AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 61: Lupa i inne potwory

Plac bohaterów, reż. Krystian Lupa,
Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny  

1.
Po premierze Wymazywania Piotr Skiba opowiadał, że gra Franza Josefa Murnaua w autentycznych butach Thomasa Bernharda. Dostał je od brata pisarza i podobno pasowały idealnie. Ugryzłem się wtedy w język i nie zapytałem, a szkoda, co wtedy podczas tego w pewnym sensie spotkania na szczycie otrzymał na pamiątkę Krystian Lupa. Skoro Skiba –aktor i najczęściej twórca kostiumów w Lupowych spektaklach – dostał buty, co wy byście dali wielkiemu reżyserowi, gdybyście byli bratem słynnego pisarza? Oczywiście można dopytać samego Lupę, ale właściwie po co? Nie jesteśmy zwolennikami sprawdzania u źródeł. Niech lepiej pracuje wyobraźnia, niech nam się śni po nocach ta scena obdarowywania, dzielenia się cząstką materialnego świata Bernharda. Co to mogłoby być? Na pewno żaden rękopis, książka z notatkami pisarza ani pióro, ani kubek, ani koszula czy marynarka. Po co Lupie koszula po Berhardzie? Zakładałby ją pod sweter na próbach albo na te swoje kultowe T-shirty? Gdzie tam! To powinien być inny, bardziej surrealny i niesamowity dar. Coś absolutnie niepraktycznego i symbolicznego zarazem. Coś, co trzeba wynieść chyłkiem, ale prawie się nie da, bo może niekoniecznie się to dostało, a raczej wzięło samemu…

To gdybanie o możliwym, aczkolwiek niekoniecznie istniejącym i znaczącym prezencie dla Lupy, nakłada mi się na dwie teatralne sceny. Najpierw na finałową ucieczkę narratora z koszmarnego przyjęcia w Wycince, kiedy Skiba-Bernhard wreszcie wychodzi, zabiera palto z wieszaka w korytarzyku i idzie przez scenę, a wtedy razem z nim uciekają z tego piekła litery na ekranie, monolog aktora zmienia się w widzialny tekst, bo narrator już zaczyna o tym piekle pisać albo postać sceniczna zamienia się na powrót w literaturę. Mamy wówczas wrażenie, że bohater Skiby, ba – on sam, a przez niego i Lupa – coś z tych kilku godzin straszliwej obecności ukradł i niesie pod czaszką, na końcu języka, niesie stos liter, wypluwa z siebie na ekran słowa i zdania, którymi dotąd cały czas podpisywał uczestników artystycznej stypo-biesiady. Druga scena pochodzi z Wymazywania: Murnau i siostry odsłaniają zasłony w nieużywanym od wojny, naznaczonym nazistowską obecnością pokoju w Wolfsegg. Pokój nagle zyskuje oddech i światło, ale nie czuć ulgi w powietrzu. Ze środkowej ściany prosto na widza patrzy wysokie, zwieńczone półkolem okno. Nie widać, co jest za nim. Park – góra – ogród – podwórze? A może to okno zostało symbolicznie zamknięte na przeszłość? Gdyby je otworzyć, dobiegłyby nas dźwięki podobne do tych, jakie słyszał zza okna Konrad z Kalkwerku. Otchłań gada, otchłań szepcze. Zobaczylibyśmy wszystko to, co rodzice Franza chcieli ukryć przed światem. Pamięć skleja ze sobą niekoniecznie sąsiadujące ze sobą obrazy. Widok tego okna z Wymazywania podpisany jest w mojej głowie zdaniem o przekazaniu przez Murnaua majątku i domu w Wolfsegg na rzecz gminy żydowskiej w ramach marnego, ale jednak zadośćuczynienia. Może tak było w spektaklu, może sklejam różne sekwencje. Nieważne. Ale na pewno tamte wysokie okna z Wymazywania wróciły w wileńskim Placu Bohaterów (Didvyrių aikšté), wyreżyserowanym przez Krystiana Lupę w Litewskim Narodowym Teatrze Dramatycznym.

I dopiero teraz – w ciągu skojarzeń WycinkaWymazywaniePlac Bohaterów – widzę tamtą scenę obdarowywania Skiby i Lupy przez brata Bernharda całkiem wyraźnie. Skiba dostaje buty, a Lupa… Lupa wychodzi ze spotkania z czymś wielkim, opakowanym szarym papierem, przypomina to trochę blejtram, może obraz przewożony na aukcję, ale jest kilka razy większe, nieporęczne, trudne do przetransportowania. Lupa – w mojej wizji – linkami mocuje to coś do bagażnika na dachu samochodu, żeby było śmieszniej, jest to różowy nissan micra. „Nie tak, Krystian, nie tak – histeryzuje Skiba – tu przypnij, tu!” Drze się papier, słychać brzęk szkła. Jedna szybka się niechcący stłukła. Bo Lupa dostał wysokie okno z któregoś mieszkania Bernharda. Takie samo jak to, które umieszcza w swoich scenografiach, jak to, które gra w wileńskim spektaklu. Może brat pisarza, jak w tym starym szmoncesie, nie mogąc zdecydować się, która z rzeczy po Bernhardzie mogłaby być godna Krystiana Lupy, powiódł ręką po pokoju i nieopatrznie powiedział: „Mistrzu, niech pan bierze co chce”.

„Więc wziąłem okno” – powiedział Lupa.
Okno i buty.

2.
Wileński spektakl Lupy to dzieło tak obce naturze i praktyce litewskiego teatru, że sprawia wrażenie prowokacji estetycznej, eksperymentu-manifestu. Tak się tu nie gra, pewnych spraw ze sceny nie porusza, konwencja rozmowy z publicznością wygląda na co dzień inaczej. Szef artystyczny Lietuvos Nacionalinis Dramos Teatras Audronis Liuga od zawsze marzył, żeby skonfrontować Lupę z litewskimi aktorami. Może dlatego, że zrozumiał, co się naprawdę w litewskim teatrze zmieniło. Po kilku dekadach supremacji grupy reżyserów (Nekrošius, Koršunovas, Vaitkus, Tuminas), których spektakle były najlepszym towarem eksportowym Litwy, impet poszukiwań formalnych i repertuarowych zmalał, nie nastąpiła wymiana generacji, liderzy postarzeli się i wypalili albo po prostu wyjechali za granicę, a litewski teatr dostał zadyszki. Już nie każde przedstawienie OKT czy Meno Fortas odbywało triumfalne światowe tournée, podpowiadało europejskim reżyserom zaskakujące rozwiązania inscenizacyjne, optykę spojrzenia na klasyczny tekst. Mówiąc kolokwialnie – światy litewskich twórców zaczęły odstawać od głównego nurtu, jeszcze chwila, a stałyby się skansenem. Aktorzy litewscy mogli czuć się niezagospodarowani, porzuceni, niewykorzystani dostatecznie przez swoich reżyserów. Nastrojeni na jedną albo kilka równoległych oryginalnych stylistyk teatralnych, w pracach rodzimych drugoligowych twórców prezentowali jeno część swych umiejętności. Zazdrościli nam Lupy, Jarzyny, Warlikowskiego. Dlatego kiedy pojawił się Lupa i zebrał obsadę z gwiazd Nekrošiusa, Koršunovasa, Vaitkusa i Tuminasa, kilkoro z nich powiedziało, że na taki teatr czekało całe życie. Że Lupa ofiarował im nową formę istnienia na scenie. Zazwyczaj nadenergetyczni, rozwibrowani w tysiącu mikroakcji, seriami gestów i ruchów materializujący metafory w ciele i przestrzeni litewscy aktorzy, snajperzy intuicji i rzemieślnicy elips, zostali u Lupy jakby przybici gwoździkami do podłogi. Ogołocenie aktorów polega i na tym, że nadmiar z innych ról – ruchu, gestu, znaków, emocji – tu procentuje. Wszystko wrze w bohaterach pod skorupą, Lupa ich zabetonował, a przez to wzmocnił, otworzył do środka. Wyciszył i nauczył gadać z tej ciszy. Przelewać słowa, zatapiać się w monologach, rozciągać skróty. Dla Litwinów Bernhard Lupy to dawno niewidziana na narodowej scenie, zaskakująca lekcja realizmu. Czymkolwiek nie byłby ten realizm skażony i z jakich językowo-psychologicznych źródeł wypływał. Żartowano nawet, że scena, w której pani Zittel prasuje żelazkiem koszule zmarłego profesora Schustera, to pierwsze prawdziwe sceniczne prasowanie od czasu Smaku miodu Eimuntasa Nekrošiusa z 1976 roku.

A z perspektywy polskiego widza w wileńskim spektaklu reżyser po prostu wraca do swojej dawnej strategii inscenizacyjnej – do czasów Rodzeństwa, Wymazywania, Na szczytach panuje cisza. Ze świata Wycinki czyni jeszcze jeden krok w tył: w formę czystą i minimalną, a jednak za sprawą myślenia o przestrzeni monumentalną, bliską i wierną wizji Bernharda, wpisanej w dramat. Znowu Lupa wierzy w literaturę, nie potrzebuje improwizacji aktorskich, test screenów ani poczekalni formy otwartej. Może za reżyserską powściągliwością kryje się dość krótki jak na Lupę czas pracy nad przedstawieniem, a może znów liczy się tylko Bernhard, jego najważniejszy od lat autor.

3.
Plac Bohaterów liczy, jak pamiętamy, ze trzy akty. W pierwszym jesteśmy w mieszkaniu profesora Józefa Schustera, wiedeńczyka żydowskiego pochodzenia. Żałoba. Dwie służące porządkują rzeczy po zmarłym. Na kilka dni przed wyprowadzką do Oksfordu profesor wyskoczył przez okno. Nie wiadomo dlaczego. Bo w Austrii znów wezbrała fala antysemityzmu, bo nienawidził tego kraju i społeczeństwa, a jednocześnie nie mógł bez tej nienawiści żyć? A może bał się wrócić do Anglii, w której znalazł schronienie podczas wojny, bo nikt tam już nie czekał? Sprzedał mieszkanie przy Placu Bohaterów, a to tak, jakby Hitler wypędził go z Austrii po raz drugi. Bohatera nie ma na scenie, ale jego myśli i zdania żyją w pani Zittel. Nieustanie monologująca kobieta zdaje się mieć w sobie dybuka profesora, który terroryzował ją za życia, a jednocześnie uznawał za najbliższą osobę. Zagnieździła się w niej obca narracja, przejęła cudzy monolog. Przytacza obsesyjne profesorskie frazy, rozpędza się w narzekaniu na rzeczywistość, cytuje zachowania z konkretnych sytuacji. Lupa przez chwilę wyświetla nawet projekcję na ścianie z sylwetką profesora maniakalnie składającego koszule. Ze scenicznych okien mieszkania profesora Schustera przy Heldenplatz nie widać miejsca, na którym wiedeńczycy oklaskiwali Hitlera, celebrując Anschluss, ale wnętrza, które zbudował Lupa, są tak obszerne, że zdaje się nam, jakby Plac Bohaterów był w środku. Drugi akt dzieje się w parku po pogrzebie profesora. Schuster zakazał pojawić się na nim własnej żonie. I teraz dwie córki, Olga i Anna, rozmawiają o ojcu, Anna znajduje na ziemi zgubioną przez kogoś fotografię, obie z Olgą oglądają zdjęcie, próbując rozszyfrować, kogo przedstawia, aż w końcu Olga ukradkiem schowa je do kieszeni. W dramacie Bernharda ta część sztuki dzieje się przed Burgtheater, u Lupy jesteśmy w parku pod wzgórzem Giedymina w Wilnie. Reżyser wyświetla panoramę na ścianach scenicznego sześcianu. A potem symboliczne dla litewskiego narodu miejsce znika i jesteśmy na jakimś podmiejskim uroczysku: w tle widać wieżę telewizyjną. Do córek dołącza młodszy, ale schorowany brat profesora, Robert. Idzie z trudem o dwóch laskach, siada zmęczony na ławce. Lupa zapala wtedy światło na widowni, aktorzy zdają się na nas patrzeć, profesor Robert prowokuje nas swoimi antyobywatelskimi monologami. Znienawidzona Austria w spektaklu Lupy staje się Litwą, która rozliczyła się ze swojego udziału w Holokauście półgębkiem. Wszystkie antyaustriackie filipiki z tekstu Bernharda – przeciwko rządowi, partiom politycznym, prasie, kulturze, oświacie, teatrowi, debilnemu społeczeństwu – są odbierane przez widzów jako odnoszące się do ich rzeczywistości. Nie przypadkiem sześcioipółmilionowy naród nieudaczników z Heldenplatz zostaje zamieniony u Lupy w trzymilionowy. Ta część brzmi wręcz publicystycznie. Profesor Robert zdaje się wypowiadać na głos myśli i podejrzenia widzów. Cholernie aktualnie brzmi ten Bernhard na Litwie i w Europie A.D. 2015. W finale drugiego aktu, kiedy profesor i bratanice schodzą między widzów, rozświetla się jedno z okien hebrajskimi literami, zmieniając je w macewę. Ten obraz jest jak cierń, jak memento. Nie umiał o nim zapomnieć profesor samobójca, na próżno wypiera go jego brat.

Wreszcie w trzecim akcie jesteśmy na stypie. Pojawił się na niej zaprzyjaźniony profesor z żoną, jakiś podstarzały wielbiciel, poznajemy wreszcie żonę samobójcy, która wciąż słyszy prohitlerowskie okrzyki na Placu Bohaterów i leczy się nerwowo. Jest zbuntowany syn Łukasz, też już zresztą profesor uniwersytecki, jak i jego siostry. Najdalej pojutrze mieszkanie przy Heldenplatz zostanie sprzedane. Profesor zakazał informować opinię publiczną o jego śmierci, więc dla wielu tak jakby dalej żyje. Syn i jedna z córek wyjadą do Oksfordu. Żona schowa się przed światem na wsi w Neuhaus. Oglądamy świat, jaki pozostał po śmierci profesora, na chwilę przed rozproszeniem, ostatecznym zniknięciem. Kolacja trwa w najlepsze, a pomruk z Placu narasta. Kłębią się cyfrowe chmury za centralnym z wysokich okien. W zakończeniu dramatu profesorowa w pewnym momencie padała twarzą na stół. Kolejna dziwna śmierć w rodzinie, jeszcze jedna ofiara napięcia. Lupa kończy przedstawienie inaczej. Odgłos rzuconego kamienia, na okno zostaje nałożona filmowa projekcja sypiącego się szkła. Bariera odgradzająca rodzinę od społeczeństwa zostaje usunięta. Zaczyna się jakaś rewolucja albo czas terroru. Lupa gasi światło. Nie wiemy, co będzie dalej. W każdym razie spełniły się przeczucia obu Schusterów.

4.
Bardzo ciekawie obsadził Lupa litewskich aktorów w Placu Bohaterów. Podejrzewam, że wielu z nich, jak choćby tych od Nekrošiusa, znał i cenił wcześniej, ale klucz doboru wydaje się inny. Było trochę tak, jakby szukał w Wilnie odpowiedników i sobowtórów swoich wieloletnich współpracowników. Zewnętrzne podobieństwo jako podpowiedź funkcji i roli aktora w spektaklu? Oglądałem Viktoriję Kuodyte, pamiętną Ofelię, Irinę i Makbetową wiedźmę od Nekrošiusa w roli Anny, córki profesora, ubranej po męsku, w spodnie i marynarkę, i widziałem Małgorzatę Hajewską. Nie, Kuodyte nie imitowała Hajewskiej, Lupa niczego takiego jej nie podpowiadał, ale założę się, że widział w niej Hajewską. Dawał jej takie uwagi, jakie dałby Hajewskiej, gdyby to ona grała Annę. W tej samej chwili rozpinał linę między techniką gry Kuodyte u Nekrošiusa a Hajewską u siebie czy w spektaklach Warlikowskiego. I wtedy te teatry spotykały się w jednej scenicznej postaci.

Nekrošiusowy Klaudiusz i Solony Vytautas Rumšas, który pojawił się w trzecim akcie Placu Bohaterów jako profesor Liebig, przypominał Władysława Kowalskiego. Egle Mikulionyte, przez lata filar teatru Oskarasa Koršunovasa, zagrała Olgę, w Polsce Lupa obsadziłby w tej roli Helenę Rasiakównę lub Agnieszkę Roszkowska. Egle Gabrenaite, która chyba 20 lat grała Raniewską w legendarnym Wiśniowym sadzie Tuminasa, mówi u Lupy monstrualny, godzinny monolog pani Zittel z pierwszego aktu. I chyba nie tylko mnie ta potworna służąca kojarzy się z Krzesisławą Dubielówną i Urszulą Kiebzak. Arunas Sakalauskas, kolejny z aktorów Koršunovasa, gra to, co zwykle grywałby u Lupy Adam Szczyszczaj. Valentinas Masalskis, wielki aktor Vaitkusa, Konrad w jego Dziadach sprzed dwudziestu pięciu lat, reżyser i aktor indywidualista, nieufny wobec litewskich autorytetów, jest profesorem Robertem Schusterem, a Piotr Skiba i Wojciech Ziemiański mogliby wspólnie przeglądać się w nim jak w lustrze, bo jest jakby z nich dwóch ulepiony. Powyższa wyliczanka nie służy bynajmniej udowodnieniu tezy, że Lupa myśli kategoriami emploi, że zapełnia świat Bernharda swoimi oswojonymi charakterami. To raczej tylko jedna z odsłon tajemnicy, w jaki sposób Lupa dobiera się do drugiego człowieka, do aktora, czego w nim szuka, do czego używa. Podobieństwo fizyczne to także chyba podobne reakcje i motoryka. Lupa potrzebuje jednak sobowtórów o innym niż oryginały doświadczeniu repertuarowym, filozofii gry, pamięci ról. I czerpie z przeszłości swoich litewskich aktorów pełnymi garściami. Namawia ich do kontry wobec tego, co dotychczas zagrali, intuicyjnie znajduje w nich całkowicie nowy ton i formę istnienia. Nie zdziwiłbym się, gdyby litewscy widzowie nie poznali swoich aktorów w zadaniach i rolach, jakie dał im Lupa. Nie zostali odmienieni fizycznie, a jednak nic nie robią na scenie tak, jak robili dotąd.

I jest jeszcze w tej obsadzie Rasa Samuolyte – mała ruda dziewczynka od Koršunovasa. Takiej aktorki Lupa w Polsce nigdy nie miał. Staruszki i dziecka w jednym, metafizycznego bachora, elficy z neurozą. Samuolyte gra Herte, służącą, która w pierwszym akcie czyści buty zmarłego profesora. Spektakl zaczyna się od jej tańca, krążenia po scenie. W pustym pomieszczeniu, w którym stoją tylko dwie ofoliowane szafy i stosik waliz z napisem „Oksford”, Herta jest przyciągana przez wpółprzymknięte okno. To samo, z którego tydzień, dwa wcześniej skoczył profesor Schuster. Widziała skok, ciało na chodniku ze zmiażdżoną głową. I teraz to okno ją przyzywa. Herta stale wygląda przez nie na Plac Bohaterów, nieświadomie przybliża się do niego, zwraca ku niemu głowę. Jakby bezwiednie chciała poznać, co się czuje w chwili śmierci, jakby ta wiedza była w to okno wpisana. Okno na tamtą stronę. Korytarz między światami. Herta patrzy w dół, bo może zobaczy nie tyle znów ciało profesora, co sens tego skoku. Po co tak umierać? Samuolyte gra dziewczynę, która wie, ale nie ma słów, by to wyrazić, więc zamiast nich jest ten dziwny taniec, krążenie ćmy do okna-światła. Herta czyści buty z garderoby profesora, układa ich na scenie ze dwadzieścia par. I wszystkie są zwrócone czubkami w stronę okna; tworzy się swoisty peleton butów, strzałka wskazująca na okno. Jakby niewidzialny, a wciąż obecny w tym mieszkaniu, w służących, córkach i bracie profesor samobójca jeszcze raz szedł ku niemu. Te buty, niepotrzebne już nikomu, bo w to, że weźmie je syn profesora, jakoś nie wierzymy, to holocaustowa metonimia. Schuster kompulsywnie kupował buty, jakby odtwarzał magazyny z Auschwitz w swoim mieszkaniu przy Placu Bohaterów. Herta, której ojciec trafił do obozu koncentracyjnego, jest teraz doskonałym medium. Genialna rola, obok Masalskisa i Kuodyte najlepsza w przedstawieniu.

5.
Plac Bohaterów zobaczymy w Polsce dopiero w grudniu, na Boskiej Komedii. Krakowski festiwal jest współproducentem tego spektaklu. Sukces artystyczny Wycinki i teraz tej realizacji w Wilnie pokazuje, że Lupa znów jest w znakomitej dyspozycji intelektualnej, że dobrze zrobił mu powrót do Bernharda. Dla polskiego teatru jest to także podpowiedź repertuarowa. Lupa wyczuł ponowną aktualność jego tekstów jako diagnozy rzeczywistości i diagnozy kondycji sztuki. W logoreach bohaterów Bernharda znów budzą się współczesne potwory. I wreszcie ich wściekłość na społeczeństwo, państwo, teatr nie jest tylko figurą retoryczną. Rymuje się z naszym europejskim gniewem. Zrealizowany w Polsce Heldenplatz byłby tak samo gorący, jak litewskie przedstawienie. Warto, by inni polscy reżyserzy podjęli z pomocą Bernharda dialog z tezami Lupy. Ale na razie Lupa wszedł tymi spektaklami na absolutny szczyt. Jakby po dekadzie eksperymentów, przekroczeń, rozwalania formuły własnego teatru stary mistrz znalazł niszę, w której jest wszystko, czego potrzebuje do pracy.

Okno, z którego widać potwory.

24-06-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany
    2016-07-21   23:37:24
    Cytuj

  • Użytkownik niezalogowany widz
    widz 2015-06-29   01:23:17
    Cytuj

    tak chcę

  • Użytkownik niezalogowany przypadek
    przypadek 2015-06-25   23:49:50
    Cytuj

    Lupa powinien dostać drewniaki, oczywiście! Jeszcze lepiej by stukał, że ho, ho...

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-06-24   16:59:01
    Cytuj

    tak lubię

  • Użytkownik niezalogowany Anna z Wielunia
    Anna z Wielunia 2015-06-24   14:14:49
    Cytuj

    "snajperzy intuicji i rzemieślnicy elips", "metafizyczny bachor, elfica z neurozą" - chciałabym umieć pisać jak Pan