AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 52: Akcja „zawsze wybieram teatr”

Fot. Magda Hueckel  

1.
Życie krytyka teatralnego składa się z nieustannych wyborów. Sytuacji granicznych, w których nie ma dobrego wyboru, a jednak wybrać trzeba.

Są takie dni, kiedy musisz zdecydować – spektakl w Bydgoszczy czy spektakl w Poznaniu. I jedziesz do Kielc. Koncert Gogol Bordello czy teatralne muzykowanie typu „Weronika Szczawińska unplugged”. Praca w festiwalowym jury w Gorzowie Wielkopolskim czy mecz Polska–Niemcy. Randka z Emmą Stone czy spektakl Krzysztofa Garbaczewskiego. Nie uwierzycie, ale zawsze, zawsze wygrywał w tych wyborach teatr. To właśnie z tego powodu Emma Stone ma po dziś dzień takie wielkie oczy. Oto moje trzy ostatnie wybory repertuarowe. Nawet nie pytajcie, z jakich przyjemności dla nich zrezygnowałem.

2.
Nie wiedziałem, że Pakuła jest z Kielc. Albo wiedziałem, ale nie pamiętałem. Gdyby ktoś kazał mi zgadywać, zmusił do określenia jego małej ojczyzny, sięgnąłbym po frazę z portali zakupowych: „Mateusz Pakuła. Lokalizacja: Internet”. Każde zdanie ze sztuk Pakuły odsyła nas przecież do jakiegoś ekranowego świata. Albo wprost do chmury. Jest pamięcią o tekstach, obrazach, dźwiękach, skojarzeniach. Sam autor przypomina Pciucha ze spektaklu Macieja Wojtyszki Bromba w sieci, jest bitowym surferem, robi memowe zamieszanie, jak zawsze gdy „postać fikcyjna znajdzie się w świecie wirtualnym”. Pakuła wlazł kiedyś do sieci, został w nią schwytany i nie zamierza się stamtąd nigdzie ruszać. A im dłużej tam jest, tym bardziej mówi i myśli po internetowemu. Taki z niego native speaker.

A jeśli nie Internet, to przynajmniej telewizja. Nie jakiś jeden kanał tematyczny (choć może Cartoon Network skrzyżowany z National Geographic byłby najbardziej prawdopodobnym miejscem urodzenia i dorastania dramatopisarza), ale furkoczący zlepek migawek, który zostaje nam w głowie po bardzo szybkim zippowaniu. Przeskakując między kanałami w górę i w dół, zawsze coś przecież tworzymy, nieświadomie montujemy kadry, tworzymy zaskakujące konteksty. Szukałbym też początków Pakuły na starych kasetach VHS. Nawet kiedy nie mamy już odtwarzacza VHS, ciągle trzymamy gdzieś te stare kasety zamiast wystrzelić je w śmieciowy kosmos. Po co? Jaka pamięć jest tam zapisana? Po co nam pamięć, której nie można odtworzyć? Jedna z szokujących tez kultowej pozycji filmowego horroru japońskiego The Ring brzmiała: „Każdy z nas ma przecież w domu takie kasety, na których nie wiadomo co jest”. Boimy się to potem oglądać. Bo co jeśli coś na tych taśmach żyło przez ten czas własnym życiem, a teraz aktywuje się po przypomnieniu, obejrzeniu zapomnianego materiału?

W Lordach Pakuły nie ma Kielc. Przynajmniej tych dzisiejszych. Jest miasto zwane z angielska Denttown, komiksowy kosmos i suchy basen. Pod spektaklem jako reżyserka podpisana jest stała współpracowniczka Pakuły – Eva Rysová, jednak tym razem kazała mu wziąć odpowiedzialność inscenizacyjną za pierwszą cześć trylogii (Lord Kantor). Sama zrobiła tekst o Gustawie Herlingu-Grudzińskim (Lord Herling), a nakręcony na miejskiej pływalni film dedykowany Mironowi Białoszewskiemu (Lord Milord) firmują wspólnie. Motywem przewodnim cyklu dramatycznego Pakuły jest pamięć. Miejsca, przeszłości, osoby, aktu kreacji. Co naprawdę pamiętamy? Jak selekcjonujemy wspomnienia? Jak zostaje zapamiętany i jak pamięta zwykły człowiek, a jak artysta? Czy można pamiętać cudze wspomnienia i do czego wolno ich używać? Pakuła i Rysová pytają: Gdzie się zaczyna artysta po śmierci? W jakim kosmosie gestów minionych? Z czego się teraz go układa i co z tej układanki wynika? W pierwszym akcie Pakuła zamiast analizować mechanizmy klisz pamięci w twórczości Tadeusza Kantora uruchamia konwencję parodystycznego science fiction. Jesteśmy na statku kosmicznym. Jego wnętrze przypomina jakąś przestrzeń zdegradowaną, wypełnioną czarną, sflaczałą materią. Na proscenium cztery mikrofony, przy których siedzą Dawid Żłobiński, Edward Janaszek, Andrzej Plata i Wojciech Niemczyk, i recytują tekst jak lektorzy partii dialogowych w zdubbingowanym zagranicznym filmie. Za ich plecami ożywają kosmiczne gadżety. Jakiś chłopak w kostiumie przybysza z Mat-Planety, czyli kapitan John 102, przemieszcza się z wysiłkiem po skraju basenu. Komputer Michel Komodore to zawieszony pod sufitem gigantyczny kulisty emotikon, wyłowiony z próżni kosmiczny karzełek wtoczy się na scenę w przeźroczystej kuli. I wreszcie zawyją dmuchawy i napompują materię na dnie basenu: powstanie z niej gigantyczny, wypełniający niemal całą scenę odwłok pająka, który będzie animowała aktorka w czarnym kostiumie (Zuzanna Skolias). To właśnie jest tytułowy Lord Kantor, znany także jako Imperator Zurg z Toy Story. W wizji Pakuły Kantor staje się kosmicznym potworem, uzurpatorem i szaleńcem dążącym do zawładnięcia całymi kosmicznymi zasobami wspomnień. Uwolni w ten sposób ludzkość od terroru pamięci, będzie wszystkimi i każdym z osobna: pamięć absolutna jako broń zagłady, pamięć całkowita jako boski atrybut. Na szczęście kosmiczny karzełek plunie plazmą na Lorda Kantora i czarny charakter rozpuści się, złorzecząc i bluźniąc. Tak, streszczenie utworu Pakuły brzmi naprawdę idiotycznie i infantylnie, prawdziwy Kantor nie nadaje się na bohatera cyberanimacji, nie umiałby zagrać żadnej roli w space opera. Tylko że autor chciał powiedzieć coś innego: nie interesował go Kantor jako taki, ale co wyniknie ze zderzenia strzępów wiedzy o nim i obrazów z określoną estetyką. Pamięć jest przetworzeniem. Degradacją.

Środkowa część spektaklu to projekcja filmowa nakręcona na basenie. Aktorzy z obsady mówią Pakułowe imitacje poezji Białoszewskiego. Obok nich w kadrze stoją po pas w wodzie, pluskają się, ciekawie zerkają w obiektyw kamery ich dzieci. Jakiż to jasny fragment, optymistyczny, pełen lingwistycznych przygód! Jest w nim tylko teraźniejszość. Słowa rodzą się z chwil, kropel i spojrzeń. Cała frajda życia, zabawy, odczuwania drugiej osoby. I tylko postać grana przez Joannę Kasperek nie otwiera ust, wierszopodobne frazy są podawane z offu głosem aktorki. Jakby ta bohaterka była głuchoniema, jakby mówiła sobie to tylko w głowie.

W odcinku o Herlingu-Grudzińskim sceniczny basen jest na powrót suchy. Wchodzi Andrzej Plata i zaczyna dziwny stand up. Gra Herlinga, który ma wspomnienia Mateusza Pakuły. Włazimy na dobre pół godziny do świata nastolatka z Kielc, przepraszam: z Denttown. Pierwsze fascynacje filmowe, przygody z kolegami, anegdotki i dziecięce iluminacje. To nie tak, że Pakuła się porównuje z Herlingiem, że chce go zastąpić, przysłonić. On raczej szuka czegoś wspólnego, jądra pamięci, doświadczenia. Rysová znów skleja wysokie z niskim. Cztery aktorki oznaczone w scenariuszu jako żony Herlinga miotają się cały czas po scenie w czymś w rodzaju suchego baletu wodnego, tańca synchronicznego bez muzyki. Przebrane w kostiumy kąpielowe są jak rydwan pamięci, który jeździ od Pakuły do Herlinga, dowozi obrazy, zdania, miejsca. Trzy (Zuzanna Skolias, Ewelina Gronowska, Dagna Dywicka) są wcieleniami jego pierwszej żony, Krystyny, malarki, zmarłej samobójczą śmiercią w Londynie w 1947 roku. Każda ma monolog, literacką solówkę, to zapożyczoną z prozy Herlinga, jak ta opowieść o malarzu Uccellu, to dopisaną przez Pakułę. Tylko czwarta (Joanna Kasperek) praktycznie milczy. Może dlatego, że jest Śmiercią. Niewypowiedzianym. Językiem, który milczy ze strachu przed sobą. Monologi żon, obserwowane i słuchane przez filuternego Herlinga, rozłożonego wygodnie na leżaku, pełnią funkcję medytacji o cierpieniu, samobójstwie, nicości. Jakby we wnętrzu groteski, tuż po stand upie, a przed częścią muzyczną, ktoś w tym szalonym, nieprzewidywalnym przedstawieniu zaczął mówić poważnie, lirycznie. W końcu wybucha muzyka. Skolias brawurowo śpiewa hit Beyonce, a potem przechodzi do finału, w którym cały zespół rapuje po polsku zwrotki Vocab, kawałka The Fugees. Teksty są improwizowane, zawsze zadawane przez reżyserkę tuż przed spektaklem. To nie powinno sklejać się z resztą spektaklu, a jednak się skleja. Na finał musi być piosenka. W cyrku Medrano śpiewa się z playbacku We Are the World, a dzieci biegają po arenie z zabawkowymi świetlówkami. Lordy w Kielcach kończą się, jak na cyrk kosmiczny przystało. Kosmicznym rapem. Wszystkie kosmiczne opowieści są wszak wypełnione marzeniami o jedności i pytają, czy można być szczęśliwym. Ludzka pamięć niestety nie przynosi na to jednoznacznej odpowiedzi.

3.
Nie przyłączę się do kamienowania hamleta z małej litery Joanny Drozdy w Teatrze IMKA… Choć to bardzo nieudane przedstawienie, zlepek konwencji i pomysłów, które obsłużyłyby pięć innych spektakli. Drozda, w końcu aktorka z prawie dziesięcioletnim doświadczeniem, nagradzana swego czasu wspólnie z Martą Ojrzyńską za fenomenalny, dziewczyński, kameralny trip Brzeg–Opole, chciała po prostu powiedzieć zbyt dużo, pokazać się z każdej strony. Galopada inwencji, przeskoki stylistyczne, zabiegi na tekście, dopisane konteksty, tłumaczenie, puenty. Jej hamlet długo nie może się zdecydować, czy pójść w stronę political fiction, czy być traktatem o aktorstwie i teatrze. Mruga okiem do widza – patrzcie, Smoleńsk! – by zaraz potem znudzić go śmiertelnie pustymi gestami. Kończy się nawet jak Szekspir przerobiony w amerykańskiej telewizji na sitcom dla nastolatków. Drozda – reżyserka debiutantka – chciała powiedzieć zbyt dużo, za szybko. Popełniła dwa błędy obsadowe – bardzo „niedorośli”, jednowymiarowi Hamlet i Klaudiusz! Nie do końca racjonalnie gospodaruje elementami scenografii – nie mogąc się zdecydować, czy naczelną metaforą jest pudło do grania Szekspira, czy telewizyjne studio z blue boxem. A już product placement w teatrze to zwyczajna etyczna granda!

Nie wiem, może skrócenie trzygodzinnego spektaklu do afabularnych 75 minut, szekspirowskiego jamu, uratowałoby projekt? W końcu najciekawszym zabiegiem reżyserki jest próba skomasowania wszystkich monologów poszczególnych bohaterów w jednej scenie, jednej tyradzie – osiągnięcia efektu wzajemnego zaprzeczania sobie i oświetlania pierwszego zdania przez drugie. I tak Klaudiusz mówi do nas z telewizyjnego ekranu tekstem króla ze sceny audiencji, pełnym interpolacji z późniejszej sceny spowiedzi. Hamlet nie dzieli swoich rozważań na popis pod tytułem Być albo nie być i O, gdyby ciało to zbyt trwałe…, ale sporządza stosowny miks. Najlepszą sceną spektaklu jest przemowa Ofelii. Agnieszka Roszkowska w kołnierzu ortopedycznym na szyi i z mikrofonem w ręku stoi obok bębna. Mówi kwestie ze sceny oddania pamiątek, szaleństwa córki Poloniusza, rozmów z ojcem i Laertesem. I wystukuje pałeczką rytm na bębnie, bije na trwogę. Zwołuje psy wojny i brata-mściciela.

Zabieg Drozdy dodatkowo demaskuje zakłamanych bohaterów. To nie prywatność zdradza ich publiczny wizerunek, nie opuszcza ich język, tylko spójność myśli. Przeskakując z tematu na temat, z metafory na metaforę, zderzając emocje sprzeczne z sobą, bo pochodzące z różnych punktów czasu, aktorzy z IMKI mogliby odkryć coś nowego w szekspirowskich bohaterach. Podobał mi się jeszcze film otwierający spektakl, bardzo jadowity i odważny, bo umieszczający akcję hamleta w jakimś kraju po katastrofie podobnej do tej smoleńskiej. I jeszcze decyzja, by scenę oddania pamiątek zagrali zamiast Hamleta i Ofelli zagrali Gertruda Iwony Bielskiej i Poloniusz Krzysztofa Dracza. To jedyny moment, kiedy Dracza opuszcza widoczne dla widza zażenowanie, a Bielska gubi dystans do spektaklu, postaci i siebie w tym projekcie.

Są duże i małe teatralne katastrofy. Ta jest wprost proporcjonalna do ambicji twórców. Nie mam o te ambicje pretensji do Joanny Drozdy. Zawsze lepiej wyłożyć się na Szekspirze niż na montażu wierszy Wisławy Szymborskiej. Żałuję tylko, że debiutantka się nie asekurowała, że nie poprosiła doświadczonego reżysera o opiekę artystyczną. Żaden to wstyd dać sobie pomóc. A tak jest rozczarowanie zespołu, drwiny krytyki, zdziwienie widzów IMKI. Przecież aktorzy, nawet ci z małym doświadczeniem, od razu wiedzą, że nie wyszło. Jak robi się spektakl w grupie przyjaciół i rodziny, klęski są dotkliwsze. Bo ci, którzy mogliby pocieszyć, sami mają wtedy dół.

4.
Polski teatr coraz bardziej staje się teatrem nisz i specjalizacji. Krakowski Pinokio Jarosława Kiliana zrealizowany w Teatrze Słowackiego potwierdza dominację reżysera w kategorii inteligentny teatr familijny. Kilian jak nikt potrafi przywrócić smak dawnego iluzyjnego teatru, czaruje prostotą środków przy równoczesnym rozmachu inscenizacyjnym. Tak, to się da pogodzić. Robi równocześnie spektakle mądre i rozśpiewane, dziecięco naiwne i dorośle złośliwe. Owszem, porównując najlepsze prace Kiliana – Czaroksiężnika z Krainy Oz czy właśnie Pinokia – z najlepszymi dziecięcymi spektaklami Piotra Cieplaka, wolno wypowiedzieć zdanie, że Cieplak jednak głębszy, podszyty metafizyką, cudownie melancholijny… Cóż stąd! Kilian ma swoje atuty – na religijność Cieplaka odpowiedzieć mógłby stwierdzeniem, że i on wierzy, ale wyłącznie w teatr. Bohaterów kocha, ale się z nich podśmiewa. No i jest sprawniejszy, bardziej innowacyjny w uruchamianiu machiny teatralnej, żonglowaniu efektami, konwencjami. Lubi iluzjonistyczne sztuczki i cyrkowe tricki. Chryste, na ile sposobów ożywa w „Słowaku” gadający pieniek! Jakie figle płata aktorom! Z ilu dziur się go animuje, zanim zmieni się w marionetkę i żywego aktora! Daniel Malchar, który gra Pinokia, jest łobuzem o drewnianych, kanciastych ruchach. Kiedy gada z Ogniojadem, dyrektorem teatru, mało mu oka nie wykłuje ciekawskim nosem. Malchar zaczynał u Kościelniaka jako szalony antreprener z akordeonem w Niech no tylko zakwitną jabłonie, bawił jako jąkający się nieśmiały inżynier, fascynat kauczuku w Braciach Dalcz. A teraz wydaje się Pinokiem idealnym. Nieudanym Arlekinem, ledwie kandydatem na Arlekina. Aż do ostatniej sceny gra w półmasce, bo tym przecież jest jego doczepiony nos i opaska na oczy. Zmienia wymiary, wyciąga z siebie oślą postać, wierzga, cygani, awanturuje się i łże. Tyle że bardziej ciałem niż słowem. W Malcharze znajdziemy młodzieńczość , która gotuje się pod pokrywką, wrze, chce się wyrwać na wolność, jednocześnie ma świadomość formy, ograniczenia konwencji. Więc tylko strzela mu spod palców, z kolan, z zamaszystych ruchów rąk, z wygięcia sylwetki. Z Malchara idą niewidzialne salwy w partnerów w publiczność. Czasem zamieniają się w śmiech, czasem tylko otwieramy usta z podziwu. Scenografia pierwszych scen krakowskiego Pinokia mogłaby być dekoracją do Awantury w Chioggii. Te namalowane na płótnach kamienice, sznury z praniem przewieszone nad sceną, pokoiki-moduły jeżdżące po scenie. A potem na scenie wyrasta las, teatr marionetek, pojawia się łóżko w domu Wróżki, wjeżdża dorożka Dyrektora Cyrku wyłapującego naiwnych chłopców do Krainy Zabaw. Każda zmiana miejsca jest naturalna, efektowna, niezbędna. Jak oddychanie. Teatr Kiliana oddycha przestrzenią.

Cyrk, w którym pracują zamienieni w osły Pinokio i Knot, jest cyrkiem ulepionym z kolorów, ruchu i geometrii; morze, w którym pływa wieloryb, zostało uformowane z błękitnych, falujących tkanin. A kiedy wchodzi w niebieskiej sukni i niebieskich pantofelkach Wróżka, zastępcza mama i ukochana Pinokia, by na finał zaśpiewać smutno-radosną włoską piosenkę, to rzeczywiście wierzymy, że Katarzyna Zawiślak-Dolny jest piękna i dobra, a jej śpiew niebiański. Tu akurat nie trzeba żadnej iluzji. To nie iluzja, to fakt. Z aktorów podobali mi jeszcze Marta Waldera (Lisica) i Grzegorz Łukawski (Kot) jako perfidny duet oszustów-przebierańców. Bawił mnie Marcin Sianko (Knot) i jak zwykle Tomasz Wysocki (Majster Wisienka).

Jarosław Kilian potrafi robić z nas dzieci w teatrze. Oj, potrafi. Polecam ten spektakl gorąco Michałowi Kmiecikowi.

5.
Dział łączności z Czytelnikami.

Odpowiadam zbiorczo na pytania i problemy poruszone we wpisach pod ostatnimi odsłonami mojego cyklu.

Szkic o Michale Zadarze i jego Dziadach będzie w Kołonotatniku pod koniec maja. Na Kwestię techniki w Starym Teatrze jakoś mnie nie zaproszono. Zakaz wpuszczania psów do Kulturalnej to rzeczywiście granda! Gdyby to ode mnie zależało, psy byłyby wszędzie – na widowni, w bufecie, na scenie nawet. Wolę po stokroć szczekanie i warczenie od dzwonków niewyłączonych komórek podczas spektaklu. Jacka Zembrzuskiego proszę o umożliwienie mi wpisywania komentarzy pod jego tekstami na blogu. Chciałbym się jakoś zrewanżować za wnikliwą lekturę wszystkich dotychczasowych odcinków Kołonotatnika i intelektualny ślad, jaki po sobie zostawia.

22-04-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany Pilne!
    Pilne! 2015-04-23   13:05:31
    Cytuj

    Panie Łukaszu, Pan wie, kim jesteśmy, my wiemy, skąd Pan wie. Już o Was mówią: Łukasz "Gumowe Ucho" i Witek "Długi Język".

  • Użytkownik niezalogowany Jezu też nie było
    Jezu też nie było 2015-04-23   10:15:47
    Cytuj

    Typowe hipsta: "Nie przyłączę się do kamienowania hamleta z małej litery", a potem, uwaga, przyłączam się. I jaki Pan WYKLUCZONY, zaproszenia nie dali, no a pójść za swoje to nie uchodzi.

  • Użytkownik niezalogowany widz
    widz 2015-04-22   18:50:54
    Cytuj

    Precz z komórkami na spektaklach! W operze. Ich właścicielami przez cały czas spektaklu włączającymi je, przeglądającymi wiadomości. Święcącymi po oczach wszystkim wokół.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-04-22   16:12:55
    Cytuj

    do tego trzeba dojrzeć Łukaszeńku. Ale insynuacją, że wstęp masz zamknięty traktuję jako kolejne Twoje mijanie się z prawdusią. Może jednak biega o ten intelektualny. Wiesz co, poczytaj sobie podwójnie zamiast tyle pisać