkiem, nie przypadkiem…); mógłbym również przedzierać bilety, pomagając paniom bileterkom. Moje nazwisko niekoniecznie musi się znaleźć na afiszu. Jestem na to zbyt skromny. Skoro w Waszym teatrze będzie odbywać się „wymiana myśli na równych prawach” – czy to oznacza, że będę mógł głośno dogadywać aktorom, dodawać swoje kwestie do kwestii padających ze sceny? Moja babcia była mistrzynią w zgadywaniu rymów do wierszy Słowackiego, Krasińskiego, Mickiewicza, ciocia rozmawiała z telewizorem podczas emisji reżimowego Dziennika Telewizyjnego, ja bardzo chciałbym kończyć zdania w dramatach Jolanty Janiczak, bo niemożebnie podoba mi się jej syntaksa. Zainspirowany Waszymi ideami o pełnej demokratyzacji instytucji teatralnej, postuluję wprowadzenie głosowania podczas oglądania spektaklu. Powinniśmy mieć prawo decydowania, kiedy będzie przerwa, który aktor ma się odezwać i czy w ogóle dziś bić brawo. Zachętę do tego, by poczuć się w Waszym teatrze swobodnie, traktuję serio: mam już papucie na zmianę i szlafroczek, przebiorę się w męskiej toalecie, o ile zlikwidujecie kolejki, jeśli nie, to na schodach. Proszę tylko, by płoche panie opuściły skromnie oczęta…

Niepokoi mnie jedno: skoro planujecie remont teatru na rok 2016, gdzie wtedy zostanie przeniesione tak zwane otwarte foyer, gdzie pomieszczą się ci wszyscy fani pospektaklowych nocnych dyskusji, amatorzy czarnej kawy i dobrej książki? Czy dyrekcja już szuka lokalu zastępczego? Jakby co, proponuję hotel Brda!

Cieszę się, że, jak wynika z Waszego listu, również i na mnie, szeregowego i polskojęzycznego krytyka, czekacie z niecierpliwością! Nie było mnie w Bydgoszczy cały sezon nie z własnego wyboru. Ale teraz wracam. Rzadko się zdarza w naszym teatralnym świecie scena pod szyldem FICTION FRIENDLY. Jesteście na dobrej drodze, by być bardzo FRIENDLY, a nawet troszeczkę FICTION.

Składam pokorne ukłony – Wasz Drewniak

4.
W życiu krytyka teatralnego najczęściej jest tak, że omijają go rzeczy naprawdę przyjemne. Pech chciał, że w sobotnią noc nie widziałem legendarnego już zwycięskiego meczu Polska - Niemcy. Oczywiście byłem w teatrze, tak samo jak tego dnia, gdy graliśmy równie legendarny mecz z Portugalią, a potem z Czechami. Pociąć się można z rozpaczy. Na szczęście zdarzają się nam, krytykom teatralnym z poczuciem humoru, chwile piękne. Są to chwile, w których krytyk i osoby, które zna, bez jakiegokolwiek wysiłku z jego i ich strony ocierają się o nieśmiertelność. Z podmiotów krytykujących stają się oto przedmiotami  krytyki. Ale przyjmując owe wiekopomne ciosy, czują podświadomie, że i tak zwyciężają, że wdrożona przez nich jakiś czas temu strategia dośmieszania polskiego życia teatralnego triumfuje na całej linii. A skoro ona triumfuje, my też. Przestajemy żyć w narzuconej sobie fikcji, stajemy się obiektem cudzej kreacji. To niewyobrażalny skok jakościowy i świadomościowy. Wreszcie możemy spojrzeć na siebie cudzymi oczami. To dlatego z taką przyjemnością odnotowałem facebookową inicjatywę pod nazwą Subiektywny Spis Krytyków Teatralnych. W odcinku pierwszym pojawił się Jacek Sieradzki, nazwany przez anonimowych autorów w podsumowaniu sylwetki krótko: Mistrz. Zgadzam się z tą opinią, jako że Jacek jest i moim nauczycielem, choćby nie wiem jak się do tego nie przyznawał i przed ojcostwem wzbraniał. Jako że anonimowi autorzy pisząc sylwetkę Sieradzkiego dopiero się rozkręcali (słabe żarty, że pochodzi z Sieradza), nie zacytujemy tu w całości tego wpisu. Ku chwale autorów przytoczymy dopiero odcinek drugi Spisu, gdyż jego bohaterem jest miły memu krytycznemu sercu Michał Centkowski.

Subiektywny Spis Krytyków Teatralnych - odcinek 2.

Michał C. (w mikrofali")
Panu Michałowi nie udało się niestety zobaczyć wszystkich spektakli, jakie powstały w Polsce w ostatnich latach. Zdarza się, że po prostu nie zostaje wpuszczony na widownię – chodzi konkretnie o spektakle z dużą ilością wulgaryzmów i nagości (a te, jak na złość, pan Michał lubi najbardziej). Bileterki nie wpuszczają go, przekonane, że podszywa się pod krytyka teatralnego, będąc w rzeczywistości szukającym sensacji przemądrzałym gimnazjalistą. Od niedawna pan Michał ma swoją stałą rubrykę w „Newsweeku". Na razie tylko 160 znaków w tygodniu, ale tak naprawdę bardzo to ułatwia współpracę pracownika z magazynem, bo w ostatniej chwili zawsze może podesłać tekst recenzji jednym SMS-em. Pochodzi ze Śląska i chętnie o nim pisze. Nie należy się więc pokazywać z nim tam po zmroku (dotyczy to w szczególności rodzinnego Zabrza). Wszyscy widzowie czekają na jego Alternatywną historię teatru polskiego, w której przedstawione będą opisy przedstawień, jakie powstałyby w Polsce, gdyby dyrektorów teatrów wybierano na podstawie konkursów.

Prawda, że to bardzo zabawne i sympatyczne opisanie działalności Michała? Po odcinku drugim przyszedł odcinek trzeci, jak po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój. W odcinku trzecim bohaterem byłem ja.

Subiektywny Spis Krytyków Teatralnych - odcinek 3.

Łukasz D. (zawsze do góry")
Pana Łukasza znają wszyscy. Pisze recenzje, prowadzi swój Kołonotatnik, pokazuje się w TVP Kultura, na każdym liczącym się festiwalu teatralnym albo prowadzi spotkania z twórcami, albo zasiada w jury. Jeśli na jakimś festiwalu wyjątkowo tego nie robi, to raczej źle to świadczy o tym festiwalu niż o panu Łukaszu. Instytut Teatralny rozpoczął nawet badania nad tym, czy przypadkiem na niektórych wydarzeniach tak naprawdę w roli konferansjera nie zastępuje go przebrany za pana Łukasza Grzegorz Jarzyna. Złośliwi mówią o nim, że jest Krzysztofem Ibiszem polskiej krytyki teatralnej, ale zupełnie nie wiemy, co mają na myśli.
Pan Łukasz kiedyś, w czasach zamierzchłych, niechcący napisał, że Warlikowski jest do bani i nie zrobi kariery. Jak wiemy, przepowiednia się nie sprawdziła. Od tamtej pory pan Łukasz nie tylko zupełnie przestał liczyć się jako wcześniej znana w środowisku wróżka, ale również zaprzestał krytykowania, na złość nazwie zawodu, czegokolwiek. Smakuje mu pomidorowa w każdym mlecznym. Podczas wyborów chce zagłosować na wszystkich. W końcu konia z rzędem temu, kto znajdzie w jakiejś recenzji zdanie pana Łukasza świadczące o tym, że coś mu się nie podobało. Jeśli to, co pisze, jest prawdą, i pisane przez niego zdania, to jego prawdziwe opinie, wszyscy chcielibyśmy być panem Łukaszem. Świat byłby taki piękny!

Gratuluję anonimowym autorom kilku celnych złośliwości, ta z Ibiszem zabolała najbardziej, choć uchachałem się jak nigdy. Facebookowa inicjatywa przywraca zaburzony porządek polskiego życia teatralnego. Nie może być, żeby tylko krytycy śmiali się z artystów, a artyści nie mogli z krytyków. Tak. W tym zawodzie trzeba mieć grubą skórę albo być ponad to. Dlatego tak wielu teatralnych krytyków jest bardzo grubych (ja) albo bardzo wysokich (Roman Pawłowski). Żarty środowiskowe odbijają się od nas, jakbyśmy byli z gumy (nie przypadkiem Bertolt Brecht napisał w Baalu: „Jestem zbyt gruby, żeby rozumieć poezję!”) lub zwyczajnie patrzymy na amatorskich krytykantów z góry, z głową w chmurach.
Trzymając kciuki za rosnącą formę anonimowych autorów Spisu, niepokoję się tylko jego perspektywami literackimi. Boję się, że rychło wyczerpie się im lista nazwisk do obśmiania. Kto tam jeszcze został: Wakar, Mościski, Nowak, Kyzioł, Mrozek? Krytyków z pism branżowych nie warto przecież zaczepiać, toż to jeden z drugim autorytety, wrażliwcy i obrażalscy. Może jakimś rozwiązaniem byłoby obśmiewanie krytyków nieistniejących, wymyślonych. Co jak co, ale poczet fikcyjnych pracowników coraz bardziej fikcyjnego zawodu smakowałby przednio.

5.
Między wierszami Spisu można wyczytać tęsknotę autorów za recenzyjnym miażdżeniem dzieła, twórców i wykonawców. Ach, gdzie te czasy, kiedy jedna niepochlebna recenzja zwalała trony, przyprawiała reżysera o zawał serca, utratę pracy, powszechną drwinę. Niestety podejrzewam, że pisanie negatywnych recenzji przez czołówkę krytyki polskiej należy już do przeszłości. A to z dwóch powodów. Podaż przewyższa popyt. Premier i reżyserów zwyczajnie jest za dużo jak na wyporność redakcji, portalu, blogu, mobilność recenzenta. Po co pisać z rzeczy ewidentnie złej i głupiej, skoro jest tyle rzeczy średnich i ciekawych, nie mówiąc już o wybitnych i epokowych? Mając do wyboru pisanie o złym spektaklu i pisanie o spektaklu przyzwoitym, krytyk zawsze wybierze to drugie rozwiązanie. Przynajmniej ja tak robię. W złośliwościach, w pouczaniu reżysera, jak powinien poprowadzić spektakl i o czym go zrobić, wyręczają nas internetowe trolle i hejterzy. Bardzo trudno przebić ich w złośliwości, intuicyjnej trafności sądu. Po co pisać hektolitry eleganckich słów, skoro hejter złapie sens reżyserskiej porażki w jednym nieparlamentarnym zdaniu? Szkoda czasu i zdrowia. Ani reżyser, ani dyrektor teatru, ani widz nas nie posłuchają. Zawsze przecież znajdą w otchłaniach Internetu lub prasy inne, tym razem pozytywne opinie widzów-blogerów-krytyków. Przecież dziś nasze, moje i ich, głosy są traktowane na równi. Demokratycznie. Każdy głos jest ważny. W każdym może być racja i prawda. Z pokorą przyjmuję tę zmianę hierarchii. Zresztą milczenie o jakimś artyście, niepisanie o nieudanym przedstawieniu może być bardziej bolesne od pokazowego rozwałkowania. Bo pokazowe rozwałkowanie oznacza, że dany artysta jest ważny, skoro tyle czasu, energii i emocji mu poświęcono. A przecież nie jest. I drugi powód: na stare lata człowiek łagodnieje. Nie tyle boi się pomyłki, skrzywdzenia niewinnego artysty, co uznaje, że lepiej znajdować w jego pracy plusy dodatnie zamiast plusów ujemnych. Krytyk już wie, jak cholernie trudno zrobić przedstawienie, zapanować nad sensami, trafić w odpowiedni czas i nastrój społeczny, dogadać się z widzem. Nie sądzę, żeby istnieli krytycy, którzy kłamią. Którzy świadomie kłamią. Raczej walczymy na interpretacje, licytujemy się wnioskami płynącymi z oglądania tego samego dzieła. Nie dziwię się, że można uznać jakiś spektakl równocześnie za wybitny (krytyk A) i żenujący (krytyk B). Nie dziwię się nawet, kiedy ten sam krytyk uzna, że spektakl, który kiedyś bardzo, ale to bardzo mu się nie podobał, stał się po kilku latach w jego pamięci całkiem niezłą realizacją. Kontekst zmienia wszystko. Fikcją jest też, że potrafimy wszystko ocenić sprawiedliwie, fikcją, że nadążamy. Nie jesteśmy sprawiedliwi, tylko subiektywni i coraz bardziej nie nadążamy. Fikcja czyjejkolwiek omnipotencji to naprawdę bardzo dobry powód do żartu.

6.
Kontekstowy żart Weroniki Drewniak, odkupiony za 14,99 zł.
„Siedzą sobie, tak o, dwie kuropatwy. Nagle jedna mówi do drugiej: Szkoda, że nie jesteśmy krowami!”

15-10-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Gość
    Gość 2014-10-16   11:59:09
    Cytuj

    Mogę Panu, Panie Łukaszu, załatwić te archeologiczne książki.