AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 56: Dotykanie pamięci

Maciej Korbowa i Bellatrix, reż. Krystian Lupa, Teatr Łaźnia Nowa  

1.
Z prawdziwą radością informujemy, że poprzedni, 55. odcinek Kołonotatnika, a także wybrane metodą randomową eseje numer 23, 8, 2, oraz 44 zostały zakupione przez amerykańską Bibliotekę Kongresu. Wymienione wyżej odcinki będą udostępniane czytelnikom w Waszyngtonie w budynku imienia Jamesa Madisona w czytelni czasopism w potrójnej postaci:
- skan strony z portalu teatralny.pl,
- niechroniona hasłem dostępu kopia autorska zapisana w pliku tekstowym Microsoft Word (Aktywacja produktu nie powiodła się),
oraz
- nagrania audio (opcjonalnie: w języku angielskim, polskim i mandaryńskim).

Jak donosi zeszłotygodniowy, piątkowy „Washington Post”, odcinki Kołonotatnika – po angielsku to Circlewriting – już w drugim dniu po udostępnieniu stały się jednym z najchętniej zamawianych, czytanych, kopiowanych i oglądanych zasobów Biblioteki Kongresu zaraz po tak zwanej książce sznurkowej stworzonej przez Keitha Smitha oraz kolekcji kieszonkowych globusów. W języku klasyfikacyjnym zbiorów (LCC) Kołonotatnik został oznaczony kodem P876NX783 DK321-6. Pierwsi czytelnicy podkreślali literackie zalety cyklu oraz fakt, że z wydrukowanego tekstu można wytwarzać gustowne ścienne makatki. „To jest tak długie, że aż hipnotyczne” – tłumaczy reporterowi działu miejskiego „Washington Post” czytelnik przedstawiający się jako Cloud Hooper Bukovsky. „Nie znam się na teatrze, zwłaszcza tym z Europy, można by go skąpać w napalmie, a co?, ale te wszystkie słowiańskie literki z ogonkami i kropeczkami, typograficznie rozkraczone nazwy własne, a już zwłaszcza brak zdjęcia autora, sprawiły, że nie mogłem się oprzeć i musiałem w to kliknąć! Przedstawiciele amerykańskiej Polonii podkreślali w kuluarowych, aczkolwiek cytowanych w artykule rozmowach, że są dumni, z tego, jak świetnie Kołonotatnik brzmi w wersji mandaryńskiej, jak chińska interpunkcja wzbogaca jego ukryte sensy i przesłania. „Circlewriting? Wow!” – stwierdza lakonicznie Don Cheat z Pensylwanii, stały bywalec działu literatury słowiańskiej. „Is it really one night weekly job?” – dziwi się stojąca obok niego Monica Berger. Berger jest z Bostonu i z otwartymi ustami przewija odcinek 44. Klika kursorem w linki pod tekstem. Do otwartych ust wpada muszka, ale Monica wdzięcznie odkasłuje i jakby dla odzyskania równowagi emocjonalnej namiętnie całuje Dona. „Tu u nas, w gmachu Madisona, młodzi często całują się przed monitorami…” – wyjaśnia James Corner, starszy bibliotekarz z naręczem zatrzaśniętych w drewnianych ramkach, wielkoformatowych, zadrukowanych cyrylicą gazet macedońskich, które zręcznie rozwiesza na ściennych hakach. „Ale odkąd pojawił się Circlewriting, robią to dwa, co ja mówię, trzy razy częściej!”. Na koniec, niejako z kronikarskiego obowiązku reporter „Washington Post” donosi, że w tłumie gości na premierowej prezentacji nowego zakupu Biblioteki Kongresu dostrzeżono także między innymi Emmę Stone, paru nieżyjących aktorów offbroadwayowskich, reprezentowaną przez hologram redaktor Katarzynę Knychalską i… tu niespodzianka… Jacka Zembrzuskiego! Niestety, w cytowanym artykule nie znaleźliśmy informacji, czy podczas wizyty za Oceanem słynny ronin ostatecznie dograł swój komentarz pod tłumaczeniem Kołonotatnika na mandaryński.

2.
Dalej monitorujemy konflikt wokół toruńskiego Teatru im. Wilama Horzycy. Nie będzie powtórzenia konkursu. Nowy dyrektor zostanie wyłoniony w trybie pozakonkursowym. Urząd marszałkowski zapowiada tylko uprzednią prezentację listy kandydatów, żebyśmy wiedzieli, z jakiego grona będzie sam wybierał swego nominata. Nie podejrzewam, by oczekiwano na tak zwane społeczne i środowiskowe opiniowanie pretendentów. Raczej chodzi o alibi. Przypuszczalnie cześć nazwisk na liście będzie tylko pro forma. Choć może nie wszyscy się na to zgodzą. Właśnie Jacek Weksler, wymieniany długo w gronie możliwych następców Jadwigi Oleradzkiej, z hukiem zdementował pogłoski o swoim zainteresowaniu toruńską sceną. Złożenie oferty pani Magdalenie Piekorz jest świadectwem kierunku, w którym podążają myśli marszałka Całbeckiego i jego doradców. Szefem Horzycy ma być znana twarz, artysta o potencjale medialnym. Ktoś, kim można pochwalić się na sejmiku, wśród zaprzyjaźnionych biznesmenów, z kim można się sfotografować dla lokalnej prasy. Gwiazda, celebryta, aktor, filmowiec. Stąd pomysł z Piotrem Machalicą, a teraz z reżyserką filmu Pręgi. Inaczej nigdy nie zrozumiem, czemu w mniemaniu władzy Piekorz jest lepiej rokującym na przyszłość kandydatem, kandydatem bardziej profesjonalnym, otrzaskanym z materią teatralną i tajemnicami zarządzania niż Romuald Wicza-Pokojski, od kilku sezonów dyrektor Teatru Miniatura, a wcześniej szef offowej sceny. Owszem, film to brzmi jakoś tak dumniej i nośniej niż teatr offowy i teatr lalkowy, ale pozwolę sobie zauważyć, że skromny dorobek filmowy (trzy filmy), szefowanie zespołowi Silesia, nieudane spektakle dramatyczne (też trzy – Doktor Haust, Łucja szalona i Wizyta starszej pani) i jeden świetny musical (Oliver! w Chorzowie) na koncie to jednak niewystarczająca rekomendacja na stanowisko dyrektora Horzycy. Pani Magdalena mogłaby rzecz jasna odnieść sukces, ale musiałaby dostać kilka lat na rozruch, wprowadzenie w życie teatralne i klucze nazwisk realizatorów, bo obecnie, jak podejrzewam, zwyczajnie nie czai bazy. Kompletnie nie wiem, jak poradziłaby sobie z organizacją Kontaktu, jakie ma rozeznanie w europejskim teatrze. Kluczowa byłaby kwestia doboru współpracowników. Jak słyszymy, urząd marszałkowski ma plany przekazania organizacji Festiwalu Teatrowi Muzycznemu albo osobiście Annie Wołek. Gwoli analogii to trochę tak, jakby mnie zaproponować organizację Forum ekonomicznego w Krynicy. Namawiałbym obie panie do wstrzemięźliwości w przyjmowaniu ofert marszałka. Mieć w życiorysie zakładkę pod hasłem Rozłożenie na łopatki solidnego teatru dramatycznego i legendarnego międzynarodowego festiwalu teatralnego wyglądałoby doprawdy paskudnie. Sytuacja wymaga solidarności środowiska, realnie oceniajmy własne kompetencje, nie traktujmy tej posady jako łupu lub wynagrodzenia wieloletnich krzywd artystycznych. I jeszcze jedno: nominat marszałkowski powinien otrzymać akceptację zespołu Horzycy, powinien gwarantować rozwój tej sceny, a nie krok wstecz i parę sezonów zamętu i zastoju. Skoro Wicza nie przejdzie, zespół, Ministerstwo, ZASP, wszelakie lobby winny proponować marszałkowi możliwe kandydatury, a nie czekać na jego ruch i zdawać się na jego intuicje i klucze osobowe. To jedyna szansa na uniknięcie ostatecznej i monstrualnej kompromitacji urzędu i w ogóle trybu poszukiwania i wyłaniana dyrektorów instytucji kulturalnych. Być może marszałek gra na wymęczenie zespołu, środowiska, że jego ruchy zostaną przysłonięte innymi sprawami, nowymi skandalami. Czy jeśli Piekorz się nie zgodzi albo zostanie odrzucona przez zespół, pan marszałek będzie dalej szukał kluczem filmowym? Czy Łukasz Palkowski byłby zainteresowany? Nakręcił w końcu genialnych Bogów, może więc będzie fenomenalnym dyrektorem. Jak coś raz się udało, uda się i drugi, tylko w innej dziedzinie – kombinuje sobie urząd. A nasz laureat Oskara? Czy Małgośka Szumowska między jednym a drugim filmem nie wpadłaby przypadkiem do Torunia? Może Patryk Vega przy okazji kręcenia Krzyżaków wyreżyserowałby cokolwiek na scenie Horzycy? Może Emilian Kamiński rzuci Kamienicę i wybierze uroki starego miasta i smak toruńskich pierników? Albo połączmy Horzycę z warszawskim Teatrem Polonia – może Krystyna Janda potrzebuje trzeciej sceny? Jeśli myślenie marszałka idzie w tym kierunku – strach się bać. Bo jeśli nie gwiazdy, filmowcy i artyści z pierwszej półki, to w końcu – szukani wedle takiego klucza – zgodzą się na ten zaszczyt „półkownicy” z piątej.

Zamieszanie z możliwymi kandydatami lub ich całkowitym brakiem doprowadziło do takiego punktu, w którym chciałbym zaproponować wybór dyrektora Horzycy w systemie pucharowym. Wszystkich chętnych łączymy w pary wedle zasady, że jednego kandydata zgłasza władza, a drugi zgłasza się sam lub jest nominowany przez jakieś gremium. Rysujemy drabinkę i głosujemy. Głosuje zespół, środowisko. Przegrywający odpada. Zwycięzca pnie się w górę, staje do kolejnego pojedynku. Załóżmy, że na jednej z pierwszych kartek do głosowania mamy do wyboru dwóch kandydatów: tego, który bardzo chce i akurat czeka na szansę, z tym, który się waha, nie zna na teatrze, liczy a nuż się uda, ale reprezentuje oczekiwaną przez marszałka rozpoznawalność. Obaj nie gwarantują niczego przewidywalnego. Rozstrzygnięcie mogłoby być wtedy naprawdę zaskakujące. Bo nie tyle na program głosowalibyśmy, ile na emocje, intencje, ochotę. Wiele o kandydacie marszałkowskim mówiłaby choćby taka surrealna, przyznaję, para: Jacek Zembrzuski – Magdalena Piekorz. I chyba nie tylko ja głosowałbym wtedy na Jacka.

3.
Na styczniowej konferencji prasowej zapowiadającej rekonstrukcję spektaklu-dyplomu wydziału aktorskiego PWST Maciej Korbowa i Bellatrix Krystiana Lupy, który miał swoją premierę w 1993 roku, a teraz powraca na scenę Łaźni Nowej, pojawiłem się pełen niepokoju. Nie, nie bałem się, że to nie wyjdzie, że to bez sensu wracać do średniego w końcu przedstawienia, w niepełnej obsadzie tamtego rocznika, i odtwarzać teatr Lupy akurat z tamtego czasu. Lęk wynikał z niechęci do konfrontacji z przeszłością. Do operacji na pamięci. Bo byłem na tamtej premierze, granej w Sali Eksperymentalnej na ulicy Warszawskiej. Pamiętałem grupę młodych ludzi, atmosferę pustki, zawieszenia, takiego wysiadywania nicości i bezruchu, charakterystycznej dla spektakli Lupy z tamtego czasu. W głowie został mi jeden kadr: zblazowana cyganeria obsiadła krzesła, sofy i fotele po bokach; nic nie mówili albo ten język Witkacego wtopił się w ciszę, przestał cokolwiek znaczyć, wyparował z obrazu. Z obu wersji dramatu, bo Lupa wtedy rozcinał wszystkie dyplomy na dwie części, odmienne obsadowo i tematycznie wersje. Tak, jak był później Płatonow wiśniowy i oliwkowy, tak było dwóch Maciejów. Zapamiętałem Teozoforyka Tadka Łomnickiego (bo miał śmieszną myckę na dużej głowie), Korbowę Pawła Deląga (bo był ze wszystkich studentów najwyższy), Bellatrix Maślanki (bo mówiono o niej, że najlepsza i najfajniejsza na roku). Żurawską jako Cajambe, Stanisława Muchę z odstającymi uszami, który zagrał potem dwa epizody w Starym teatrze i wyjechał studiować reżyserię w Niemczech, Przemka Brannego z rudym afro… I tylko to, że siedzą, czekają: w grupie, razem, słabi i bezradni. Na ideę, wizję lub rewolucję, która ich zmiecie. Spłynął po mnie ten dyplom wtedy jak letnia woda pod prysznicem. Nic. Nic się nie zdarzyło. Nie, spektakl nie był niedobry, był letni, jakby Lupa czegoś w nim nie dopowiedział, a młodzi aktorzy nie wydobyli z siebie. I jeszcze to okno wklejone w kieszeń starego aparatu fotograficznego, jakby tunel w ciemność, zaświat i tajemnicę. Postkantorowski obiekt u Lupy. Tak, on intrygował. Tylko nie wiedziałem, po co Lupa go ustawił, do czego potrzebny był postaciom. Na tej styczniowej konferencji siadło za stołem kilku aktorów z tamtego składu, Lupa, asystent Węgorzewski, taki jakiś witkacowski i z nazwiska, i z postawy, oraz dyrektor Szydłowski. Zaczęły się tłumaczenia, wyjaśnienia, dywagacje na temat sensu projektu, potrzeby wracania do dyplomu sprzed lat. W gronie aktorów znalazł się Radek Krzyżowski, młodszy kolega z niższego roku, teraz dokooptowany do teamu jako ciało obce, obserwator, kontestator idei. Mówiły dziewczyny, co z nimi działo się przez te lata po szkole. Odkryłem, że ta śmieszna dziewczyna, grająca męską rolę w tamtym dyplomie, to Barbara Szotek, że jest dziś na etacie w Cieszynie; Joanna Żurawska i Agnieszka Trzyna już nie są w zawodzie. Tak samo Artur Rzegocki, który zaraz po studiach zajął się biznesem. Trzyna przejmująco opowiadała, jak to przez wiele lat nie mogła chodzić do teatru, czuła blokadę, może żal, nie mogła patrzeć na aktorki na scenie. Panowie byli już posiwiali, brodaci, panie w gestach, odruchach, całej tej mowie ciała, a nawet prywatnym ubraniu jeszcze dziewczęce. Ale tylko z daleka. Lupa też jakby starszy, tylko bardziej skupiony i zaciekawiony zarazem. Patrzył na nich jak na przybyszy z innego wymiaru. A ja się czułem tak, jakby ktoś w głowie, w pamięci zaczynał rysować mi po starym obrazku, już teraz jeszcze przed drugą premierą. Podmieniał twarze. Sylwetki, głosy. Siedziałem, słuchałem tych często pełnych goryczy opowieści i starzałem się z minuty na minutę. Na kwietniową premierę przyszedłem już siwy i zgarbiony. Trzy rekonstrukcyjne akty przeleciały jak z bicza trzasł. To był trzeci spektakl w secie, już bez Lupy na widowni. Do kadru, który został w pamięci, dołączyły nowe, te odtworzone. Ale pokój jakby zmienił wymiary, akcja, czyli cisza i czekanie, leniwe rozmowy, próby wizji i buntu uległy kondensacji, wszystko działo się szybciej niż wtedy, dwadzieścia dwa lata temu. Pomyślałem, że to powinni grać o trzeciej w nocy, kiedy część widzów jest po alkoholu, a część w sennym letargu. Kiedy rozmywają się granicę między młodością a dojrzałością. Kiedy twarze już nic nie udają albo udają wszystko. Świetnie zakomponował się w tym świecie Radek Krzyżowski, mniej dynamiczny i ekspansywny niż zwykle w rolach w Teatrze Słowackiego. Jakby cały czas przyglądał się kolegom, badał, co on, intruz, może w tym świecie zrobić, jakim być. Niesamowitą scenę widzenia, wróżenia miała Bellatrix Maślanki, podwieszona na linkach do sufitu, składająca ofiarę z siebie na tle ekranu. Paweł Deląg wrócił do roli Macieja silniejszy, nie tak narcystyczny jak dawniej, może zmęczony, jakby robiący pierwszy bilans kariery. Przebudzenie kochanek-mścicielek Kajambe i Ballatrix w drugim akcie było lepkie, osowiałe, zawstydzone. Jakby Maślanka i Żurawska przespały dwadzieścia lat i wyszły z łóżka dokładnie teraz, na oczach widzów. Co innego znaczy dziś rewolucja, która zaczyna się w mieście, gdzie działa sekta Macieja Korbowy. To, co idzie po bohaterów Witkacego, po aktorów Lupy, to bardziej starość, stupor, niespełnienie i bezradność wobec przemijania niż historia i wielka zmiana. To powtarzanie ról sprzed lat mogło stać się dla grupy aktorów seansem terapeutycznym, ale zatrzymali się gdzieś indziej. Jakby przed lustrem czasu. Szukali w sobie siebie sprzed lat. I to wyszło w detalach, grymasach, przeczuciach. Tylko że cud się nie stał. Nie odmłodnieli, nie dostaną drugiej szansy. Na widowni pół na pół – siwi i łysi jak ja i młodzież. Jedni wspominają, drudzy rekonstruują. I, podejrzewam, widzą zupełnie inne spektakle, oglądając jeden i ten sam. Mnie ten powidok wzruszał i denerwował, uruchamiał pamięć i niszczył to, co jednak zapamiętane. Może i byli tacy widzowie, którzy z tego Macieja Korbowy uczyli się dawnego alfabetu teatru Lupy. Czwarta część spektaklu wyreżyserowana przez Węgorzewskiego to rekonstrukcja pierwszego spotkania grupy po latach, jednej z prób. Szansa na powiedzenie sobie i widzom, co ja tu robię. Znów przejmująco wypada Agnieszka Trzyna, która mówi wprost: to nie ma sensu, po co do tego wracać, do jednej jedynej roli, jaką zagrałam, mam swoje życie, nowe, swoją siebie. Za mało jednak w tym epilogu prucia bebechów, dyskusji o istocie projektu. Aktorzy nie komentują spektaklu, nie opowiadają o swoim stosunku do Lupy, do swojej kariery. Nie ma spowiedzi. Jest imitacja sytuacji pełnej potencjalnych napięć, nakładania prywatnego na fikcyjne, obecnego na przeszłe. Ale ani to diagnoza, ani komentarz. Rozczarował mnie ten finał. Bo czułem się wtedy trochę tak, jakbym stał pośrodku ruin i nie umiał rozpoznać, jaką budowlę kiedyś tworzyły i co teraz warto z tych zwalonych kamieni ułożyć.

4.
W tym czwartym akcie, epilogu Macieja Korbowy, Tadeusz P. Łomnicki czyta, a właściwie mamrocze pod nosem znaleziony w gazecie codziennej fragment relacji o niszczeniu starożytnej Hatry przez buldożery Państwa Islamskiego. Radek Krzyżowski woła wtedy w furii: „Skurwysyny!”. Z jednej strony ruiny spektaklu, wskrzeszanie umarłego królestwa, z drugiej współcześni barbarzyńcy w buldożerach rozjeżdżający marmury, portyki i bramy. Co to jest Hatra dziś? Kolumny, które stoją na pustyni i podtrzymują suche niebo.

Jest takie słynne zdjęcie, pokazujące zrekonstruowaną świątynia boga mrn, czyli Marana „naszego pana”. I teraz to zdjęcie kłamie. Już nie ma tej świątyni. Tak jak i nie ma wysadzonego miasta. Hatra, założona już po upadku monarchii Seleukidów, arabska stolica państewka szamocącego się między Rzymem a imperium partyjskim, a potem sassanidzkim. O jej mury połamały sobie zęby armie cesarzy Trajana i Septymiusza Sewera. Powinna być symbolem arabskiego trwania, tradycji, oporu wobec Zachodu albo współistnienia cywilizacji. A zniszczyli ją bojownicy Państwa Islamskiego nienawidzący krzyżowców, czyli Amerykanów. Żadnej przeszłości. Żadnych murów, żadnych ruin. Tylko księga. Zniszczono Hatrę i zawyliśmy, my turyści, my z Zachodu. Za chwilę zniknie inne miasto, wysadzą Palmyrę. I znów będziemy drzeć się, protestować, wyć. Głośniej niż wtedy, kiedy ISIS zabijało Jazydów. Zniszczenie ruin robi na nas większe wrażenie niż gwałty, egzekucje i cierpienia arabskich cywili na Bliskim Wschodzie. Tak jest. Jakby najważniejsze, istotniejsze niż te pół tysiąca ludzi zabitych w walkach o Palmyrę i dwa tysiące koło Hatry było nasze, moje cierpienie fizyczne po uświadomieniu sobie, że tej kolumny, tego muru, artefaktu, płaskorzeźby więcej nie będzie. Nad kupą kamieni będą latać drony z kamerkami. A ja nie dotknę tamtej pamięci.

20-05-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-05-21   09:46:25
    Cytuj

    z będącym ze mną po imieniu od jakiegoś ćwierćwiecza Łukaszeńkiem kłopot na tym polega, że wydaje mu się, iż tworzy literaturę, w istocie produkując plotki. Owszem, moja książka została zakupiona przez Bibliotekę Kongresu USA, co mnie cieszy, bo to jest d o b r a i przenikliwa diagnoza sytuacji, którą ŁD współtworzy i opiewa. Zakupiona w dwóch egzemplarzach, bo Buchwaldowa (IT -Prospero), jak zwykle okazała się nieprzewidująca. A propos B to pytam Drewniaka o H? Wystąpienie (w GW) Agnieszki Holland z dramatycznym pytaniem : DLACZEGO - Weksler został "sczyszczony" z jakiegoś tam konkursu w telewizorze? Ponieważ kiedyś u Meisnerowej robiłem spektakl Wieniedikta Jerofiejewa p t "dlaczego", w wyniku którego ona wyleciała z teatru i jako kopniak w górę wylądowała w Toruniu, gdzie mnie natychmiast zaprosiła, więc disnponawiam pytanie. Dlaczego Drewniaku upierasz się przy bezzasadnej propagandzie, że w Toruniu pracowała fachowa i bezstronna komisja, której owocem było wyeliminowanie ośmiorga kandydatów, wśród których byli dyrektorzy teatrów, świetny aktor, szef stowarzyszenia, by o twórcach "Dziadów", czy, tak jak ja "Wyzwolenia", "Świętoszka", "Ślubu", "Idioty", "Biesów", "Woyzecka", "Panny Julii", czy "Moskwy-Pietuszki" nie wspominać nasładzając się teatrem amatorskim, lalkami, asystenturami i byciem adeptem i znajomym w ministerstwie. Czyli pozwalam sobie zapytać o profesjonalizm. I o krowę Kalego, więc obrotowo-podwójną moralność, Twoją też. Ukłony www.jacekrzysztof.blog.onet.pl