AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Spółka z o.o. albo wiele hałasu o… Gniezno

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
Fot. Mirosław Skrzypowski  

Kandydatki Grudzińska i Nowak otrzymały średnią ocenę od wszystkich członków komisji odpowiednio: 44,22 punktu oraz 44 punkty. Czy warto kruszyć kopie o 0,22 punktu?

„Liczby nie kłamią” – to przesąd, w który wiara jest chyba najmocniej zakorzeniona w neoliberalnym świecie. Jeśli coś da się zmierzyć i wyrazić za pomocą liczb, uzyskuje to od razu status pewnika istniejącego obiektywnie. Cyfry stały się dla współczesnego świata synonimem rzeczywistości obiektywnej i pewnej, bo policzalnej. Żeby było uczciwie, musi być obiektywnie. Dlatego wszędzie tam, gdzie „obiektywność” staje się pożądanym wymiarem, świat sięga po liczby. Wyniki uczniów w szkole? Proszę bardzo – teścik, na którym obiektywnie (bo jednowymiarowo) da się wyrazić w liczbach przyrost wiedzy (lub jego brak). Kto jest najlepszy w danej dziedzinie? Ten, kto uzyskuje najwięcej wyrażonych liczbami punktów. Sprawa wydaje się prosta, kiedy mamy do czynienia ze zjawiskami mierzalnymi – ten jest lepszy, kto wyprodukował więcej ton ziemniaków, osiągnął większy zysk, sprzedał więcej biletów czy wkopał przeciwnikowi więcej bramek.

Jednak, o czym się na ogół nie pamięta, liczby nie pojawiają się w świecie jako wyraz ponadjednostkowej, niezależnej od wszystkiego, „obiektywnej” siły wyższej. Liczb używają ludzie. A ludzie dostęp do świata zewnętrznego mają poprzez własne (jedynie subiektywne, jak przekonują choćby neurofizjolodzy) zmysły i wynikające z ich rozpoznań zachowania. To nieco komplikuje sytuację absolutnej „prawdomówności” liczb. Jak wszystko, czego świadomie używają ludzie, tak i one podlegają manipulacji, czego świat dostał bardzo mocny dowód w postaci „kreatywnej księgowości” ujawnionej przez aferę amerykańskiego giganta energetycznego Enron Corporation. Liczby ujawniają swoją słabość szczególnie wtedy, kiedy dochodzimy do zjawisk i przedmiotów „niemierzalnych”, których istnienie i funkcjonowanie w świecie podlega w dużej mierze interpretacjom, osobistym sądom.

Dlaczego wiara w liczby tak dobrze ma się wśród tych, którzy komentowali wyniki konkursu na dyrektora Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie? Dzieje się tak np. w sportach, w których oprócz wymierzanych wyników brane są pod uwagę także mniej wymierne wartości, jak wyraz artystyczny czy poprawność techniczna. Stąd w skokach narciarskich w wyliczaniu not za styl, by uniknąć manipulacji, odrzuca się dwie skrajne oceny, tę najlepszą i tę najgorszą. Jednak np. skomplikowane algorytmy, jakie stosowano w ocenianiu łyżwiarstwa figurowego, które miały przy pomocy punktów też jak najobiektywniej ocenić zawodników, i tak nie uchroniły wyników wielu zawodów przed manipulacjami ze strony sędziów – choćby w czasie Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City.

Skoro trudno zaufać „obiektywności” liczb w o wiele precyzyjniejszych od teatru dziedzinach, jakimi są sport czy ekonomia, to dlaczego wiara w liczby tak dobrze ma się wśród tych, którzy komentowali wyniki konkursu na dyrektora Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie?

Obserwując z pewnego oddalenia burzę, jaka rozpętała się w internecie i prasie po ogłoszeniu przez marszałka województwa wielkopolskiego decyzji o tym, że dyrektorem teatru zostanie Joanna Nowak, która otrzymała o dwa punkty mniej niż Magdalena Grudzińska, jestem zdumiona, jak bardzo owe dwa punkty mają świadczyć o zafałszowaniu wyników konkursu, co sugerowali w swoich tekstach niemal wszyscy dziennikarze. Namaszczony przez dziennikarzy reprezentant kultury niezależnej w Poznaniu także nie mógł wyjść ze zdumienia, jak to się stało, że popsuto tak dotąd „wzorcowo prowadzony konkurs” („Gazeta. Poznań”, 22.07.2013). Tytuł artykułu w „Gazecie. Poznań” z równym zdumieniem pytał: „Mniej punktów, ale lepsza kandydatka?”. No, koniec świata! Ktoś ośmielił się podważyć aksjomat, że liczby nie kłamią! Z głosów wielu dziennikarzy przebijał z trudem skrywany żal, że nie wygrała kandydatka, którą znają i darzą sympatią, bo choć procedury zostają zachowane, „wzrasta tylko poczucie, że nie wygrywają najlepsi specjaliści na rynku” („Gazeta Wyborcza”, 25.07.2013). Przecież liczbowe kryteria są tak obiektywne, że bez wątpienia pokazują, co jest najlepsze na rynku.

Dzielni internauci dali jeszcze bardziej dobitny wyraz swemu oburzeniu, wzywając CBA i prokuraturę do wyjaśnienia, dlaczego podważono wyniki konkursu. Dostało się i marszałkowi, i szefowej departamentu kultury, i przyszłej dyrektor. Jak śmieli zakwestionować bóstwo objawiające się w punktach?!

Poznańska komisja rekomendująca kandydata na dyrektora podjęła decyzję, że ostateczna punktacja jest po prostu sumą punktów uzyskanych od wszystkich jej członków. Co, jak wynika z wyjaśnień marszałka, być może pozwoliło dwóm członkom komisji w sposób znaczący wpłynąć na ostateczny wynik. W wypowiedzi cytowanej przez „Głos Wielkopolski” z 25 lipca 2013 roku marszałek wyjaśniał, że „dwóch członków komisji punktowało kandydaturę pani Grudzińskiej na 60 punktów, czyli absolutne maksimum we wszystkich kategoriach, jednocześnie przyznając kontrkandydatce minimalne 28 i 35 punktów. Te dwa głosy zdecydowanie zmniejszyły szanse Joanny Nowak. Jednak pani Grudzińska otrzymała cztery punktacje powyżej 50 punktów, a pani Nowak aż sześć”. Dwa punkty (przy możliwości uzyskania 480) to w opinii komentatorów cały ocean oddzielający świetną kandydatkę od ignorantki.

Można by się w tym miejscu pobawić w „kreatywną arytmetykę”. Jeśliby  wzorem zawodów w skokach narciarskich odjąć każdej z kandydatek skrajne punktacje (co zmniejszyłoby możliwość manipulacji), to być może (nie znamy minimalnej liczby punktów, jaką uzyskała Grudzińska) wynik tych zabiegów byłby inny. Żeby uzasadnić swoją decyzję, marszałek mógłby przecież uciec się do jeszcze innych operacji na liczbach. Kandydatki Grudzińska i Nowak otrzymały średnią ocenę od wszystkich członków komisji odpowiednio: 44,22 punktu oraz 44 punkty. Czy warto by kruszyć kopie o 0,22 punktu? A przecież gdyby zaokrąglić wyniki, obie kandydatki otrzymałyby de facto taką samą liczbę punktów! Pradawni bogowie nie mogą się mylić!

Dawno temu, na studiach, by ukryć mizerną liczbę przeprowadzonych przeze mnie ankiet na zajęcia z wiedzy o filmie (nikt nie był chętny udzielać odpowiedzi), zamiast liczb bezwzględnych użyłam procentów. Jak by to wyglądało w przypadku obu kandydatek? Grudzińska otrzymałaby 82,9 procenta punktów, a Nowak – 82,5 procenta. Toż to prawie żadna różnica (szczególnie jeśli znów zaokrągli się wynik do pełnych liczb). Liczbami można manipulować, liczby poddają się manipulacji, ponieważ używają ich ludzie. Można wymyślać skomplikowane algorytmy, by oddać cześć bóstwu znanemu jako obiektywność zawarta w liczbach (dwa plus dwa zawsze będzie cztery!), tylko czy rzeczywiście to zapewni podjęcie najlepszej decyzji?

Marszałek, który tłumacząc się ze swojej decyzji, chciał oddać Bogu, co boskie (Nowak otrzymała więcej najwyższych not, więc punktacyjne uzasadnienie też można znaleźć), odwołał się jednak do innej instancji: odpowiedzialności. Odpowiedzialności, która w tym przypadku dotyczy Zarządu Województwa – konkretnych osób zatrudniających dyrektora teatru. I marszałek, wbrew rekomendacji członków komisji (dla większości osób korzystających z usług teatru w Gnieźnie – absolutnie anonimowych ludzi), przyjął na siebie odpowiedzialność podjęcia decyzji. Z rezultatów tej decyzji będzie go można za jakiś czas rozliczyć. Może się ona podobać lub nie, ale absurdalnie wygląda atakowanie decyzji marszałka na podstawie dwóch punktów różnicy, bo chowanie swoich preferencji za „obiektywną” wymową punktacji jest mało wiarygodne. Odpowiedzialność wieloosobowej komisji jest siłą rzeczy rozmyta. Jeśliby Zarząd Województwa wyłącznie „przyklepał” wynik obrad komisji konkursowej wyrażony liczbowo w sumie preferencji poszczególnych jej członków, kto wtedy wziąłby na siebie odpowiedzialność za podjęcie decyzji? Członkowie komisji, którzy zawsze mogliby powiedzieć: „To nie mój kandydat wygrał”? Marszałek, który mógłby schować się za „mądrością grupową” zawartą w werdykcie komisji?

Całe to zamieszanie ma być może jedną jasną stronę. Teatr im. Aleksandra Fredry doczekał się takiego zainteresowania prasy, jakiego nie pamiętam. Całe to zamieszanie z teatrem w Gnieźnie być może powinno być punktem wyjścia do dyskusji na temat sposobu wybierania dyrektorów instytucji kultury, które podlegają władzom dysponującym środkami publicznymi. Czy rzeczywiście interesy wyrażone w zsumowanych punktacjach (być może sprzeczne) i preferencje (trudne do pogodzenia) przedstawicieli związków zawodowych, ministerstwa, władz regionalnych i związków twórczych stanowią najlepszą gwarancję wyboru „najlepszego”, „idealnego” kandydata? A może poza obiektywnością i odpowiedzialnością warto by było, żeby wyborom konkursowym przyświecała także odwaga, odwaga brania odpowiedzialności za swoje decyzje? Decyzje, które być może będą niepopularne w „środowisku”, ale których nie da się usprawiedliwić liczbowymi rezultatami konkursu czy też ograniczeniami wynikającymi z jego wymogów (najwyraźniej rozpisanego przez krasnoludki, a nie urzędników).

Całe to zamieszanie ma być może jedną jasną stronę. Teatr im. Aleksandra Fredry doczekał się takiego zainteresowania prasy, jakiego nie pamiętam. Dziennikarze gazet centralnych przypomnieli sobie, że teatr w jednym z przysłowiowych „miast na G” nadal istnieje i być może ich sceptycyzm wobec dyrektor Joanny Nowak skłoni ich do przyjechania do Gniezna i naocznego przekonania się, jak wygląda jej praca w tym teatrze.

07-10-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Mikaś
    Mikaś 2013-11-12   21:54:32
    Cytuj

    Tak, czy siak, Gniezno chyba znów straciło tym razem na wyborze Joanny Nowak. Słuchając jej opowieści programowych trudno oprzeć się wrażeniu, że to nic oryginalnego: zasłuchanie się w opowieściach innych osób i ich programów. No i Nowak nie ma w sobie energii.