AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 9: Prawdziwy koniec „pikników”

Fot. David Ruano  

1.
20 czerwca 2014 roku Michał Merczyński, dyrektor poznańskiej Malty, zdecydował o odwołaniu zaplanowanych na 27 i 28 czerwca pokazów spektaklu hiszpańsko-argentyńskiego reżysera i dramatopisarza Rodrigo Garcii, notabene kuratora tegorocznej edycji festiwalu. Polscy widzowie nie zobaczą Golgota Picnic, bo przeciwko „antyreligijnej pornografii” zawiązał się znamienny sojusz: zaprotestował arcybiskup Stanisław Gądecki, wspierali go prawicowi radni, słuchacze Radia Maryja, a zwłaszcza przepojeni patriotyzmem „Rycerze Chrystusa”, czyli kibice Lecha Poznań. Prezydent miasta Ryszard Grobelny też był przeciw, czyli za. Przeciw spektaklowi i za odwołaniem. Nawet policja ostrzegała organizatorów, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa ani widzom, ani artystom, jeśli rzeczywiście doszłoby do zamieszek. Ktoś policzył, że protestujących pod poznańskim KaiserSchloss miało być nawet docelowo 30 tysięcy. Ani Grobelny, ani Gądecki przedstawienia nie widzieli. Ba – w ogóle nie chodzą do teatru. Spektaklu Golgota Picnic nie widziała także spora część autorytetów broniących widowiska, w tym Jurek Owsiak. A mimo to wszyscy zabierają głos na jego temat. Bronią wolności słowa lub wartości religijnych. Dziennikarzom wydaje się, że teatr znów jest na pierwszej linii frontu wojny światopoglądowej. To dobrze dla dziennikarzy. Znacznie gorzej dla teatru.

2.
Pamiętacie tę sejmową konferencję Prawa i Sprawiedliwości? Jarosław Kaczyński, były i najprawdopodobniej przyszły premier RP, wyjaśniał, jak zmieni się finansowanie kultury, kiedy jego ugrupowanie przejmie władzę. Premier z punktu widzenia „państwowca” dokonał ostatecznego rozróżnienia na twórczość „słuszną” i „niesłuszną”. Podzielił sztukę na „służącą wzmacnianiu wspólnoty” i tę „destrukcyjną”. Kaczyński stwierdził, że tylko sztuka, która „służy wzmacnianiu wspólnoty” powinna być finansowana ze środków państwowych. Zdaniem prezesa PiS obowiązkiem sztuki jest „przypominanie, że istnieje coś takiego jak wspólnota i że jest ona przede wszystkim wspólnotą kultury”. Zapowiedział wyciągnięcie z tego założenia pewnych konsekwencji, czyli sformułowanie pewnych postulatów wobec polskich twórców (podkreślał, że nie chodzi w żadnym wypadku o przymus!). Był jednak kategoryczny, kiedy stwierdzał, że sztuka, która nie służy wspólnocie, nie może być wspierana przez państwo: „Tu jednak mamy do czynienia z bardzo silnym elementem destrukcji tego, co wspólnotowe. Destrukcji, która, jak się wydaje, jest w jakimś zakresie zaplanowana, być może jest jakoś nawet koordynowana. I to jest coś, z czym w żadnym wypadku nie chcemy się zgodzić”. Sztuka destrukcyjna – przecież to brzmi prawie jak nazistowska „sztuka zdegenerowana” (entartete Kunst)! Nikt na to prezesowi nie zwrócił uwagi? Nikt nie ostrzegł? Nie miał tego skojarzenia występujący obok Kaczyńskiego aktor i były dyrektor łódzkiego Teatru Nowego Jerzy Zelnik, który dzielił się z dziennikarzami spostrzeżeniem, że oglądając spektakl Lód w reżyserii Bogomołowa w Teatrze Narodowym czuł się, jakby zdradzał żonę. Nic nie podpowiedziała popierająca PiS i prowadząca jego konwencje partyjne Ewa Dałkowska? Ani nawet prosmoleński Redbad Klynstra? Zaćmiło ich czy co? Nie grali nigdy w żadnym filmie wojennym? Nie czytali fundamentalnego dzieła Bogusława Drewniaka Teatr Trzeciej Rzeszy? Milcząc w tej kwestii, wzięli na siebie odpowiedzialność za te słowa…

Opinia publiczna i liberalne media też zlekceważyły tę wypowiedź. Nie było zgiełku porównywalnego z tym, jaki rozległ się po słynnym cytacie „inni szatani są tam czynni” czy supozycjach Prezesa na temat agenturalnej przeszłości Angeli Merkel. Nie protestowali artyści, wydaje się, że po prostu przyjęli te programowe zapowiedzi Kaczyńskiego jako kolejne surrealne mamrolenie starego dziada, porównywalne z jego propozycją z kampanii prezydenckiej z 2010 roku, żeby w Siedlcach zbudować teatr. A przecież przyszły premier wypowiedział na głos tylko życzenia i podejrzenia sporej grupy prawicowych i katolickich aktywistów, naprawdę wierzących, że istnieje plan zniszczenia kultury polskiej „koordynowany” raz z Brukseli (teza Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej), raz z Moskwy (teza Elżbiety Morawiec).

W swoim wystąpieniu Jarosław Kaczyński nie sprecyzował, kto będzie decydował o tym, która sztuka jest „sztuką wspólnoty” i zasługuje na państwowy mecenat, a która „sztuką destrukcyjną” i ma sobie szukać prywatnego sponsora, komercyjnych sal wystawowych i przestrzeni teatralnych.

Mam podejrzenie, że nie będzie to wcale minister kultury. Decydować będzie vox populi: czyli – prawicowe media, ulica, fora internetowe i kibice. No i Kościół katolicki.

3.
Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, że Grabaż z Pidżamy Porno i Strachów jest takim zagorzałym teatromanem. Po odwołaniu spektaklu Golgota Picnic napisał wściekły na swoim blogu, że wróciła „czarna komuna”: „Ja pierdolę, nie wierzę już w państwo, nie wierzę już w kościół, nie wierzę już w to miasto, nie wierzę już w tę wolność, nie wierzę już w tę demokrację, nie wierzę już w was. Nie wierzę, bo TEGO nie ma, to nie istnieje. Nie ma sensu się dłużej oszukiwać. Proszę mnie już w to nigdy nie mieszać, ja spierdalam stąd, ja się od tego odłączam. WYPISUJĘ”.

Pewnie, można i tak. Grabaż ma dość, jak rozumiem, nie będzie już pisał piosenek, koncertował, wydawał płyt, płacił podatków, głosował i chodził do teatru. Po tym, co się stało, jak mawiał klasyk „nie będzie niczego”. Rozumiem i doceniam postawę Grabaża. Gest odmowy uczestnictwa w kłamstwie i terrorze ideologicznym lub religijnym jest gestem spektakularnym, zwłaszcza jeśli towarzyszy mu zapowiedź emigracji wewnętrznej lub wręcz wyjazdu z kraju. Obawiam się jednak, że polski teatr nie może pozwolić sobie na podobny luksus.

4.
Jan Klata twierdził, że przed odwołaniem Nie-Boskiej komedii on i jego aktorzy zostali zasypani pogróżkami, wysyłano im obelżywe esemesy i maile, dzwoniono do nich z wyzwiskami. List Michała Merczyńskiego z wyjaśnieniami, dlaczego zdecydował się na odwołanie spektaklu Rodrigo Garcii, potwierdza podobną strategię zastosowaną wobec organizatorów festiwalu Malta. Grożono także Bartoszowi i Małgorzacie Szydłowskim za postawienie rzeźby sikającego Lenina w Nowej Hucie. A było tak: w ramach Artboom Festival przygotowali instalację „Fontanny Przyszłości”. Była to niewielka, półmetrowa, wściekle żółta rzeźba maszerującego Lenina w rozwianym płaszczu. Stanęła w tym samym miejscu, w którym niegdyś stał zburzony w 1989 roku znienawidzony nowohucki pomnik wodza rewolucji październikowej. Malutki Lenin szedł i prawą dłonią ściskał w garści wysuniętego z rozporka rozsądnych rozmiarów siusiaka, z którego wystrzeliwał strumień wody. Rzeźba w ewidentny sposób nawiązywała do słynnego Maneken Pis. O jej powstaniu donosiły media w całej Europie: Rosjanie byli oburzeni profanacją bohatera i symbolu, Ukraińcy mieli ubaw po pachy. A jednak kilku krakowskich radnych Prawa i Sprawiedliwości postanowiło rzeźbę usunąć. Skrzyknęli się, przynieśli ze sobą folię i owinęli Lenina-mikrusa. Mówili potem w wywiadach, że chcieli zaprotestować przeciwko promocji i afirmacji komunizmu. Jakim debilem trzeba być, żeby dopatrzeć się w tym pomnikowym figlu pochwały przywódcy bolszewików? Nawet gdyby mały Lenin sikał wódką i wykrzykiwał z głośniczka słuszne rewolucyjne hasła, byłby parodią samego siebie. A mimo to paru partyjnych aktywistów poczuło się obrażonych. Naprawdę chcecie, by tacy ludzie dzielili pieniądze na kulturę? Decydowali o obsadzie stanowisk w instytucjach kulturalnych, opiniowali repertuary scen teatralnych?

5.
Z niejaką dumą odnalazłem swoje nazwisko na liście „300 hooyów” zamieszczonej na stronie niepokornej dziennikarki Ewy Stankiewicz. W pierwszej chwili pomyślałem, że ta przystojna kobieta, w mojej grupie wiekowej, notorycznie zajęta patriotyczną pracą u podstaw oraz walką z Donaldem Tuskiem o prawdę o katastrofie smoleńskiej zwyczajnie nie ma czasu na zwykłe ludzkie przyjemności. Jak pocałunek czy rozmowa z inteligentnym mężczyzną. Sądziłem niebezpodstawnie, że lista ta jest listą jej panieńskich marzeń. O mężczyznach jej życia. Pewnego dnia, czując jak życie i młodość przecieka jej między palcami, sporządziła to gorące zestawienie mężczyzn (z angielska Hot 300), co do których miała pewne nadzieje, iż kiedyś, w niedalekiej przyszłości, zetknie ją z nimi litościwy los. Liczyłem, że lista jest ułożona alfabetycznie, ale nawet jeśli Ewa Stankiewicz umieściła mnie pod sam koniec trzeciej setki, i tak byłoby to budujące dla mojego ego. Zacząłem już snuć plany romantycznego spotkania i wspólnych tematów (w końcu i ja i ona wiele letnich miesięcy spędzamy w namiocie), kiedy rzuciły mi się w oczy także damskie nazwiska na owej liście. „Cóż, pani Ewa lubi eksperymentować” – bąknąłem do siebie, nieco spłoszony. Prawdziwe rozczarowanie przyszło niedługo potem. Na stronie Rafała Ziemkiewicza objawiła mi się bowiem identycznie zatytułowana gromada pań i panów. I znów byłem między nimi! Tym razem niewątpliwie na początku stawki. „Cóż to za zadziwiające podobieństwo gustów!?” – wykrzyknąłem w osłupieniu. „Jak to możliwe, że Rafał Ziemkiewicz pożąda tych samych, co Ewa Stankiewicz? Dlaczego mają wspólne marzenia?” Zachodziłem w głowę nad źródłami tej koincydencji, w końcu jednak na wszelki wypadek obkupiłem się książkami Ziemkiewicza i wstawiłem na honorowe miejsce w domowej biblioteczce. W moim wieku nie mam już prawa wybrzydzać. Może być i pan Rafał. Dopiero telefon od zaprzyjaźnionej aktorki uświadomił mi skalę mojej pomyłki. Na listę owych „300 hooyów” złożyły się osoby, które podpisały petycję w obronie Ewy Wójciak, szykanowanej przez prezydenta Grobelnego po jej karkołomnym wpisie o papieżu Franciszku.

Nie powiem – w pewnym sensie ulżyło mi. Książki Ziemkiewicza wywaliłem na balkon do działu „czytane niechętnie”. Szanse, że z Ewą Stankiewicz wpadniemy jeszcze kiedyś na siebie w warzywniaku, są jednak całkiem spore. Niech żywi nie tracą nadziei.

6.
25 maja bieżącego roku. Dzień wyborów do Europarlamentu. Renomowany festiwal teatralny: bierze w nim udział kilka polskich przedstawień, przyjechało sporo dyrektorów krajowych scen, na spektakle konkursowe pilnie chodzi kilkunastu dramatopisarzy, reżyserów, aktorów, krytyków. Razem, z branży, jest nas pewnie czterdziestka, może pięćdziesiątka. Z wielu rozmów, jakie przeprowadzam mimochodem, wynika, że nikt nie wziął ze sobą karteczki uprawniającej do głosowania zamiejscowego. W tym samym dniu na drugim końcu Polski trwa równocześnie drugi, równie ważny międzynarodowy festiwal teatralny. Reszta środowiska jest właśnie tam. Pewnie znów z pięćdziesiąt osób. I założę się, że także wszyscy bez karteczek. 100 zmarnowanych, bo nieoddanych głosów nie zmieniłoby wyników tamtej elekcji. Ale ta liczba dużo mówi o naszej, przepraszam za to wyrażenie, „środowiskowej odpowiedzialności obywatelskiej”. Za jakiś czas wybory samorządowe, na które też nie pójdziemy, bo będzie akurat jakiś festiwal w innym mieście, potem prezydenckie i parlamentarne, które zbojkotujemy, bo przecież nie ma na kogo głosować. A potem będziemy się dziwić, złościć, straszyć, rzucać obelgi na radykałów albo wypisywać z demokratycznego interesu, kiedy znów prezydenci miast, radni, posłowie i kibolsko-religijna tłuszcza będą nam cenzurować repertuary festiwali, ciąć dofinansowanie, przerywać spektakle.

Jeśli nie widzimy związku między tymi faktami, nie mamy prawa protestować. Ani teraz, ani w przyszłości.

7.
Tak naprawdę Malta dostała rykoszetem za antyklerykalne bilboardy i happeningi Palikota i Hartmana, uznane przez katolickich publicystów za rekonkwistę ateizmu i neopogaństwa. No i za Ewę Wójciak i jej spór z prezydentem Grobelnym o ten wpis na facebooku o papieżu Franciszku. Ale – uwaga! – festiwal Merczyńskiego nie jest tylko ofiarą wzmożenia katolicko-prawicowej czujności. Jest także ofiarą własnych błędów wizerunkowych. Myślę, że na te czerwcowe protesty zapracowała również niestety nieumiejętna zmiana profilu festiwalu. Dawna Malta, czyli ludyczny, radosny międzynarodowy przegląd, który brał na tydzień miasto w posiadanie, rozgrywał się na placach i ulicach, nad Jeziorem Maltańskim i w zdegradowanych przestrzeniach, nie potrzebował instrukcji obsługi. Był Poznaniowi przyjazny. Łatwo było dociec, po co jest i dla kogo. Było parę takich edycji, kiedy stawał się festiwalem dla wszystkich: ambitne realizacje widniały na afiszu obok wielkich widowisk plenerowych, nowy off przeglądał się w produkcjach repertuarowych scen poznańskich. Były wielkie koncerty i plastyczne instalacje. Każdy widz mógł wytyczyć swoją ścieżkę programową. Gdy jednak Malta kilka lat temu została zliftingowana i wyraźnie przeintelektualizowana, tłum i urzędnicy przestali rozumieć, o co w nim chodzi. Spektakle pozamykały się w salach, zeszły z ulic, na Placu Wolności zbudowano jakieś budki dyskusyjne dla garstki ciekawskich intelektualistów, wymyślono koszmarne monograficzne hasła: Idiom: Wykluczeni. Idiom: Ameryka Łacińska. Mieszańcy. Już widzę zwykłych widzów reagujących pozytywnie na słowo „idiom”. Ki chuj? – brzmiały najłagodniejsze opinie. Nie mówię, że festiwale nie powinny być mądre. Powinny. Tylko że tłum, do którego przez lata należał ten festiwal, kompletnie nie ma pojęcia, o co w nim teraz chodzi. Więc bardzo łatwo nim manipulować. Wmówić poznaniakom, że na spektaklach festiwalowych dzieją się rzeczy występne, straszne, szkodliwe. Nie byłoby takich gróźb i nienawiści, gdyby Golgota Picnic przyjechała do Poznania jeszcze w roku 1998 albo 2005. Ludzie chodzili wtedy na maltańskie widowiska plenerowe, guzik obchodziło ich obrazoburstwo niszowego spektaklu. Mieli swoje igrzyska. Kolejnym błędem organizatorów było rozdzielenie widowni koncertów muzycznych od widowni stricte teatralnej: na Cocorosie czy Beirut byliśmy jeszcze wszyscy razem. Potem publiczność z topowych, wielkoformatowych koncertów rockowych firmowanych przez Maltę nie chodziła już równocześnie na przedstawienia Romeo Castellucciego, Pippo Del Bono czy Luka Percevala. Szufladkując tłum w przestrzeni muzycznej, Malta straciła naturalnego sojusznika w kategorii „teatr poszukujący”. Owszem, istnienie zagranicznych kuratorów, reżyserów o europejskiej renomie przybliżyło Maltę do największych europejskich firm festiwalowych, ale jednocześnie odcięło od polskiej publiczności, lokalnej specyfiki, temperatury naszej dyskusji publicznej.

No i osłabła czujność organizatorów w przestrzeni symbolicznej. Jeśli się ma skandalizujący spektakl w repertuarze, to nie planuje się jego wystawienia w pobliżu rocznicy Poznańskiego Czerwca. Nawet ja to wiem, że w okolicach rocznic aktywizują się siły patriotyczne i kościelne. Merczyński i jego zespół nie zwrócili na to uwagi. Swoje zrobiła też akcja reklamowa. Bo reklamowano dyskusyjne, ryzykowne spektakle Garcii, jakby to były pop-rewelacje, przeboje teatralne, które każdy musi obejrzeć. A przecież Golgota Picnic to nie jest spektakl, który miał być grany na stadionie dla kilkunastu tysięcy widzów. Nie trzeba było go nagłaśniać, tylko pisać ezopowym językiem, jakbyśmy żyli i działali pod okupacją ideologiczną. Przecież ostrzeżeniem była już akcja w Krakowie u Klaty… Dyskusja o bluźnierczym wymiarze dzieła Garcii powinna nastąpić po prezentacji. Tymczasem po upadku krytyki teatralnej szum jest tylko przed prezentacją lub premierą kontrowersyjnego dzieła, bo do jego zrobienia wystarczą dziennikarze, potem najczęściej zapada cisza, bo poza Internetem nie ma łamów, gdzie można byłoby się kłócić o dzieło i jego wymowę. Skoro chodziło o to, żeby jak najwięcej ludzi dowiedziało się o Golgota Picnic, cel został osiągnięty. Nie sądzę, żeby arcybiskup Gądecki i jego służby, prawicowe portale i kibice szukali informacji u francuskich lefebrystów. Do tego trzeba znać obce języki. Przeciwnicy spektaklu dowiedzieli się o nim z materiałów festiwalowych, zdjęć i opisów. Bluźniercza, wywrotowa twórczość nigdy nie jest przeznaczona dla mas. I to nigdy nie był też główny nurt teatralny, nigdy i nigdzie, raczej zakazane rytuały dla garstki wtajemniczonych. Jak kiedyś Apocalypsis cum figuris. A i tak dowiedział się o nim prymas Wyszyński i potępił.

Podobno na facebooku od razu powstał profil: „Michał Merczyński, nowy DJ Episkopatu Polski”. Jasne. Róbcie sobie jaja z dyrektora w potrzasku. Fajnie być bezkompromisowym obrońcą wolności słowa, kiedy to ktoś inny może ponieść odpowiedzialność za pobitych ludzi i zniszczenia materialne. Szanuję ustępstwo Merczyńskiego, tak samo jak rozumiałem, czemu w grudniu Jan Klata zrobił krok w tył, odwołując Nie-Boską komedię. Nawet gdybyśmy się skrzyknęli i przyszło pod poznański zamek z trzysetką teatromanów, co przeciwstawilibyśmy kibolom i narodowcom? Krzyż z puszek? Ktoś z nas umie się naprawdę bić? Wsparliby nas niemieccy antyfaszyści? Może trzeba było ich wezwać na pomoc… Z Berlina do Poznania jedzie się pociągiem tylko trzy godziny.

Powtarzam jeszcze raz – akceptuję trudną, niewygodną decyzję o odwołaniu Golgota Picnic. Choć rozumiem argumenty za tym, że może Merczyński powinien przenieść prezentację Golgoty do innego miasta. Do Wrocławia? Do Rzeszowa i Krakowa, gdzie rządzą podobno lewicowi prezydenci? Może trzeba było powiedzieć, że się odwołało, a jednak zagrać dla wtajemniczonych? Robiono takie numery na przykład na Krakowskich Reminiscencjach Teatralnych w latach osiemdziesiątych…

A jednak ta poznańska klęska wolności słowa może stać się teraz dla ludzi teatru ważną lekcją – to znak, że trzeba zmienić zasady działania. Próbować przechytrzyć urzędników, księży, polityków, prawicowych dziennikarzy. Kamuflować dzieła ryzykowne, a nie świecić w oczy ich kontrowersyjnością. Gra idzie nie o pryncypia, a o realne pieniądze – na premiery, na festiwale, na istnienie teatrów i grup teatralnych. Opcja na zderzenie ze społeczeństwem, z instytucją kościelną, z partiami politycznymi, kurs na prowokację i epatowanie swobodą obyczajową i wolnością artystyczną właśnie poniosły lub zaraz poniosą klęskę. Ok, wiem, wracamy w pewnym sensie do peerelu, ale przynajmniej przetestowaliśmy wtedy parę strategii przetrwania. Będą za chwilę jak znalazł.

8.
Przypomniały mi się dwa przypadki zerwanych przedstawień w Teatrze Dionizosa. Takich, w których pretekstem do rewolty widowni był temat religijny. W Melissach, czyli Pszczołach, Sofokles zdaniem oburzonych Ateńczyków zdradził tajemnice misteriów: chór śpiewał podobną pieśń lub używał poetyckich fraz zarezerwowanych tylko dla tych obrzędów. Sofokles, obrzucony kamyczkami i fragmentami skorup, schronił się jako błagalnik na ołtarzu stojącym pośrodku orchestry. I tylko to go uratowało, stał się nietykalny, oddany pod opiekę Dionizosowi. Drugi raz przerwano w teatrze prezentację tragedii Eurypidesa Bellerofont. Stało się to zaraz po tym, jak heros powiedział ze sceny: „Bogi, gdy czynią zło, nie są bogami” albo: „Powiadam wam, nie ma bogów, nie ma ani jednego!”. Do naszych czasów nie zachowały się ani Pszczoły, ani Bellerofont. Może właśnie dlatego, że były za odważne. Szkoda. Zwłaszcza Bellerofonta. Historia europejskiego teatru z bohaterem-bluźniercą o 2000 lat wyprzedzającym molierowskiego Don Juana wyglądałaby dziś zupełnie inaczej. Arcybiskup Gądecki musiałby przeczytać tę sztukę pewnie w liceum, a potem analizować „język wroga” podczas lat spędzonych w seminarium i może nie byłby takim ignorantem w sprawach teatru. A prezydent Grobelny nawet studiując na SGPiS, AGH lub w technikum samochodowym usłyszałby przypadkiem choć jedno cytowane powyżej zdanie z Eurypidesa i może pomyślał: skoro wtedy ktoś miał odwagę je wypowiedzieć, miejmy dziś odwagę słuchać podobnych.

9.
„Pikniki” – tak prawdziwi kibice, ci z „żylety”, fanatycy i ultrasi, nazywają kibiców, którzy całymi rodzinami wybierają się na mecz i oglądają go bez nienawiści do zawodników i zwolenników drużyny przeciwnej. Chodzą na stadion nie dla bluzgu i mordobicia, a po prostu dla piłki. Nie zdzierają gardeł chamskimi przyśpiewkami, nie rozwijają flagi, nie odpalają rac. Po prostu oglądają widowisko. Dla przyjemności. Po odwołaniu spektaklu Golgota Picnic to określenie zrobi za chwili nieprawdopodobną karierę. Poznańska katastrofa wieszczy schyłek nas, teatralnych pikników. Nie będzie już takich widzów na granicznych, skandalizujących przedstawieniach. W oblężonych salach teatralnych będą siedzieć, zaciskając bezsilnie pięści, wyznawcy wolności eksperymentu i wolności słowa. Na zewnątrz wyjący lub rozmodlony tłum. Żegnajcie, piknicy!

23-06-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (6)
  • Użytkownik niezalogowany ninia
    ninia 2014-07-07   21:56:18
    Cytuj

    nie "czemu", a "dlaczego"

  • Użytkownik niezalogowany andżejek mondry taki
    andżejek mondry taki 2014-06-27   00:56:44
    Cytuj

    http://sjp.pwn.pl/szukaj/notabene andżej napisał(a):

    nota bene pisze się osobno, proszę pana teatrologa

  • Użytkownik niezalogowany radek
    radek 2014-06-24   09:49:21
    Cytuj

    K...., nie chcesz piknikować, nie idź, jak ja nie chodzę na te teatra kościelne (straszna nuda). Ale daj innym oglądać i żyć. Jezus by tak zrobił.

  • Użytkownik niezalogowany andżej
    andżej 2014-06-23   21:23:52
    Cytuj

    nota bene pisze się osobno, proszę pana teatrologa

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-06-23   19:26:00
    Cytuj

    Cieniasy z "Golgota Picnic" "Artyści" z "Golgota Picnic", a także organizatorzy festiwalu Malta okazali się jednak cieniasami. I gdy tylko się okazało, że katolików i Boga bezkarnie obrażać nie wolno, że prezydent, arcybiskup, kilku polityków, a także tysiące zwyczajnych katolików są przeciwko nim i że nie zamierzają ustąpić, tchórzliwie pozwalając na profanację, wycofali się z przedstawienia - pisze Tomasz R. Terlikowski w Rzeczpospolitej. «A przy okazji oskarżyli zapowiadających modlitwę katolików o to, że ci zaatakują (zapewne różańcami) "artystów", organizatorów i jeszcze zdemolują własność publiczną. Organizatorzy festiwalu dowiedli w ten sposób absolutnego braku zrozumienia istoty happeningu. Gdyby poważnie traktowali własne zapewnienia o otwarciu na żywą sztuką, to mogliby uznać, że protesty katolików są elementem tegoż "dzieła sztuki". Jeśli bowiem ktoś może obrażać katolików, profanować najświętsze dla nich wartości i wyśmiewać najważniejsze osoby, to musi się spodziewać, że obrażeni zechcą odpowiedzieć. Odpowiedź katolicka powinna być więc wpisana w program... I zapewne taki byt plan "artystów". Chcieli sobie podworować z "katoli", ponaśmiewać się z ich uczuć i poprzekonywać, że nowoczesność może drwić ze wszystkiego. Nie wiedzieli tylko, że w Polsce wiara jest jeszcze dość żywa, że Polacy (w odróżnieniu od Francuzów) potrafią się zjednoczyć o wiele mocniej i że nie brak u nas nie tylko krewkich młodzieńców, którzy potrafią wznosić stosowne okrzyki, ale też polityków, którzy są w stanie cofnąć darowizny albo skutecznie zablokować inne występy. Odważny artysta, ktoś, kto naprawdę chciałby dokonywać zmiany społecznej przez sztukę, wziąłby to na klatę. Ale twórcy festiwalu, a także bluźnierczy "artyści" okazali się pozornymi tylko nonkonformistami. Są w stanie "tworzyć", tylko jeśli nie zagraża to ich pozycji zawodowej, pieniążkom i miejscu na panteonie, a także, gdy nie ma niebezpieczeństwa bezpośredniego kontaktu z tymi, których się obraża. W takiej sytuacji "odważni artyści" okazują się zwyczajnymi tchórzami. Afera z Poznania pokazała to po raz nie wiem już który. *Autor jest filozofem, publicystą, redaktorem portalu fronda.pl» "Cieniasy z "Golgota Picnic"" Tomasz R. Terlikowski* Rzeczpospolita nr 143 23-06-2014

  • Użytkownik niezalogowany Mela z Łodzi
    Mela z Łodzi 2014-06-23   13:55:13
    Cytuj

    "Decydować będzie vox populi: czyli – prawicowe media, ulica, fora internetowe i kibice. No i Kościół katolicki" to taka sama generalizacja jakby rzec: Dziś decyduje Gazeta Wyborcza, "Spółdzielnia", salon i trzęsąca samorządami PO." A tak pod rozwagę - jak Kaczyński mówi o "wspólnocie" to źle, a jak wiceprezydent od kultury dużego miasta (Łodzi) to dobrze ("każdy projekt, który angażuje społeczeństwo jest bardziej wartościowy niż "działania indywidualne"). A że obie osoby mają problem z wyrażaniem o co im chodzi, to inna rzecz. Widać, że felietonista Ł. Drewniak lubi generalizować i z publicystów katolickich tworzyć jakąś bezmyślną pulpę ("Tak naprawdę Malta dostała rykoszetem za antyklerykalne bilboardy i happeningi Palikota i Hartmana, uznane przez katolickich publicystów za rekonkwistę ateizmu i neopogaństwa"). Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana: "Otóż niedawno nadwiślańskimi ulicami przeszedł Marsz Ateistów. Crème de la crème stanowiła rekonstrukcja kaźni niejakiego Łyszczyńskiego, którego ponad trzy wieki temu umęczono za traktat istnienie naszego Nieprzyjaciela negujący. Teraz w nieszczęśnika wcielił się pewien filozof i polityk, a może polityk i filozof, bo już nie wiadomo, co w jego przypadku na pierwszym miejscu stawiać. Minę miał zasępioną i strasznym naznaczoną cierpieniem – jak to tylko aktor ze szkolnego teatru zagrać umie, gdy w końcu dostaje szansę i nie musi już grać muchomora." http://tygodnik.onet.pl/wlasnym-glosem/sami-meczennicy/jgec6