AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 35: Ciemny punkt

 

I look to the sky, where my help comes from
An’ I see it circling around from the mountains
Thunder! You feel it in your chest
You keep my mind at east and my soul at rest, you’re not vexed
Matisyahu, King Without A Crown

1.
Jacek Tomczuk w „Newsweeku” opisał jako pierwszy tę tajemnicę poliszynela. O chorobie Krzysztofa Globisza wiedzieliśmy od lipca. Wylew. Poważny. Wielki polski aktor próbuje teraz wrócić do zdrowia. Uczy się słów i nazw od nowa. A my czekamy, żeby wrócił do czynnego życia i na scenę. W Krakowie na Kameralnej wisi plakat ze zdjęciem Globisza z Bitwy Warszawskiej 1920 Strzępki i Demirskiego. Globisz, jak pamiętamy, grał w tym przedstawieniu równocześnie cztery role – premiera Witosa i francuskiego generała, księdza Skorupki i bohaterskiego telegrafisty. Z niebywałą wirtuozerią przełączał co kilkanaście sekund w głowie klawisze z jednej postaci na drugą. Jakby na pstryczek. I było tak, jakby naraz te cztery głosy w nim mówiły, albo po kolei, albo parami… Na tym zdjęciu z korytarza prowadzącego do tak zwanej Kolonii Starego Teatru widać że jest zmęczony, oklapły, wyłączony. Jakby akurat w tej chwili nikogo z tych czterech bohaterów w nim nie było, był tylko aktor na chwilę przed skokiem w rolę. Zrobiono je pewnie, kiedy czekał na scenie na swoją kolej, bo na pierwszym planie monologował Dzierżyński Marcina Czarnika albo Broniewski Juliusza Chrząstowskiego. Symboliczny kadr. Kiedy Globisza chwilowo nie ma w teatrze i widzi się tę fotografię, pojawiają się obrazy z przeszłości. Życie snem Jerzego Jarockiego z 1983 roku. Młodziutki i szczupły Globisz wychodził półnagi z jaskini, potrząsał kajdanami i pytał: „Niebo, czemu mnie więzisz, niebo, co ci uczyniłem?”. To był pierwszy dorosły spektakl, jaki widziałem świadomie w teatrze. Segismundo Globisza był królem bez korony, skazanym przez ojca, władcę-astronoma, na więzienie, bo niebo przepowiedziało mu zły los. Na czerwiec dyrekcja Starego Teatru zapowiada nowe Życie snem, reżyserować ma Hiszpan. Sądzę, że zaplanowano ten spektakl z myślą o Globiszu, jeszcze przed wypadkiem i chorobą. Mógłby wrócić do Calderona, już jako Basilio, nieczuły ojciec, albo Clarin – błazen królewski, towarzysz rewolty Segismunda. Marzy mi się, by Globisz zdążył, by pojawił się w obsadzie, bo byłby to powrót symboliczny, znak uwolnienia od wyroków nieba. A nawet jeśli wielki aktor nie zdąży teraz, to chciałbym, żeby taki spektakl, a właściwie „życie snem”, gdzieś, w Starym lub innym teatrze, na niego cały czas czekało. Jesteśmy to winni Krzysztofowi Globiszowi.

2.
Bon Voyage – tak chyba nazywało się przedstawienie Studia Rapsodycznego z Chojnic, monodramu przygotowanego na podstawie Walizki Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk. Reżyser Grzegorz Szlanga kilkakrotnie przerywał dobrze zapowiadające się intro muzyczne i przepraszał widzów, że zobaczą niestety wersję okrojoną spektaklu: „To jest sztuka na siedmiu aktorów, my to gramy w pięć osób, ale dziś przyjechało nas tylko dwóch i w dodatku bez scenografii”. Aktor stojący na scenie, Łukasz Sajnaj, uśmiechał się wtedy przepraszająco. Jak nam było ich żal! Reżyser prosił publiczność o dobrowolne datki w postaci przedmiotów i części garderoby, z których oni w mig zbudują dekorację i użyją jako rekwizytów i kostiumów. Proszą grzecznie, no to daliśmy – ktoś położył na ławce marynarkę, szalik, czapkę, torbę, komórkę, ja zaniosłem paczkę Apapu, jakaś dziewczyna ofiarowała czerwone jabłko… Nikt, o ile pamiętam, nie przyniósł im pary butów… A pewnie by się przydały… Aktor z Chojnic obejrzał te zbiory krytycznym okiem, założył marynarkę, nadgryzł jabłko. W tym samym momencie komuś na widowni zaburczało w brzuchu. Sajnaj zareagował, pokiwał głową, ograł sytuację. Jak to się mówi – śmiechu było co niemiara. Teatr jakoś nie mógł się zacząć, on na scenie i my na widowni przeciągaliśmy ten sympatyczny prolog, aż w końcu pośród tych pożyczonych rzeczy Sajnaj zmienił się we Fransua Żako, który w sztuce Sikorskiej-Miszczuk wybiera się do Muzeum Holocaustu, żeby ku swemu zdumieniu odnaleźć tam walizkę swego ojca Pantofelnika. I wtedy już rozumieliśmy, po co Szlandze i jego aktorowi były te ubrania i przedmioty wysępione od widzów. To z naszych rzeczy osobistych zbudowano scenografię, nasze rzeczy stały się eksponatami w Muzeum, w usypanej na ławkach na proscenium bezbronnej stercie rozpoznawaliśmy swoją własność. Co by było, gdyby tylko tyle po nas zostało? Co o nas mówią te pamiątki, ślady, resztki, ta cholerna paczka Apapu, jabłko, szalik i torba? A więc byliśmy ofiarami i zarazem zwiedzającymi Muzeum Pamięci po nas samych. I było nam coraz głupiej z tym naszym rozbawieniem z początku spektaklu. Zaczynało nam ciążyć, uwierało. Przecież zanosiliśmy się śmiechem, jakby nie pamiętając, o czym jest sztuka Sikorskiej-Miszczuk. Co to znaczyło, kiedy w obozie nowo przybyłym Żydom kazano się rozbierać… Szlanga i Sajnaj potrzebowali tego naszego śmiechu, żeby dopaść nas w finale. Kiedy bohater zanurzał na półtorej minuty głowę w wypełnionym wodą akwarium, żeby wreszcie zrozumieć, co czuł, co mógł czuć jego ojciec w komorze gazowej, broniący się przed wciągnięciem zabójczego powietrza w płuca, próbujący przeżyć jak najdłużej na jednym oddechu – dusiliśmy się wraz z nim. A potem, już po oklaskach, które były naprawdę tego dnia nie na miejscu (bo co, oklaskiwaliśmy aktora, że tyle wytrzymał pod wodą, że się sam nie utopił na spektaklu? Biliśmy brawo, bo zrobili nas w konia – niby to zapraszając na teatr improwizowany, a przecież docisnęli Holokaustem?), każdy z nas brał swoje rzeczy z ławki i wydawało mu się, że są już jakieś takie cudze. Groźne, straszliwe. Jakby wsiąkła w nie ta niechciana pamięć.

3.   
W Polskim teatrze Zagłady Grzegorza Niziołka znajdujemy frapujący opis i interpretację Kantorowskich Nadobniś i koczkodanów. Zdaniem krakowskiego badacza Kantor, dla którego temat Holokaustu w sztuce długo był tabu, „czynił z Zagłady przestrzeń absolutnej niepamięci, z którą w związku z tym może sobie całkowicie bezkarnie poczynać”. Bo tylko „skandaliczne nadużycie wydaje się jedyną możliwością sprostania traumatycznej realności”. Zależało mu jednak, żeby jego gra nie mogła zostać nazwana i zdemaskowana przez widzów – pisze Niziołek. Żeby nikt z publiczności nie zorientował się, w jakim celu zostanie użyta jego gotowość współuczestniczenia w widowisku, pomagania aktorom, posłusznego wykonywania ich poleceń. Niby znałem ten spektakl i jego omówienia, ale dopiero w opisie Niziołka, przez kontekst przedstawień, wśród których go ustawiono, dotarła do mnie perfidia i groza Kantorowskiego gestu. Więc najpierw samo oddawanie wierzchnich okryć przez widzów było już „zdarzeniem pełnym przemocy”: bracia Janiccy wieszali je na hakach, tak jak się wiesza świńskie półtusze w rzeźni, w jatce. Potem uczono wyselekcjonowaną grupę widzów modlitewnych gestów i przebierano na zapleczu w chałaty, kapelusze, doczepiano im sztuczne brody. Niziołek relacjonuje, że powrotowi widzów-statystów zza kulis towarzyszyła salwa śmiechu reszty publiczności. W książce Niziołka jej strona graficzna jest dalszą częścią narracji – w opis spektaklu zostają wmontowane fotografie, uchwycone któregoś wieczoru roześmiane twarze widzów – tych przymierzających brody i tych tylko rozbawionych widokiem „czterdziestu Mandelbaumów”.

To chyba jest na stronie 401: na zdjęciu u góry trzy roześmiane dziewczyny. Jednej widać tylko oczy, resztę twarzy zakrywa głowa koleżanki siedzącej rząd niżej, ale te oczy też się śmieją. Druga ma taką trochę głupią i pustą twarz, śmieje się, jakby naśladowała innych, i śmieje się, jakby nie rozumiejąc, z czego się śmieje. Wreszcie ta trzecia – inteligentka i elegantka. Nosi okulary w okrągłych oprawkach, ma uszminkowane wargi, koło brody dziwnie wykręcona (też ze śmiechu?) ręka z pierścionkiem, ba – sygnetem. Usta otwarte, jakby śmiech nie mieścił się w gardle, wybuchał już w przełyku, już w trzewiach, a może jeszcze niżej, i pędził, żeby się wydostać tym wyjściem. W otwartej szeroko jak u dentysty buzi krakowskiej elegantki, która przyszła tego wieczoru do Krzysztoforów na spektakl Cricot 2, widać sporą czarną plamkę na zębie w prawym dziąśle. To dziura w piątce, może szóstce… Najpierw myślałem, że to jakiś błąd drukarski albo mankament archiwalnej fotografii. Ale nie, ciemna dziura znajduje się naprawdę w tym zębie dziewczyny. Dziura jest ciemna, sygnet na palcu biały. Nie mam pojęcia, jak bardzo musiał boleć ją ten ząb, może był otwarty i prowizorycznie zalepiony do leczenia kanałowego, a potem podczas przedstawienia felczer wypadł. I jest tak, jakby z kanału w zębie tej dziewczyny, śmiejącej się do rozpuku polskiej dziewczyny, wyłaziła cała nasza ciemność. Wszystko to, co wyparte w mrok.

W tym jednym jedynym czarnym punkcie odkrytym w otwartych ustach widza schwytanego w pułapkę zaczyna się jeszcze inna opowieść…

4.
„Czy jest bezpiecznie? Is it safe?” Pamiętacie ten dialog z Maratończyka? Laurence Olivier grał esesmana, zbrodniarza wojennego i stomatologa z zamiłowania. Porwanemu Dustinowi Hoffmanowi rozwiercał na fotelu dentystycznym zdrowy ząb i dotykał otwartego nerwu. A Hoffman poza krzykiem nie miał żadnej dobrej odpowiedzi, nie wiedział, czemu dręczy go ten wścibski i okrutny staruch. Ból i strach torturowanego chłopaka udzielał się widzom filmu. Tak samo, jak potem przerażenie uciekającego nowojorską ulicą esesmana, któremu wydawało się, że rozpoznają go wszyscy starzy Żydzi mijani na ulicy. Wiedzą, kim jest, co zrobił i jaki skarb ma przy sobie. Jak to się mówi? „Śmierć zagląda mi w usta”? Nie mówi się tak. Ale i Olivier, i Hoffman mogliby tak powiedzieć w tym filmie. O ile pamiętam, esesman ginął gdzieś w kanałach pod Manhattanem, a Hoffman wpychał mu w łapiące oddech usta diamenty zrabowane Żydom podczas wojny.

5.
Najtrudniejsze rozmowy o teatrze prowadzi się u dentysty na fotelu. Pani stomatolog wkłada ci w usta waciki, ssak, wierci i dłubie, nie przestając zbierać informacji. „Kim jest pan z zawodu?” – pyta najniewinniej w świecie. Próbuję połknąć wacik i odpowiedzieć: „Eaooiem…”. – „Geologiem?” – dopytuje się doktor i dalej wierci. – „Eee, eaooiem… ykiem… alnym…”. – „Aaa, teatrologiem. Krytykiem teatralnym. Pięknie! No to który krakowski spektakl by mi pan polecił najbardziej?”. – „Ahea ho, eaho, hoeu, ojyko, Ępka- Yrsyy!!!”. – „Dępka i Irski? Ciekawe, nie słyszałam o nich. W jakim teatrze można zobaczyć prace tych panów?”.

Namawiałbym stomatologów teatromanów, aby jednak opanowali trudną sztukę zadawania pytań i uzyskiwania jedynie możliwych odpowiedzi wedle wzoru „tak lub nie”:
– Czy spektakl, na który powinienem pójść, jest grany w obrębie Plant?
– Ae.
– Czy ta scena znajduje się pod ziemią?
– Yy-yy…
- Czy dyrektor teatru, w którym wyreżyserowano to przedstawienie, ma unikalną fryzurę?
- Ae!
– Czy główna aktorka jest blondynką?
- Ae!
–Czy nazwisko reżysera spektaklu, który miał swoją premierę na dzień przed pojawieniem się na afiszu tytułu, który pan mi poleca, ma trzy sylaby?
-YY-yy.
– Dwie?

I tak dalej i tak dalej. Zaręczam, że dobry stomatolog rozszyfruje tytuł spektaklu już po dwudziestu pytaniach. I będzie to Nie-boska komedia. Wszystko powiem Bogu! Strzępki i Demirskiego, grana w Starym Teatrze na Scenie Kameralnej, czyli w Kolonii.

Na emeryturze opublikuję minirozmówki teatralno-stomatologiczne. I promise. I swear.

6.
Moja najbardziej niezwykła i – jakby to powiedzieć – najgłębsza rozmowa o teatrze odbyła się parę lat temu, dokładnie nie pamiętam kiedy, chyba wróciłem z wyprawy rowerowej do Albanii i bolał mnie tyłek. Ponad trzy i pół tygodnia na rowerze, na twardym siodełku, może boleć. Niby nic. Boli, to przestanie. Jako znany hipochondryk zasięgnąłem jednak opinii fachowca. Fachowiec nosi nazwę proktolog. Po uprzedniej rejestracji w prywatnym gabinecie dostaje się ulotkę i trzeba się przygotować. Szczegóły pominę. W gabinecie trzeba wejść na stół i przyjąć pozycję, która osobom obdarzonym wyobraźnią może przywołać na myśl sylwetkę, jaką przyjmuje sprinter w zawodach lekkoatletycznych, umieszczając stopy w blokach startowych i wyginając ciało w łuk. Tyle że w tym przypadku będzie to jednak sprinter, który opadł na czworaki, bo zobaczył, że po bieżni zmierza ku niemu mały chrząszczyk. No więc na prośbę pana doktora przyjmuję tę pozycję i wypatruję chrząszczyka, podczas gdy on zaczyna kulturalną konwersację.

– O widzę, że pan się dobrze przygotował? Gratuluję. Czym się pan zajmuje na co dzień? Teatrem? Aktor? Aaa, krytyk… Właściwie to się świetnie składa, bo ja, proszę pana, jestem teatromanem od pięćdziesięciu lat! Mój ulubiony spektakl? Zaskoczę pana, ale Kantor i jego Nadobnisie i koczkodany w Cricocie, tak, byłem na premierze.

Pan doktor mówił cały czas, zaglądając mi uważnie do środka. I jeszcze żartował, że to był najśmieszniejszy spektakl Kantora, jaki widział.

Nigdy w życiu nie czułem się tak niezręcznie. Nie chodziło o pozycję, o charakter wizyty… Czasem w momentach największego dyskomfortu, wstydu i upokorzenia odkrywamy coś, co stanie się dla nas ważne za jakiś czas, kiedy już zrozumiemy charakter tego odkrycia, kiedy kolejny element układanki rozjaśni i dopełni poprzedni obraz. W tym śmiechu pana doktora było coś dziwnego. Potężniejszego niż moje upokorzenie. Bo to był śmiech-czkawka sprzed lat. On się śmiał teraz przy mnie, tak jak wtedy u Kantora, w szatni i jatce, kiedy patrzył na Mandelbaumów, kiedy tresowano na nim modlitewne ruchy. Może moja pozycja też była kluczowa, może ktoś podczas tamtego spektaklu też był na czworakach, podczas gdy inni się śmiali. Widz, na którego patrzą i z którego się śmieją, to widz obnażony. Zrozumiałem to dopiero po lekturze książki Niziołka i dzięki temu zdjęciu „pani z czarną polską dziurą w zębie”. Tamtego dnia w prywatnej klinice medycznej proktolog patrzył we mnie, a ja patrzyłem przez niego. Obaj widzieliśmy to samo. Spotkaliśmy się w kantorowskich trzewiach. Tych samych, które miały wypluwać truchła Mandelbaumów. Niziołek zaświadcza, że opowiadając o tej scenie aktorom, Kantor ekscytował się, że wtedy na widowni będzie prawdziwy „szał”. W Nadobnisiach i koczkodanach znalazł ten najstraszliwszy, ciemny punkt polskiego doświadczenia Holokaustu. Niziołek definiuje go jako doświadczenie graniczne, w którym nie ma miejsca na bycie świadkiem. Upokorzenie, wstyd i wyparcie bierze się chyba z przeczucia, że nawet to nam odebrano.

7.
Z regulaminu lektury Kołonotatnika:

Paragraf 2: Kołonotatnik nie jest blogiem, ale esejem internetowym nowej generacji, testującym zdolności asocjacyjne czytelników. Wszystkie jego części składowe tworzą integralną całość. Choć różnią się tematami wiodącymi, temperaturą emocji, tonem i stylem, są zawsze po coś, oświetlają się wzajemnie i dopowiadają. W każdym module poukrywane są symboliczne lub frazeologiczne łączniki międzytekstowe. Jeśli z powodów redakcyjnych lub autocenzuralnych znika jeden moduł, w tekście pojawia się ewidentna luka semantyczna. Autor stara się temu oczywiście przeciwdziałać, ale nie zawsze się udaje.

Paragraf 3: Kołonotatnik czytamy linearnie, po kolei, od modułu pierwszego do ostatniego; czytanie na wyrywki nie ma sensu i jest sprzeczne z intencjami autora. W przypadku szczególnie długich odcinków można robić sobie przerwy na siku albo rozłożyć lekturę na dwa-trzy dni.

8.
(przerwa na siku)

9.
Teatr Moniki Strzępki jest jak dłubanie w chorym zębie. Albo… Przynajmniej tak ma działać. Czujemy wiercenie i przeszywający ból. Co ciekawe – boli, zanim wiertło dotknie bolącego miejsca. Nie-boska komedia. Wszystko powiem Bogu! powstała niejako w zastępstwie, rok po odwołanym spektaklu Olivera Frljicia. Najpierw Strzępka z Demirskim mieli po prostu wystawić Krasińskiego, ale w końcu zrobili po swojemu. Demirski napisał swój dramat, a Strzępka włożyła w niego tylko jedną, chyba najważniejszą scenę z oryginalnej Nie-Boskiej… Tym razem nie jesteśmy na śmietnisku, w świecie po katastrofie. Rzeczywistość jeszcze się trzyma, Apokalipsa dopiero nadejdzie. Michał Korchowiec umieścił na proscenium stoliczki i sofy, z tyłu sceny zbudował ambonę myśliwską i ustawił karuzelę z huśtawkami. Ale dziwnie będzie się jej używać – jakby machiny do wieszania, do tortur, do przywoływania duchów, do jazdy, wirowania z duchem dziejów wreszcie. Tylny prospekt jest przeźroczysty, jakby pojawiający się tam bohaterowie byli uwięzieni za szklaną taflą, maszerowali przez gęstą, ale niewidzialną maź. Nad sceną wiszą wzniesione w górę monstrualne, bo ja wiem, korzenie mandragory, a może zmutowane kurze łapy?

Najważniejszy jest jednak okrągły otwór w podłodze, z którego wyłazi Rotschild (Szymon Czacki) i postać zwana Auschwitz Tour (Małgorzata Zawadzka). To zmodyfikowana klapa do pieca krematoryjnego z Akropolis Grotowskiego, które, jak pamiętamy, zostało przeniesione w realia obozowe Auschwitz. A jednocześnie pokrywa od włazu przypominająca te, które zamykają wejście do kanału. Pod pokrywą, w ciemności, w ciemnym punkcie jest kryjówka Rotschilda, ukrywanego już sto lat przed Zagładą przez pragnącą ekspiacji rodzinę Krasińskich, i zarazem trasa wycieczkowa współczesnej Izraelki, podróżującej turystycznie od obozu do obozu, od piekła do piekła. I „między czasami”. Demirski pisze, że akcja jego utworu rozgrywa się „między czasami”. W miejscu przecięcia epok, społecznych i osobistych fantazmatów, historii i literatury. Nie wiem, czy potrafię opowiedzieć, od czego zaczyna się narracja, bo nie pierwsza scena jest tu kluczowa, nie druga i nawet nie trzecia. Hrabia Krasiński jest obecny na scenie w dwóch osobach, męskiej i żeńskiej, w ciałach Małgorzaty Hajewskiej i Marcina Czarnika, ale staje się także hrabią Henrykiem z Nie-Boskiej komedii. Młody Krasiński złości się ustami Czarnika i Hajewskiej, że trafił w to miejsce, do tego dramatu, „gdzie będzie mnie mówił człowiek z Oświęcimia i jakoś mnie brukał swoim jednak nazwiskiem tam gdzie zabili żydków w dużej ilości jakbym ja za to był odpowiedzialny”. Demirski nie polemizuje z tezą Frljicia i Jakimiak o antysemityzmie Nie-Boskiej… i spektaklu Nie-Boskiej… w reżyserii Swinarskiego, które miały być tematem przedstawienia chorwackiego artysty. Kradnie ten temat, by ustawić go w innym porządku. Klasowym, a nie narodowym. Przodkowie Krasińskich, wielcy panowie, kreują żydowski kapitał, żeby zagrać na nosie mieszczaństwu, a potem ze złością przyglądają się żydowskim fortunom i przejmowaniu stylu życia od arystokracji. Rotschild Czackiego, zamieniający raz po raz chałat na garniturek wilka z Wall Street, mówi o „pokazywaniu ubraniem, że się ma pieniądze, i to bez rodowodu”. Auschwitz Tour komentuje tę scenę stwierdzeniem: „i dlatego ja teraz jeżdżę po tych piekłach autobusem, bo ktoś był dobrze ubrany”. Zniknięcie arystokracji powoduje pojawienie się nowego wroga (nie przypadkiem Czacki jest tak podobny w spektaklu do Marcina Czarnika, czyli Krasińskiego; parodiuje go ku uciesze ojca generała, granego przez Adama Nawojczyka). Nie wiem, za kim i czy trafnie Demirski rozpoznaje narodziny antysemityzmu. W każdym razie Przechrzty w krakowskim spektaklu nie są zastępami semickich kupców na usługach rewolucji, tylko współczesną klasą średnią, która ceni sobie równość, która wywalczyła w Polsce wolność i pozwala, by jej dzieci pracowały na stażach, ich ambicje kończyły się na stanowisku kelnerki i osoby do obsługi kserokopiarki. „Przechrzciłaś się, że emocje są tylko dla handlu i reklamy” – krzyczy ktoś do bohaterki granej przez Martę Ojrzyńską. Te Przechrzty udają dziś arystokrację medialną i udają rewolucję. A może nawet kastę artystów, „kastę pianistów”, jak chciał Kazik.

W systemie myślenia, z którym walczy Demirski, rewolucja brzmi jak holocaust, a przez ten stygmat niemożliwe są zmiany. Bóg jest przeciwko nim. Stąd pioruny biją w spektaklu jak oszalałe. Podwojony Krasiński toczy debatę z samym sobą: w zacytowanej scenie spotkania hrabiego Henryka z Pankracym Hajewska i Czarnik grają obie role. I kłócą się na serio, jakby gdzieś w głowie poety toczył się nierozstrzygalny spór między potrzebą zniszczenia starego świata a pragnieniem ocalenia wartości, które go tworzyły. W drugiej części widowiska za biurkiem pisarskim zasiadają coraz to nowe osoby, jeden Krasiński, drugi, Pankracy – już z twarzą Michała Majnicza, muzy, nawet żona hrabiego i poety (Anna Radwan). W pewnym momencie Hajewska pojawia się przy nim w czarnym kapeluszu, garniturze i szaliku, uniformie, który nosił Tadeusz Kantor.

Kolejny raz Demirski straszy krwią, która spłynie ulicami. Rozprawia się ze strachami Krasińskiego i naszymi lękami. I pyta prowokacyjnie: boicie się rewolucji czy boicie się demokracji? Bo przecież fundamentem demokracji jest mord, pozbycie się tych, którzy myślą inaczej o demokracji. W wielkim monologu z siekierą Majnicz mówi: „chcę mieć obok siebie ludzi, którzy myślą tak jak ja którzy mają takie samo doświadczenie życiowe takie same problemy z dzieciństwa takie same wartości i chuj nie chcę się z nikim pięknie różnić nie ma na to czasu (…) Na tym polega demokracja wy kurwa tępe dzidy na przemocy i to nie symbolicznej. Żeby mieć wokół siebie ludzi podobnych do siebie”.
 
A więc cały powojenny porządek zachodniego świata był możliwy tylko dlatego, że zdarzył się Holokaust? Że naziści wymordowali Żydów, a potem my usunęliśmy nazistów? „Wolimy o tych mordach myśleć sentymentalnie” – wścieka się dramatopisarz. W nowej Nie-Boskiej… to, co historyczne i publiczne, miesza się z tym, co prywatne, Strzępka i Demirski wplatają wątki osobiste – reperkusje słynnego sporu z Żebrowskim w TVN-ie, zawirowania emocjonalne w łonie „wściekłego tandemu”. I wtedy obaj Krasińscy gadają ze sceny tak, jakby to kłócili się ze sobą Strzępka i Demirski, partnerzy życiowi: „Śni mi się, że odchodzisz z moim politycznym przeciwnikiem, który nie daj Boże ma rację, i śmiejecie się ze mnie z sypialni”.

Wszystko zostało w teatrze Strzępki po staremu – monologi i sceniczne szamotaniny, szlagiery śpiewane przez aktorów, akty agresji, odloty i dygresje aktorskie. Krakowski spektakl trwa ponad trzy godziny, ale nie boksuje w miejscu, jak to się zdarzało w drugiej i trzeciej części Klątwy. I jest fenomenalnie grany! Furkocze jak maszyna tkacka, jak bankomat wypluwający sterty banknotów o nominale 100 zł. I jaka to przyjemność sprawdzać, jak kolejni aktorzy adaptują się do reguł Strzępkowego teatru, a pierwszy raz grają u niej: Małgorzata Hajewska, Dorota Segda, Marta Nieradkiewicz, Szymon Czacki, Adam Nawojczyk… Segda sięga po konwencję stylowej komedii, szczebioce jak ekscentryczna ciotka z kamienicy lub dworku. Ale kiedy trzeba, potrafi dmuchnąć partnerowi papierosowym dymem w twarz i pokazać mu kilkakrotnie „faka” w zmysłowym tańcu do melodii z Nocy i dni. Nawojczyk łazi po scenie jak Kozak, ma wytatuowaną skórę na ogolonej głowie, jest instynktem i porządkiem zarazem. Finał należy do duetu Dorota Pomykała – Marta Nieradkiewicz, chóralnie wykrzykującego katalog ponowoczesnych lęków, zakończony odliczaniem kolejnych światowych kryzysów i konfliktów. Wszyscy boimy się tego, co będzie, co przyjdzie do nas. Uciekamy, schodzimy do kryjówek. Na razie do tych gdzieś w głowie, ale kto wie, kiedy i na jak długo zamienią się w prawdziwe uchodźstwo. Strzępka i Demirski się boją. W typowym dla swojego teatru żmucie tematów, iluminacji i prowokacji znaleźć można i ich zmęczenie sobą i misją, i niewiarę w przekonanie do swoich racji, i marzenie o oczyszczającej zmianie, która przyjdzie z zewnątrz. Choćby nie wiem, ile nas kosztowała, jakie rany zadała, przyjdzie, bo zawsze, zawsze przychodziła. Bezradność jest w końcu jakąś skarlałą, bo skarlałą, ale jednak formą nadziei. Gorzka, nie wściekła konstatacja na koniec. I to jest ten nasz nowy ciemny punkt.

10.
Piękny, elegancki, siwy pan spotkany w Kielcach po debacie o Żeromskim. Prawdopodobnie przedstawiciel lokalnej elity. Zobaczył mnie i nieoczekiwanie strzyknął jadem: „A pan mógłby w telewizji zaatakować tego Słobodzianka-grafomanka za to, że pisze takie zasrane antypolskie dramaty. Co, wtedy nie był pan taki odważny? Przy Żeromskim to pan jest! Każda linijka z jego sztuk jest więcej warta niż cała Nasza klasa!”. Jak zrozumiałem, elegancki siwy piękny pan oglądał transmisję spektaklu w TVP Kultura i mimo dojmującej obecności w poemisyjnym studiu przedstawiciela tak zwanej myśli prawicowej postanowił jeszcze raz dać upust swojej złości. Za Słobodzianka, za polski teatr, za taką Polskę, za wszystkich Żydów.

Na miejscu siwego, pięknego i eleganckiego pana akurat w Kielcach wystrzegałbym się takich wybuchów nienawiści. W Kielcach uważałbym szczególnie.

22-12-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany
    2014-12-22   22:29:06
    Cytuj