AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 7: Ręka

Ciąg, reż. Ewelina Marciniak,
Teatr Wybrzeże  

1.
Zastanawiam się: właściwie dlaczego mówi się, że to dzieło „wyszło spod jego reżyserskiej ręki”? Albo „przyłożył do tego reżyserską rękę”, ewentualnie „znać tu reżyserską rękę iksa”. Z czego to się wzięło? Kto pierwszy i z jakiego powodu tak to powiedział w teatrze? Owszem, mógłbym zadzwonić do profesorów Miodka i Bralczyka, ale jest późny wieczór, tak późny, że nawet nie chce mi się wstać i sięgnąć po słownik na półce – spróbuję pomyśleć sam.

Jak się „reżyseruje rękami”? Może chodzi o klaskanie w dłonie na próbie, po którym najczęściej słychać pełen pretensji głos reżysera: „Proszę państwa, cisza zaczynamy!” „Kochani, nie gadamy, pracujemy!” „Tak pięknie to pan zagrał, panie Andrzeju, że nawet ja nie mogłem się powstrzymać od braw!”

A może określenie „reżyserska ręka” powstało wtedy, gdy ktoś spostrzegawczy zobaczył, jak często reżyser wskakując z widowni na scenę dotyka aktorów i aktorki z intencją: „Kasiu, przejdź tu, stań tak, trzymaj to tu”. Szczególnie zagrożone strefy: ramiona, pupa, brzuch. Czy to zachowanie podpadałoby pod kategorię „złego dotyku”?

Widziałem też w akcji paru reżyserów, którzy silnie gestykulują, tłumacząc na próbach sytuacyjnych zawiłości interpretacyjne sztuki. Machanie rękami pomagało im w wysłowieniu się, dodawało dramatyzmu nudnej konwersacji przy stoliku. Czyli – teatr rodziłby się więc z tego robionego rękami młynka? Imitowałby pierwotny chaos? Pierwszy byłby tylko ten ręczny bęben maszyny losującej sensy i emocje? A może reżyserska gestykulacja bywa pierwszą lekcją poetyki teatru? Machamy zamiast mówić, machamy kiedy pokazujemy, kim jest bohater, machamy, kiedy przedstawiamy zawiłości akcji. Gest, który zastępuje osobę, przedmiot, myśl, słowo i ruch jest od razu w tej samej chwili teatralną metaforą, synekdochą i elipsą. Ci, którzy widzieli najlepszych pokazywaczy, monologujących z gestami reżyserów, wiedzą, że potem żaden teatr nie był nikomu do niczego potrzebny. Reżyser sam to zagrał, sam opowiedział. „Tymi ręcami”.

Może jednak reżyser potrzebuje ręki jak dyrygent batuty? Charakterystyczne, że ilekroć Marcin Liber i wałbrzyscy aktorzy z obsady Na Boga! mówią mi publicznie o trzynastozgłoskowcu, jakim uraczył ich Murawski, o trudach i rozkoszach grania wierszem, to machinalnie ruszają ręką, jakby im ta ręka śpiewała albo rytm odmierzała. Widzę wtedy od razu Fryderyka Nietzschego, jak podczas pisania Zaratustry albo Dytyrambów dionizyjskich wali pięścią w ścianę, odliczając miary heksametru. Może reżyser potrzebuje ręki w teatrze, tak jak wokalista w hip-hopie. Ręka gdzieś go prowadzi, ręką coś pokazuje, sama ręka mu tańczy. Marta Górnicka z Chóru kobiet nie bawi się już w dyrygenckie machanie na próbie, macha nawet podczas przedstawienia. Niestety, nie wiem, co robią ręce Krzysztofa Warlikowskiego i Jana Klaty, kiedy akurat oglądają swoje przedstawienie. Mogę tylko podejrzewać, że Klata trzyma w jednej ręce neseser z płytami, a Warlikowski macha zawzięcie do swoich aktorek: „Maja, Haja – tu jestem!”

A może teatralna ręka jest przeznaczona nie do roboty, tylko do składania hołdów? Aktora-nestora całowało się jeszcze 60 lat temu w rękę. Andrzej Szczepkowski w jednej z anegdot z lubością podkreślał, jak blisko stuletniemu Solskiemu, który niejeden spektakl także wyreżyserował, ręka sama wyskakiwała w górę jakby do pocałunku podczas powitań. Wszystko, co dobre i mądre, przemija… Bo kiedy proponowałem w jednym z programów telewizyjnych Gustawowi Holoubkowi, że może wskrzesić by ten obyczaj, że ja mogę być pierwszy, już rwałem się do klęczenia i całowania, ten wielki aktor i przyzwoity reżyser, z szelmowskim uśmiechem – odmówił. A Swinarski? W tym przypadku ręce jednak w jakiś sposób łączyły się z całowaniem. Niech mnie eksperci od mistrza Konrada ze Starego poprawią, ale zadziwiające marszruty rąk Swinarskiego były przedmiotem wielu teatrologicznych dyskusji. Jerzy Stuhr opisał, jak na jednej z teatralnych nocnych imprez poczuł na pośladku dłoń reżysera, rozejrzał się nerwowo i zobaczył, że inscenizator Dziadów dotyka także i równocześnie strategicznych miejsc siedzącej z drugiej strony aktorki. Swinarski zauważył to zdumione spojrzenie Stuhra i wyjaśnił: „My coś takiego w teatrze nazywamy symultanką!”

Pierwsze z brzegu spektakle z rękami na pierwszym planie… Trainspotting Castorfa, w którym trójka ćpunów co kilkanaście minut stawała sobie w rządku z wyciągniętymi przed siebie rękami. Prawa ręka uderzała dłonią w gołe przedramię ręki lewej, a palce głodne narkotyku zaciskały się wtedy rytmicznie. Jakby wołały żreć… Hamlet Nekrošiusa, w którym Duch Ojca objawiał się najpierw w kroplach lodowatej wody kapiących na dłoń Horacja, a potem duńskiego księcia. Od ręki zaczynało się zarażenie złem, zemstą, szaleństwem. Ręka Horacego zaczynała gnić, ręka Ofelii uniezależniała się od reszty ciała dziewczyny, zmieniała w pływającą w powietrzu małą rybkę, próbującą od niej za wszelką cenę uciec. No i jeszcze ta scena ze Zdradzonego narodu Schleefa z tłumem niemieckich jeńców wojennych stojących ze skrępowanymi rękami na plecach. Strażnik zapalał jednemu z nich papierosa a on po zaciągnięciu się przekazywał, a za nim kolejni, peta najbliższemu ze współwięźniów jakby w pocałunku, z ust do ust. A jednak to była opowieść o rękach, była zagrana niewidocznymi rękami, one stały się w tej scenie najważniejsze. Właśnie dlatego, że ich nie było.

Czy reżyserska ręka może być niewidzialna? Czy to ta sama ręka, która odpowiada za „przeźroczystą reżyserię”? Kazimierz Dejmek jak wiemy palił jak smok, podczas prób ręki potrzebował co najwyżej do wyjmowania kolejnego papierosa z ust i wrzucania go do stojącego obok wiadra. Jarocki twierdził, że reżyseruje się palcem. Agata Duda-Gracz mówi, że „sercem”.

Może w ogóle ręce – same ręce – nie są ważne w tym fachu? Już na pierwszym roku aktorstwa młodym adeptom sztuki scenicznej purytanie z PWST wygaszają tak zwane „przyruchy”. I potem przez dwa – trzy lata oglądamy studentów z nienaturalnie obwisłymi ramionami, z dłońmi trzymanymi blisko ciała, tuż przy udach. Ręce młodych aktorów śpią. Jak który ruszy ręką podczas mówienia – dwója! (Nie wiem, czy w teatralnych akademikach nakaz spania z rękami na kołdrze dalej obowiązuje…) Skoro aktor najpierw uczy się, że ręce nie są mu do niczego potrzebne, w takim razie w nauce sztuki reżyserii powinno być odwrotnie – uczmy młodych reżyserów mówienia rękami! Pokazujmy im DVD z gestykulowaniem Woody Allena, analizujmy czy się różni machanie łapami przez aktora Mikołaja Grabowskiego na scenie i reżysera Mikołaja Grabowskiego na próbach. Oglądajmy wspólnie w nabożnej ciszy, jak tknięty afazją po wylewie Antonioni tłumaczył gestami Wendersowi, jak ma prowadzić aktorów i kamerę w danej scenie podczas kręcenia Po tamtej stronie chmur.

Ręka jakoś tak od zawsze kojarzy się ludzkości z podpisem, autografem. Przypomnijcie sobie te ręce pradawnych malarzy, odbite na ścianach groty Lascaux, i te odbijane na trotuarze w złotych gwiazdach Hollywood. Jakkolwiek uważam, że aktorzy powinni odbijać sobie co innego… Pamiętam Kantora, jak na filmie Andrzeja Sapiji pokazywał aktorowi, jak dobrze składać obrus. Ręka reżysera tak miłośnie wygładzała kant, ślizgała się po niewidzialnej linii, jakby to było śpiące ciało kobiety.

A skoro już w paradzie skojarzeń doszliśmy do Kantora, to może z tą „reżyserską ręką” jest tak, że wyłania się ona przede wszystkim ze światów własnoręcznie zbudowanych przez reżysera na scenie? Piotr Cieplak w Utworze sentymentalnym… osobiście wynalazł i uruchomił kartonowe wycinaki, w których mieszkali i którymi posługiwali się chłopaki z Montowni. No, ale w tym przypadku powiedzielibyśmy o Cieplaku, że co najwyżej „pociągał za wszystkie sznurki w spektaklu”. Nie, przykład Cieplaka nie jest dobry. Można być teatralną Zosią samosią bez używania rąk. Podobno Eimuntas Nekrošius podczas prób po prostu siedzi sobie milcząc na widowni, nie krzyczy, nie poprawia, nie mruczy nawet pod nosem, tylko patrzy na to, co dzieje się na scenie. Najwierniejsi towarzysze broni Litwina podobno po kilkudziesięciu latach pracy z nim potrafią już rozpoznać przesłanie tego spojrzenia. Znaki, jakie im daje w ten sposób reżyser. Nekrošius, zdaniem jego aktorów, nie potrzebuje rąk. Nekrošius „reżyseruje oczami”.

A może „ręce teatralne” uruchamiają się nie w trakcie pracy, tylko już po? Jeśli brawa są szczególnie mocne, cały zespół wychodzi do ukłonów i pochyla się przed widzami, trzymając się solidarnie za ręce. Nie ma wtedy gwiazd i statystów, wszyscy są równi, wszyscy zapracowali na ten sukces. Wbiega zza kulis lub z widowni reżyser, za nim scenograf, kompozytor, i łapie najbliższych artystów silnym uściskiem spoconej z emocji dłoni. Rząd głów i las rąk podniesionych do góry, nad głowami, we wspólnym porywie kołysze się rytmicznie w takt oklasków. I wtedy „reżyserska ręka” staje się jednym z wielu, ale koniecznym ogniwem teatralnego łańcucha. Ręka, która łączy? (Wiem, brzmi to jak reklama telefonii komórkowej, więc bez żalu porzucam to zdanie…)

Nie tak dawno na premierze Drugiej kobiety aktorzy TR licytowali się liczbą kontuzji: Lech Łotocki miał złamaną rękę i nosił ją usztywnioną na gustownym temblaku. Agnieszka Podsiadlik z dumą prezentowała podbite oko. Plotkowaliśmy o wypadku garderobianej, a zwłaszcza Danuty Szaflarskiej, która nie zagrała tej nocy. „Czy są to ślady reżyserskiej ręki Grzegorza Jarzyny?” – zastanawiałem się, wychodząc z teatru. I jakoś tak zacząłem się nerwowo rozglądać. Kto wie. Może oni się tam w tym teatrze na co dzień naprawdę biją?

Kwestię żelaznej „reżyserskiej pięści” będę rozważał w którymś z kolejnych Kołonotatników.

2.
Ewelina Marciniak kokietuje, mówiąc, że nie wie na czym ma polegać „sceniczne czytanie dramatu”. Po co czytać sztukę publicznie, skoro można ją publicznie odegrać? Znów jestem w Gdyni, znów czytania finalistów Gdyńskiej Nagrody dramatycznej i znów szybki intuicyjny spektakl krakowskiej reżyserki… Tym razem Marciniak wizualizuje dramat Zastrzel mnie i weź ze sobą Marii Spiss. W sztuce Spiss są płonące miasta i zburzone domy, sieroty wojenne maszerują głodne przez pustynię. To ostatnia krucjata niewiniątek w poszukiwaniu ducha matki, snu o superbohaterze i majaku Boga. Aktorzy Marciniak gadają i śpiewają, reżyserka nie potrzebuje żadnej scenografii, obrazów, ale też nie wystarcza jej sam język. Trójkę dziecięcych bohaterów gra para aktorów i aktorka. Wszyscy rozebrani do bielizny stoją przy mikrofonach przez 45 minut z rękami podniesionymi wysoko w górę. Cokolwiek by się nie działo, zawsze są te ich ręce wyciągnięte do nieba. Oznacza to: „Poddaję się! Proszę o pomoc! Ratujcie mnie jestem bezbronny!” Marciniak znajduje jeden specjalny gest, w którym zamyka się cały sens tekstu Spiss i przekaz przedstawienia. Nie trzeba pustyni, zburzonego miasta, żeby pokazać wojnę i apokalipsę… Każdy z tych chłopców jest jak Atlas podtrzymujący niebo, żeby nie spadło na ziemię. Tylko, że oni są słabi. Sami. Głodni. Po półgodzinie obraz półnagich chłopaków z rękami do góry zaczyna samoistnie drgać. I wydaje mi się, że oni skądś spadają, z góry: nurkują w niewidzialną toń. Jak ci chłopcy z obrazów, bawiący się na plaży, wyciągający ręce do lecącej nad nimi piłki. Ale nie – w przedstawieniu Marciniak aktorom po prostu drżą zmęczone ręce. Zaraz spadną bezwładnie wzdłuż ciała… Góra, niebo i nicość przyciśnie ich nieodwołalnie do ziemi. Przecież o tym jest dramat Spiss: nie ma żadnego nieba, które na nas spadło. Jezus, smutny Bóg udręczonego chłopca, nie przychodzi u Marciniak z góry, z nieba. Siedział rozparty na ławeczce, wśród widzów. I wtedy, w tej ostatniej scenie, oś wertykalna zmienia się w horyzontalną. My jesteśmy na jej końcu. Patrzymy na chłopców i ich ręce tak, jakby to niebo, ta góra była tam, gdzie my. To my im nie pomogliśmy, to my milczeliśmy.

Jak tu nie lubić takich scenicznych czytań, które mówią więcej niż gotowy teatr?

Chociaż w przypadku Eweliny Marciniak nie ma żadnych reguł. Dzień później obejrzałem jej Ciąg w Teatrze Wybrzeże. Byliśmy razem z aktorami zamknięci w szklanej pułapce, pokoju, w którym rozgrywały się ponure rytuały trzech uzależnionych od alkoholu i od siebie toksycznych damsko-męskich par. Przewodniczką po tym świecie była grana przez Katarzynę Figurę królica w masce, deliryczne przetworzenie bohatera Alicji w Krainie Czarów. U Marciniak skok za nią w norę bez dna był tak naprawdę skokiem do wnętrza butelki. Wszystko pięknie, tylko, że tekst Michała Buszewicza był tak słaby, że ręce, dla odmiany opadały. Dziwię się Marciniak, przecież musiała czuć, że materiał literacki ją paraliżuje, że musi w każdej scenie obudowywać go na siłę i z zewnątrz teatrem a la Kleczewska, bo sam tekst nic nie niesie, że co chwila odklejają się jej od siebie warstwy przedstawienia. Szybki teatr może czasem być bronią obosieczną: powstaje szybciej niż refleksja, czym jest jego podstawa tekstowa, co w niej jest naprawdę frapującego. Akurat tę sztukę Buszewicza wystarczyło tylko przeczytać.

3.
Jest w Albanii, gdzieś w górach za jeziorem Skoderskim, miejscowość Koman: cztery sklepy, blaszane budy kempingu most i zapora na Drinie. Nie wiem, czy był tu Stasiuk. W każdym razie w nocy wygląda to jak koniec albo ślepa kiszka świata. Można się jednak z niego wydostać. Trzeba przejechać przez tunel i znaleźć się na nadbrzeżu. Tu kończy się droga, a zaczyna jezioro. Codziennie rano o ósmej przypływa prom. Nie zabiera samochodów – tylko ludzi z górskich wiosek, którzy stromymi ścieżkami schodzą w dół na urwane kąski plaż sztucznego górskiego jeziora. Prom rozwozi po ukrytych przystankach pralki, fotele, cement i cukier dla okolicznych mieszkańców. Czekając na jego przybycie, można zajrzeć do licznych restauracji, barów i sklepików na nadbrzeżu. Właścicielami, kelnerami, sprzedawcami i kucharzami są tu robotnicy, którzy pracowali przy budowie tunelu i tamy. To ofiary przedwczesnych detonacji. Synowie trotylu. Zapalający papierosy trzymane w dwóch kołeczkach rąk, które amputowano w łokciu. Osierocone palce, drobne monety zbierane z blatu ruchem brody. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych przystani krząta się ponad dwudziestu mężczyzn bez dłoni i rąk. Festiwal kikutów. Kalecy mężczyźni są bez przerwy w ruchu. Jakby coś zgubili. Jakby swoją nadruchliwością chcieli przysłonić ten brak rąk i palców. Wsiedliśmy na prom, pięć godzin płynął między pionowymi skałami. Ostatni przystanek w Firze. Znowu prawie nie ma wsi. Tylko błoto, piach, drewniane budki, budowa. Absolutna dzicz – trzeba jechać 120-150 km przez góry do Kukes i Peshkopi. Nie mamy pieniędzy, nie ma bankomatu. Głód. Z głupia frant żartujemy, że w ostateczności będziemy jeść odcięte ręce. Jak surviwalowy bohater 127 godzin, jak ofiary Piły 6. Zostałem ostatni w piachu przystani. Pchałem ciężki rower pod strome zbocze, kiedy zaczepiłem o coś kołem, machinalnie zacząłem to odkopywać butem. To była ludzka ręka, już nadgniła. Nie umiem powiedzieć – lewa czy prawa.

4.
Hania Baltyn pięknie napisała o Blind Summit Theatre i spektaklu Stół. Długi, ciekawy tekst, ale jednak nie wyczerpała tematu. Bo za mało było o tej zepsutej ręce Mojżesza. Wracam do tego przedstawienia z premedytacją, bo to w końcu spektakl, jaki zdarza się raz na dekadę. Nie tylko w teatrze lalkowym.

W jednej ze scen animowana przez trzech lalkarzy lalka, prosi o to by ktoś z widowni poruszył jej ręką. Jak mawiał bohater legendarnego Kompleksu Portnoya Philipa Rotha: „Co komu ręki szkoda?” Wcześniej w minitraktacie o marionetkach aktorzy z Blind wyjaśnili, jak się rusza lalka i na jakich zasadach. Przedstawiła się Irina, która animuje nogi, Mark, który daje Mojżeszowi głos i ruch lewa ręką – no i Sean, ten od prawej ręki i tyłeczka. Trójka lalkarzy pokazała, jak animować Mojżesza bez lalkowego ciała, rysując go tylko w powietrzu, naśladując wszystkie ruchy, jakie trzeba wykonać, by lalka ożyła. Mojżesz był niewidzialny i gadał, zmieniał dowolnie rozmiary, składał się z samych klapiących dłoni. No a teraz nie ma na scenie Seana. Poszedł za kulisy coś przestawić, a może na siku. Mojżesz czeka, prawa ręka zwisa. Lalka kusi widzów: „No chodźcie, niech mnie ktoś weźmie za rękę, niech mnie ktoś weźmie w swoje łapy”. Seksownie majta nią wzdłuż ciała. Ręka jest uschła, martwa, choć Irina i Mark dalej animują swoje części Mojżesza. Ich aktywność pracuje na bezruch ręki. No i w końcu Mojżesz skusił bielską lalkarkę – wbiegła na scenę i złapała, gdzie trzeba. Ręka lalki od razu powędrowała do twarzy dziewczyny – oj, zacznie się macanko. Tylko że wtedy Anglicy zaaranżowali urwanie dłoni Mojżesza. Dłoń odpada i zamiast niej sterczy metalowy łącznik, przypominający końcówkę USB. Mojżesz wpada w histerię, boi się operacji naprawienia ręki. Ucieka pod stół. Genialna, szalenie dowcipna, rewolucyjna scena. Ale wiecie, co było w tej sekwencji najgenialniejsze? To był moment, w którym Irina animująca nogi zagarnęła w pewnym momencie prawą lalkową stopą dłoń Mojżesza, leżącą na stole. Żeby ta psujka lalkarka już jej nie dotykała. Pierwszy raz w życiu widziałem w teatrze lalkowym nie tylko improwizującą lalkę. Po raz pierwszy improwizowały same jej nogi.

5.
W starożytnym Egipcie okresu Średniego Państwa liczbę zabitych wrogów szacowano na podstawie obciętych trupom prawych rąk. Odcięte ręce nabijano na ostrza włóczni i zanoszono do armijnego intendenta. Mogło się zdarzyć, że egipski piechur wracał do domu z makabrycznym prezentem: „Żono! Zobacz, trzech zabiłem, masz, pobaw się synu. Któryś z rzymskich wodzów, chyba Scypion Młodszy, dał w podbitej Hiszpanii pięciuset mężczyznom z celtyberyjskiego miasta wspomagającego Numancję straszliwą alternatywę: albo poddajecie się i wszystkich zabijamy, albo poddajecie się i obcinamy wam wszystkim obie ręce. Celtyberowie wybrali to drugie rozwiązanie. Nie wiem, jak wielu przeżyło tę amputację, w każdym razie do oglądania stosu rąk Scypion zmusił mieszkańców wszystkich okolicznych wsi i grodów. Kiedy przeczytałem ten fragment u Polibiusza, śniło mi się tej samej nocy, że te ręce ożyły.

Z wszystkich horrorów, jakie kiedykolwiek widziałem, najbardziej przerażała mnie chodząca odcięta ręka w Rodzinie Addamsów. Bo była jak inteligentny pająk, lądowa ośmiornica. Pamiętacie ten nieśmiertelny slapstikowy gag z Flipa i Flapa, filmów Chaplina albo co najmniej spektaklu Starucha Koršunovasa? Oto bohaterowi wyrasta nagle trzecia ręka razem z rękawem marynarki, pomaga wytrzeć nos, nałożyć kapelusz. Drapie, grzebie w kieszeni. Ten trik polega na idealnej synchronizacji pary aktorów. Z tym że jednego nie widać, jest tylko jego ręka.

Czyżbym wreszcie odkrył ponury źródłosłów wyrażenia „reżyserska ręka”?
 
6.
Zazwyczaj nie chodzę na popremierowe bankiety. Nie dlatego, że się boję i nie dlatego, że zaczynam wszystkim zaraz opowiadać, co zrobili źle i jak to na jednej próbie można szybko poprawić. Nie chodzę, bo automatycznie po jednej lampce szampana dostosowuję niektóre obyczaje rowerowe do etykiety zachowania w wyższym towarzystwie. Z wieloetapowych wyścigów kolarskich został mi nałóg wieczornego siłowania się na rękę. To pradawny rytuał, mający za zadanie wyłonić najważniejszego samca w stadzie. Wyobraźcie sobie zmęczonych kolarzy w stołówce, młodych rzucających wyzwanie starszyźnie wyścigu. Można bezkarnie siłować się na ręce, bo na nogi raczej się nie da, zmęczone, zmaltretowane. Noga słabnie – ręka odżywa. Powiem tylko tyle, że to prawda, był bankiet, teatr przyjechał z województwa kujawsko-pomorskiego. I był w tym zespole jeden aktor, wiadomo, z brodą. Grał w jednej scenie tylko w spodniach, kaloryfer na brzuchu. Widziałem zachwyt koleżanki krytyczki Anety Kyzioł, podziw krytyka Centkowskiego, niedowierzanie w oczach Jacka Wakara, nawet Paweł Sztarbowski pękał z dumy, że tacy piękni aktorzy istnieją. We mnie kiełkowała chęć zemsty.

Więc na tym bankiecie, a właściwie w drugiej godzinie jego trwania, podszedłem do młodego, dwudziestoczteroletniego aktora, który przy pewnym korzystnym zbiegu okoliczności mógłby być moim synem, i oświadczyłem uroczyście: „W imieniu starzejących się, niedbających o dietę, zgorzkniałych krytyków teatralnych wyzywam waszmość. Na pojedynek!”. Wiem, jak to teraz brzmi, ale wierzcie lub nie – piękne aktorki wokół nas zbladły. Twarz młodego aktora stężała. Podeszliśmy do stolika na uboczu, podwinęliśmy rękawy, zaparli się w ziemię i bez siadania przymierzyliśmy dłoń do dłoni. Aktor nacisnął i ja nacisnąłem. Zaczęła się epicka walka. Czułem stal w przedramieniu i kropelki potu na czole. Za jego plecami wianuszek akolitek, za moimi – duchy i widziadła jeno, choć mógłbym przysiąc, że po karku muskał mnie oddech Krystyny Jandy… Co tu dużo mówić – przecież reprezentowałem POKOLENIE! Pat w uścisku trwał jakąś chwilę, potem on zastosował zaskakujący forehand. Odparłem atak i docisnąłem. Wybronił się. Słabliśmy obaj, ale nikt nie chciał się do tego przyznać. Widziałem rumieńce na twarzy jednej z aktorek, druga chyba zemdlała. I wtedy zastosowałem numer z tak zwanym „powolnym ustępowaniem”, żeby aktor myślał, że słabnę, a potem… przeszedłem do kontrataku. Ręka, która przez dziesięć lat ściskała pióro, a drugie dziesięć rogi na kierownicy, teraz triumfowała. Bach! Biję jego zewnętrzną powierzchnią dłoni o blat. Młody żąda rewanżu. Proszę bardzo! Szermierze dłoni zwarli się ze sobą jeszcze raz i jeszcze. Po moim trzecim triumfie przyglądająca się tej porażce fanka aktora wołała z rozpaczą: „Ale on jest na diecie tuńczykowej, siła przyjdzie dopiero za dwa tygodnie”. Terefere! Opuszczałem z niejaką dystynkcją przyjęcie popremierowe, odprowadzany pełnym uwielbienia wzrokiem pań i panów. Do dziś o tym pojedynku w kujawsko-pomorskim śpiewają uliczne ballady. Chwała moja była wielka i całkowicie zasłużona. Po tej generacyjnej walce na ręce zrozumiałem jednak trzy bardzo ważne rzeczy.

Po pierwsze: już wiem, dlaczego Piotr Cieplak jeździ wyłącznie na samotne wyprawy rowerowe. Po drugie: naderwany mięsień goi się jakieś trzy tygodnie. (Przez ten czas prawa ręka zwisała mi nieomal bezwładnie. Teksty z tego czasu wystukiwane były na klawiaturze wyłącznie lewą, co niestety można było od razu poznać…). Po trzecie: czy ja już mówiłem, dlaczego nie chodzę na popremierowe bankiety?

7.
Dramatopisarz D. po spędzeniu ze mną kilku upojnych dni festiwalowych postawił diagnozę: „Towarzyszu Drewniak, uprawiacie klasyczny autocweling”. Najpierw się ucieszyłem, bo słowa z przedrostkiem „auto” kojarzą mi się raczej dobrze, bo z motoryzacją: autocasco, autonomiczny, Autobahn, autorytet. Po bliższym sprawdzeniu wyrazu w Słowniku gwary przestępczej opadły mi ręce.

No właśnie, czy to się robi rękami, czy nie?

9-06-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: