AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 57: WKURW

 

1.
Teatr z widokiem na cmentarz

Będzin. Brońmy teatru Dzieci Zagłębia im. Jana Dormana! Nie wiem, jakim człowiekiem trzeba być, co mieć w głowie, co przeżyć w dzieciństwie, żeby w dojrzałym wieku, sprawując urząd starosty, szukać dodatkowych oszczędności budżetowych w i tak niedoinwestowanej kulturze. Zamknęlibyście dom kultury, do którego chodzi na zajęcia wasze dziecko? Zlikwidowalibyście teatr, do którego pierwszy raz zaprowadziła was pani przedszkolanka? Jak żyć bez empatii, bez potrzeb kulturalnych wyższych, z samym kalkulatorem w głowie? Nie ma nic do rzeczy z jakiej partii jest pan starosta będziński (w jednych województwach za działaniem na szkodę teatrów stoję urzędnicy z PO, w innych z PiS), ważne, że chce wycofać się ze współfinansowania teatru. Teatr prowadzony przez Gabriela Gietzkiego jest jednym z najbiedniejszych w kraju (dotacja 1 700 000); suma, której odmawia mu starosta to w dużych teatrach ledwie koszt jednej premiery. Zgoda, pewnie rejon jest biedny, miastu potrzeba karetek, dróg, etatów administracyjnych. Ale to zawsze będzie dylemat władzy – dać na infrastrukturę czy sypnąć kulturze? Jednak zamykanie teatrów to w przestrzeni symbolicznej gest równie mocny, co burzenie bibliotek i palenie książek. Zamkniętego teatru nie da się prędko otworzyć/odtworzyć. Proszę popatrzeć na przykład Grudziądza. Długie lata wierzyłem w siłę argumentu, że miasta, które stać na utrzymanie teatru, nawet lalkowego, jak Łomża, Będzin, Słupsk stoją w kulturowej hierarchii o stopień wyżej niż Przemyśl, Zamość, Nowy Sącz, gdzie stałego teatru nie ma. Choć miasta mniejsze, uboższe. Teatr to jednak była aspiracja do innego świata, bilet wstępu do innego artystycznego obiegu. A teraz pan starosta mówi, że to fanaberie, koszta niepotrzebne. Realnie – nikt tego nie odczuje, dzieci zostaną jak pan starosta przed telewizorami, ostatni teatromani pojadą do Zabrza, Sosnowca i Katowic, aktorzy skończą na bezrobociu. Ale jest jeszcze ten drugi wymiar sprawy – nazwijmy go wymiarem historycznym. Czy ktoś naprawdę chce mieć w notce biograficznej, w kronice miejskiej informację, że zlikwidował teatr, zniszczył coś, co istniało? Przyznał się, że nie dość, że jesteśmy biedni, to jeszcze chcemy być głusi i nieczuli na sztukę, kulturę, teatr. Nie lubimy niszczycieli. Bizantyjscy kronikarze mścili się na nielubianych cesarzach, jak na Konstantynie VII, ikonoklaście, nadając mu na wieki kompromitujący przydomek – w tym wypadku Kopronim. Łajnonim. Cesarz o Gównianym Imieniu. Konstantyn Kupa. Może to jest jakaś metoda walki z władzą, która nie chce słuchać i niszczy zamiast budować? Historycy owszem, doceniają dziś zasługi polityczne owego cesarza, tłumaczą jego religijny zapał do niszczenia obrazów i posągów świętych, ale imię-stolec zostało. ZASP zaproponował pikietę pod teatrem. Może jednak protestujący obywatele i artyści, o ile przyjdą z transparentami i gwizdkami, z kukłami i oponami do spalenia, powinni jednak udać się pod starostwo albo, jak proponował nie tak dawno Piotr Duda, pod prywatne mieszkanie urzędnika. Można by tam porozmawiać o roli jednostki w dziejach. Jak bardzo czyny i myśli kogoś wybitnego lub niewybitnego mogą decydować o życiu zbiorowości? Tak, system jest zły i niewydolny, ale celowe działanie jednostki może go uczynić jeszcze bardziej nieprzyjaznym i opresyjnym.

Swoją drogą lokalizacja teatru w Będzinie jest metaforą kondycji polskich scen en masse. Tuż przy teatrze za murem znajduje się cmentarz, jak się idzie do gabinetów, to z pierwszego piętra można pokontemplować świeże nagrobki. Patrząc dalej widzimy autostradę, a za nią dymiące kominy huty Katowice. Kiedy byłem w Będzinie w teatrze, pomyślałem, że to najsmutniejsze miejsce na świecie. Jak tu robić teatr dla dzieci przy samym cmentarzu? A oni jednak robili! I chcą dalej walczyć. Nie pamiętam już tytułu przedstawienia, które wtedy w Będzinie widziałem, ale pamiętam ten skok nastroju i emocji. Z przygnębiających okoliczności przyrody prosto w bajkowy świat, muzyki, śmiechu i przygody. To samo muszą czuć dzieci, które tu przychodzą. Może właśnie dlatego teatr powinien tu zostać. Teatr robiony w najsmutniejszym miejscu w okolicy przekornie pokazuje, że na świecie jest nie tylko smutek.

Panie starosto, niech Pan nas nie zasmuca.

2.
Powyborcze lęki generała Zajączka

Nie wiadomo już, kto po nas idzie szybciej: PiS czy „wkurwieni” Pawła Kukiza. I co z nami zrobią, jak już przyjdą. Zaiste piękna będzie jesień tego roku. Jest nadzieja, że spełni się wreszcie któraś z katastroficznych przepowiedni Pawła Demirskiego. Szkoda, żeby się takie fajne wizje marnowały. Spektakle Moniki Strzępki sugestywnie odmalowywały spodziewane nieszczęścia, jakie „już za chwileczkę, już za momencik” na nas spadną. A tu nic. Cisza, spokój, zielona wyspa. Nie było kryzysu roku 2012 (Tęczowa trybuna), totalnego krachu systemu finansowego (Śmierć podatnika), demaskacji liderów fundacji pomocowych wyręczających społeczną wrażliwość państwa (Opera gospodarcza), dyktatury diety i przymusowego zdrowego trybu życia (Bierzcie i jedzcie!), paraliżu na kolei (Firma), drugiego przyjścia Jezusa i fizycznego unicestwienia polskiej klasy politycznej (Klątwa 1,2,3). Oczywiście nie każdy artysta musi być zaraz spełnionym prorokiem, w końcu działa bardziej w sferze przeczuć niż prognoz ekonomicznych. Ma prawo się mylić. I w końcu przyzwyczajamy się do tego, że on po prostu pięknie się myli. Aż przychodzi taki straszny czas, w którym materializują się hiperbole. Piękne pomyłki są już brzydką teraźniejszością. Myśleliśmy dotąd (my, czyli ja i literki), że Demirski to twórca rewolucjonista, kontestujący ład społeczny i kulturowy, nawołujący do przewrotu myślowego, odwrócenia sojuszy estetyczno-moralnych. Po głębszej analizie kilku jego ostatnich dramatów ze szczególnym wskazaniem na Nie-boską komedię. Wszystko powiem Bogu!, zmieniam zdanie. Wydaje się, że mamy tu do czynienia jednak nie z rewolucjonistą, a z poetą katastrofistą. Rewolucja to w końcu tylko jeden z wielu sposobów iluzorycznego kontrolowania katastrofy. W pewnym sensie uderzenie wyprzedzające. Reakcja obronna. Demirski nigdzie nie mówi, że chce rewolucji, co najwyżej żądają tego jego bohaterowie, ani nawet nie definiuje wprost, jaka ta rewolucja będzie. Po prostu wieszczy, że nadejdzie, czy tego chcemy, czy nie. Uwaga, idzie zmiana! Strasząc, oswaja nas i siebie z sytuacją. Wskazuje pola przyszłego uderzenia. Póki to było gdzieś daleko, w przyszłości, mogliśmy interpretować katastrofizm poety jako ekstrawagancję polityczną, kontestację układu społecznego w imię idei. Kiedy Wielka Zmiana jest tuż tuż, Demirskiemu, tak jak i nam, zostaje tylko lęk. Jak ja się w tym wszystkim odnajdę? Jakie błędy popełnię? Co mnie zgubi, a co może ocalić? Płynąć z falą czy bronić tego, co miałem?

Andrzej Duda wygrał wybory, ale jakoś mnie to nie wystraszyło. To jesień będzie kluczowa. Idą ciężkie czasy dla wszelkiego politycznego centrum, przy czym centrum nie oznacza tu wcale oportunizmu, ale postawę rozjemczą, okopy rozsądku wobec patriotycznego i narodowego wzmożenia. Bo ta rewolucja, którą wieszczył Demirski, nie przychodzi z lewej, ale z prawej strony. I najpierw walnie nie w swego naturalnego wroga, tylko właśnie w centrum. W głupie sieroty po Unii Wolności, w nas, z przymusu i z obrzydzenia głosujących na Platformę, bo przecież „jak nie oni, to kto nas obroni”? Kiedy eksrockman Kukiz macha flagą narodową, krzyczy, że na straży honoru Polski stać będzie i za Polskę odda życie – cierpnie mi skóra. Bo skoro zwariowali tacy fajni kiedyś ludzie, to jakie my mamy szanse? Frustraci i boży pomazańcy na czele batalionów młodziaków wychowanych w katolicko-patriotycznej szkole, którzy chętnie pójdą walczyć i ginąć za Rzeczpospolitą, przerażają mnie bardziej niż cwaniaki z PiS-u, zajmujące się lustrowaniem kolegów  z dawnej opozycji i religią smoleńską. Nie boję się o pracę, nie boję się nowych porządków w kulturze, choć nastąpią, choć z punktu widzenia estetycznego i intelektualnego będą bolesne. Gorzej z dyskomfortem obywatelskim. Bo co poza ogłoszeniem totalnego „dezinteresmentu” pozostanie ateiście, liberałowi z odchyleniem socjalnym, w takiej Polsce Kukizowo-PiS-owskiej? Jak bardzo skurczy się przestrzeń mojej identyfikacji z państwem? Sorry, nie założę biało-czerwonej opaski, nie wezmę udziału w mszy polowej za Ojczyznę, nie będę bronił Lasów Państwowych. Nie płaczę podczas hymnu, frazę z piosenki T. Love Alternative „ojczyznę kochać trzeba i szanować, nie deptać flagi i nie pluć na godło” zawsze odbierałem jako satyryczną, ot, taki zbiór niepraktycznych frazesów, a dziś podobno młodzi śpiewają ją serio. Kibicuję Evertonowi i reprezentacji Urugwaju, a prawdziwe święto piłki jest wtedy, kiedy nasi nie grają na Mundialu lub Euro. Jestem pacyfistą do szpiku kości, Niemców podziwiam i szanuję, Ruskich lubię, a kibole to nie są polscy patrioci i Żołnierze Wyklęci, tylko bandyci, faszyści i skurwysyny. Krytyków teatralnych o narodowo-prawicowych poglądach szanuję, aczkolwiek nie polecam. Nie płaczę, że młodzi wyjeżdżają za pracą za granicę, bo Dublin to nie Donieck ani Damaszek, przynajmniej poznają świat i języki. W Hiszpanii głosowałbym na Podemos lub Obywateli, w Grecji nie popierałbym Syrizy. Nie za bardzo wyglądam na Polaka, bardziej na Turka lub Pakistańczka i pewnie za chwilę, tak jak niedawno w Petersburgu, dostanę za to w łeb dzięki rasowemu wzmożeniu. Nie jesteśmy fajnym narodem. Ani tym bardziej mądrym.

I właściwie nie wiem, czym jeszcze mógłby mnie Paweł Demirski wystraszyć. Może sztuką o miłości?

3.
Głos przeciwko tatuażom

Czy ciało aktora jest prywatne? Czy może z nim zrobić co chce – roztyć się, ponakłuwać metalem, zmienić płeć? Niby artysta jest wolny, niby życie dopuszcza różne przypadki, ale jakoś nie widziałem, by w zawodowych zespołach byli aktorzy okaleczeni na skutek wypadków losowych. Grubasów też coraz mniej. Za chwilę będzie problem, żeby obsadzić tradycyjnie Falstaffa, chyba że któryś z aktorów przyjmie metodę Roberta de Niro z okresu pracy nad Wściekłym bykiem. Ale mieliśmy mówić o tatuażach. I nie o takich naklejankach, dwutygodniowych z henny czy wymalowanych czarnym flamastrem, jak blizny na łysej głowie Adama Nawojczyka w Nie-boskiej… czy strzałkach na nagim ciele Viviany Magdaleny Boczarskiej w Merlinie Spišáka. Ciało aktora służy do gry, do rysowania i udręczenia na scenie. Skoro jest aktorskim instrumentem, gra się na nim jak na czymś obcym, odłączonym od psychologii preferencji estetycznych osoby prywatnej. Na czas prób i spektaklu nie jest w pewnym sensie jego własnością: należy do reżysera, kostiumologa, kolektywu aktorskiego. Do funkcji scenicznej lub postaci. I do widza wreszcie. No i gra sobie aktor, rozbiera się, a tu na nodze, brzuchu, pupie, kostce, plecach, przedramieniu, piersi tatuaż. Albo napis, albo obraz. Co z tym zrobić? Udawać że tego nie ma, że to prywatne, czy analizować tak, jakby to była własność postaci? Jeśli postaci – to do jednych tatuaże pasują, do drugich nie. Podpisane, ostemplowane ciało wprowadza semiotyczny dyskomfort. Oglądałem Lalkę Farugi i rzuciły mi się w oczy dość podobne tatuaże na kostkach Karoliny Adamczyk i Julii Wyszyńskiej. Siostry czy co? Członkinie tajnej sekty? A może dyrektorzy Łysak i Sztarbowski wprowadzili na ciała aktorów znak firmowy? Gościnnie grający Marcin Czarnik (Narodowy Stary Teatr) miał inny! I tak mi się przypomniały wszystkie tatuaże Romy Gąsiorowskiej, dziary Tomasza Karolaka i innych polskich artystów. Coś, co w prywatnym życiu wygląda sexy i jest na przykład pamiątką z wakacji, na scenie do większości ról nie pasuje, przenosi obnażone ciało aktora do przestrzeni innej umowności. Swego czasu Kazimierz Dejmek zakazywał swoim aktorom gry w reklamach; czy znajdzie się odważny dyrektor, który powie załodze: „Sorry, kochani, pracujecie u mnie, więc zarządzam także waszymi ciałami. Aktor musi być jak niezapisana kartka. O tym, co na was rysujemy, decyduję ja i moi koledzy reżyserzy”. Chcesz mieć tatuaż – zostań muzykiem rockowym albo Dodą. Nie chcę wyjść na purystę, ale w dobie coraz powszechniejszej mody na tatuaże teatr powinien uregulować tę sprawę. Albo zapomnieć o pewnych konwencjach scenicznych. Chyba że istnienie tatuaży będzie pretekstem do powszechnej wstydliwości. Nikt na scenie nie będzie się już rozbierał, bo napisy typu: „Kocham Radka Rychcika!”, „Barbara Wysocka skradła mi serce!”, te ogniste krzyże i róże Wschodu będą wprowadzały niepożądany zamęt interpretacyjny albo co najgorsze śmieszek na widowni. Profesor Paganel z Dzieci kapitana Granta Juliusza Verne’a, wytatuowany omyłkowo przez przyjacielskich Maorysów od stóp do głów, chodził do ostatniej strony powieści zapięty pod szyję, mimo panujących upałów. Stawiało to pod znakiem zapytania wszystkie jego małżeńskie plany.

4.
Strzeżcie się czółenek!

Znam jednego reżysera, który nienawidzi aktorek chodzących po scenie bez butów, ale w pończochach. „Chcesz chodzić bez butów – chodź na bosaka!” – krzyczy wtedy. Nie do końca rozumiałem przyczynę jego wkurwu, póki nie zaczęły doprowadzać mnie do szału tak zwane czółenka. Wiecie, takie wsuwane bezobcasowe ciżmy na nogach aktorek. Połączenie bamboszy ze skarpetkami. W zestawieniu na przykład z leginsami daje to widok potworny. Aktorki zaczynają tuptać i dreptać jak pensjonarki w przerwie międzylekcyjnej. Bardzo rzadko reżyserowi, aktorce i scenografowi chodzi o tak zwany efekt ruchowy. Barbara Wysocka u Armina Petrasa w Ósmym dniu tygodnia grała na scenie w japonkach. Kłapała nimi na glinie i w błocie, jakby w innym rytmie niż reszta postaci. Obca, wolniejsza, niepewna każdego kroku, bo a nuż to diabelstwo zsunie się ze stopy, uchwyt spomiędzy palców wyleci. Patrzyło się na to jej szamotanie się z klapkami z fascynacją, tak jak patrzymy na rytuały Japończyków zmieniających obuwie przed przejściem z pomieszczenia do pomieszczenia, krok samurajów, szuranie Holenderek w drewniakach… Ale chodzenie i bieganie Wysockiej nie odwracało uwagi od postaci, którą grała, tylko coś z jej motywacji tłumaczyło. Niestety, czółenka tylko złoszczą i odpychają. Jakże inaczej prezentuje się aktorka w trampkach, martensach, szpilkach, botkach, kaloszach, baletkach, sandałach! Adidasy – to temat na oddzielną rozprawę. „Teatr zaczyna się od butów” – mawiał Andrzej Wanat. I jak zwykle miał rację. Choć nie dam sobie głowy uciąć, czy za jego czasów już weszły na scenę te potworne czółenka.

5.
Horror z wyświetlaczami

Protestuję przeciwko procederowi sprawdzania w teatrze, która jest godzina na wyświetlaczu komórki. Widzu drogi, cóż ci uczyniłem, że świecisz mi w oczy w kluczowej scenie? Czemu nikt nie nosi zegarka na rękę? Czy naprawdę musisz zostawić sobie komórkowe wibracje? Dlaczego musisz napisać tego esemesa właśnie podczas spektaklu Lupy, sprawdzić facebooka i wynik meczu? Podczas seksu też to robisz, bucu jeden? Przepraszam, ale moja cierpliwość się kończy. Dołączam do Wkurwionych. Odtąd, od 27 maja wyrwę każdemu świecącemu mi w oczy sąsiadowi na widowni jego megahiperodlotowy gadżet komórkowy i albo walnę nim o ścianę, albo schowam i nie oddam. Duzi faceci może się obronią, ale dziewczynom nie podaruję. Strzeżcie się, wyświetlaczowe terrorystki, nadchodzi mściciel! 

6.
Żadnych cmoków!

Zakazuję niniejszym całowania się w teatrze! Dlaczego pary przychodzą na przedstawienie, siadają obok siebie i trzymają się za ręce? Czy więcej wtedy widzą i rozumieją? Dlaczego przytulają się akurat na Dziadach Zadary albo Królu Ubu Klaty? Czy to są do cholery spektakle o miłości? A może każdego dnia jest Dzień Świętego Walentego? Drodzy zakochani, pamiętajcie, że na widowni są jeszcze inni ludzi, ci którzy akurat przyszli sami i nie mają nikogo do szybkiej teatralnej macanki albo są na nią zwyczajnie za starzy. Trochę empatii, bo jak się jest starym i obleśnym, publiczne czułości młodych to cios w samo serce. A jeśli na dodatek dzieje się to w teatrze – cóż, w teatrze jakoś tak wszystko bierzemy do siebie.

7.
Pilne! Z ostatniej chwili. Kronika towarzyska

Niestety, powiedziałem też Piotrowi Olkuszowi.

8.
Dział zaczepek i replik kulturalnych

Kibice Klubu Arka Gdynia serdecznie pozdrawiają pana Przemysława Guldę. Życzą mu dużo zdrowia i wielu sukcesów na niwie literackiej, ale jednocześnie grzecznie proszą, by „bardzo szybko sobie stąd poszedł nie wiadomo gdzie” i „dokonał aktu prokreacyjnego na samym sobie”. Oj-joj! Nieładnie. Z niejakim niesmakiem cytujemy słowa rozsierdzonych fanów futbolu, desperacko próbując zrozumieć, czym naraził się im sympatyczny skądinąd autor. Jak się dowiadujemy, furię ultrasów wywołał tekst pana Przemysława, w którym na podstawie jednego meczu z niewygodnym rywalem autor negatywnie ocenił grę ich zespołu w całym sezonie. Kibice tłumaczą, że zawodnicy drużyny przeciwnej stosowali pressing na całym boisku, że zawsze murują bramkę, a na dodatek grają z kontry, atakując na obu skrzydłach naraz. Jak grać z takim przeciwnikiem? Iść na wymianę ciosów, faulować na całej linii, postawić na futbol destrukcyjny? Arka Gdynia wyznaje inną, nieagresywną wizję futbolu! Wierzy, że istotą tej gry zespołowej nie są szybko strzelone bramki, tylko sam fakt rozgrywania piłki, znacząca procentowa przewaga w jej posiadaniu, stworzenie potencjalnego zagrożenia na połowie rywala. Gol zapowiedziany, gol możliwy, ale ostatecznie jednak niestrzelony może przybrać w świadomości widza (i przeciwnika!) formę rzeczywistego zdarzenia. I jest znakiem swoistej filozofii boiskowej. Przecież Arka Gdynia mogła w każdej chwili kopnąć piłkę w światło bramki, a jednak tego świadomie nie uczyniła. Czemu? Dlatego, że od tak zwanego „meczu walki” zawsze woli obopólne uniknięcie kontuzji, nad piękną porażkę przedkłada porażkę najskromniejszą z możliwych, ewentualnie bezbramkowy remis. Rywale byli silniejsi, zwyciężyli, ale… nie pokazali wszystkiego, co potrafią. Powstaje pytanie, co to za sztuka wygrać z drużyną, która sama wygrać nie zamierzała? Odpowiedź brzmi: żadna! Zwycięstwo smakuje inaczej, gorzej, zostaje szybko wyparte jako niepełnowartościowe. I kto wtedy naprawdę, moralnie, choć niestety już po czasie wygrywa? Arka Gdynia! Nazywamy ten styl gry „tiki-taką w fazie zen”, swoistą gdyńską „arką przymierza” między gospodarzami a drużyną przyjezdną. Szkoda, że Przemysław Gulda tego nie zrozumiał. Cóż jednak wymagać od sprawozdawcy sportowego przywiezionego w teczce tylko na jedno spotkanie.

9.
Lekcja muzyki

W Pelci, czyli jak żyć, żeby nie odnieść sukcesu Joanny Szczepkowskiej bardzo lubię jedną scenę. Szczepkowska gra w tym przedstawieniu niejaką Martę Morską, cudownie dziecko peerelowskiej pianistyki, laureatkę wielu konkursów, gwiazdę, która zniknęła z życia publicznego, ukryła się w kamienicy z tajemniczą tytułową Plecią, może zmorą, może wymyśloną przyjaciółką albo prawdziwą, upierdliwą ciotką-piastunką. Morska żyje biednie, pewnie lekko ześwirowała, ale jest wolna. W końcu jednak kończą się pieniądze, komornik wynosi jej z mieszkania fortepian. Morska jednak gra dalej na blacie stołu, rzec by można, gra na sucho, jak w tym pływaniu bez wody, tylko na dywanie. Uderza w niewidzialne klawisze, muzykę słyszy w głowie. Kiedy nachodzi ją młody akwizytor-ubezpieczyciel – w tej roli Jan Jurkowski, też muzyk z wykształcenia – Morska prosi go w pewnym momencie, żeby też zagrał dla niej jakiś utwór, powiedzmy, że Etiudę rewolucyjną. Nie wiadomo, czy nieufna kobieta chce go sprawdzić, czy rzeczywiście jest muzykiem, czy dopuszcza do swojego wyobrażeniowego świata. Chłopak odkleja się na chwilę od komórki i w ciszy przebiera palcami po nieistniejącej klawiaturze. Stół zmienia się w fortepian. Cisza. Słuchamy. Morska Szczepkowskiej uważnie obserwuje jego ruchy, mówiąc kolokwialnie –patrzy mu na ręce. I w końcu mówi: „O, wiedziałam, że pan się tu pomyli”. Prawdziwy palec trafił na niewłaściwy niewidzialny klawisz. Morska usłyszała fałszywy bezgłośny dźwięk. Suche stało się mokre.
Pisanie o teatrze bardzo często bywa właśnie uderzaniem w taki niewidzialny klawisz. Albo obok niego. Zawsze obok.

27-05-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (6)
  • Użytkownik niezalogowany Gramofon
    Gramofon 2015-05-29   22:24:24
    Cytuj

    Pilne: Łukasz Drewniak rozwalił napisał(a):

    Chce Pan bronić teatru z Będzina, a przy okazji doprowadził Pan do zamknięcia najlepszego teatralnego walla w tym kraju. Gratuluję.
    Jeśli nie ma jak zrobić sensacji wokół swojej osoby to najlepiej w taki sposób - wielki krytyk upadł! Swoim zachowanie pokazał tylko, że jest pustym i zadufanym w sobie człowiekiem który już jakiś czas temu zagubił się w swoich kompetencjach. Dzisiaj jest ostatni dzień kiedy czytam Kołonotatnik! A ten komentarz jest oficjalnym zakończeniem mojej czytelniczej przygody.

  • Użytkownik niezalogowany Pilne
    Pilne 2015-05-29   19:07:16
    Cytuj

    WKURW to będzie dopiero za Pilne!

  • Użytkownik niezalogowany Pilne: Łukasz Drewniak rozwalił
    Pilne: Łukasz Drewniak rozwalił 2015-05-29   08:47:03
    Cytuj

    Chce Pan bronić teatru z Będzina, a przy okazji doprowadził Pan do zamknięcia najlepszego teatralnego walla w tym kraju. Gratuluję.

  • Użytkownik niezalogowany czytelnik
    czytelnik 2015-05-28   10:12:17
    Cytuj

    Jacek Zembrzuski jak zwykle w formie - chamski i brutalny

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-05-27   22:59:14
    Cytuj

    Łukasz - bredzisz! W 2-ce

  • Użytkownik niezalogowany Katarzyna
    Katarzyna 2015-05-27   17:03:22
    Cytuj

    Czółenka to buty na obcasie.