AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

8 856 m n.p.m.

 

Na środku białej, ascetycznej przestrzeni szeroko oświetlonej jasnym i chłodnym światłem siedzi drobna, starsza kobieta. Ma na imię Wanda. Skromnie ubrana w luźne spodnie i czarną bluzkę stanowczo patrzy w obiektyw ustawionej naprzeciw kamery. Z trudem opanowując drżenie głosu, wydaje oświadczenie dotyczące śmierci swojego młodego partnera w czasie ich wspólnej wyprawy wspinaczkowej w Himalajach.

Tłumaczy się, że nie jest winna wypadkowi, że nie mogła nic więcej zrobić, aby uratować chłopaka. Zaczyna się irytować. Sytuacja, w jakiej się znalazła, jest dla niej bardzo niekomfortowa – nie dlatego, że dręczą ją wyrzuty sumienia, ale dlatego, że nigdy nie zwykła przed nikim się usprawiedliwiać. Z offu padają pytania dziennikarzy, coraz bardziej napastliwe. Przewija się w nich racjonalna potrzeba zrozumienia tego, co się stało w górach: dlaczego ona wróciła, a on nie? Czy zrobiła wszystko, aby mu pomóc? „Nie wiem” – brzmi odpowiedź Wandy. „Po co w ogóle tam poszliście?” – „Bo mogliśmy”.

Temat wypadków wysokogórskich, szczególnie w środowisku polskich himalaistów, jest niezwykle drażliwy. Za każdym razem, kiedy dochodzi do tragedii, uruchomiona zostaje lawina niekończących się sporów na temat popełnionych błędów oraz etyki uprawiania tego sportu. Upór i pewna nieprzystępność wspinaczy granicząca z oschłością nie ułatwiają konstruktywnych wniosków. Tym bardziej, że kwestie sporne pogłębiają dodatkowo media relacjonujące sukcesy bądź porażki himalaistów, bieżące transmisje w internecie czy wreszcie moda na tak zwane „wyprawy komercyjne”. Wszystko to łudzi nas przeświadczeniem, że Korona Ziemi jest osiągalna i bliska jak nigdy dotąd, a my sami możemy wraz ze wspinaczami poczuć ten dreszcz towarzyszący obcowaniu z nią. Problem jednak pojawia się, kiedy te emocje i wrażenia z ośmiu tysięcy metrów nad poziomem morza próbuje się przenieść na deski stołecznego teatru.

Nie wiem, czy Anna Wakulik i Katarzyna Kalwat mają cokolwiek wspólnego ze wspinaczką wysokogórską, jednak po obejrzeniu spektaklu Wasza Wysokość odniosłam wrażenie, że ten temat jest dla nich co najmniej abstrakcyjny. Z jednej strony trudno się dziwić – w końcu nie każdy potrzebuje tak silnej stymulacji (ciała i umysłu); z drugiej – absolutnie zrozumiała wydaje się pokusa zajrzenia w niedostępny świat tych, którzy w ekstremalnych warunkach klimatycznych narażają życie, aby stanąć na szczycie świata. Autorki spektaklu deklarowały przed premierą, że chciały przyjrzeć się motywacjom wspinaczy i postawić przy tym fundamentalne pytanie: po co to robią? Jak jednak wiadomo nie od dziś, z dobrymi chęciami to raczej w dół do piekła niż do nieba. W górach, podobnie jak zresztą w teatrze, czasami od intencji ważniejsza jest precyzja oraz zdecydowanie. Bez nich łatwo spaść w przepaść.  

Punktem wyjścia dla Anny Wakulik była postać największej polskiej himalaistki Wandy Rutkiewicz (Jadwiga Jankowska-Cieślak). To ona jest tytułową „waszą wysokością”, choć określona w ten sposób zostaje tylko raz, w dodatku ironicznie. Pierwsza kobieta na K2 oraz trzecia na Mount Everest trwale zapisała się w historii nie tylko polskiego, ale i światowego himalaizmu. Weszła na osiem ośmiotysięczników, dzięki czemu przez wiele lat pozostawała liderką wśród kandydatek do zdobycia „Korony Himalajów”. Jej ostatni plan wspinaczkowy, Karawana do marzeń, zakładał uzupełnienie tego wyniku o sześć brakujących w jej dorobku ośmiotysięczników w ramach jednej szesnastomiesięcznej wyprawy. Zginęła w czasie próby jego realizacji na Kanczendzondze w maju 1992 roku. Jej ciała nigdy nie odnaleziono.

W Waszej wysokości, której tekst powstał przy okazji tegorocznych warsztatów zorganizowanych w ramach przeglądu teatru dokumentalnego Sopot Non-Fiction, śmierć Rutkiewicz na zboczu Kanczendzongi to właściwie jedyny fakt zgodny z jej życiorysem. Cała sceniczna historia, w której himalaistka powraca na Świętą Górę, aby odnaleźć ciało tragicznie zmarłego towarzysza wcześniejszej wyprawy, została wymyślona w oparciu o różnorodne materiały dotyczące wielu wspinaczy. Budzi to pewną konsternację, ponieważ w ten sposób przypisuje się autentycznej bohaterce słowa i działania, do których być może nigdy by się nie przyznała. Szczególnie kuriozalna wydaje się propozycja wyjazdu w Himalaje, jaką składa swojemu przyjacielowi (Henryk Niebudek), od dawna już niedbającemu o kondycję i wytrzymałość, oraz nienawidzącej himalaizmu Annie (Monika Pikuła), której chłopak zginął na Kanczendzondze. Towarzyszy im młody wspinacz i reżyser (Tomasz Tyndyk), marzący jedynie o zrealizowaniu dobrego filmu dokumentalnego. Widać tu wyraźnie ślady kontrowersyjnej wyprawy na Broad Peak z udziałem Jacka Berbeki i Jacka Hugo-Badera, która była bardzo głośno komentowana przez media. Szkoda tylko, że autorka tekstu nie zachowała przy tym choćby podstawowych zasad prawdopodobieństwa ani też nie wykorzystała potencjału autentycznego konfliktu pomiędzy wspinaczami a dziennikarzem.

Reżyserka Katarzyna Kalwat subtelnie zaznacza przestrzeń, w której odbywać się będzie ostatnia wyprawa Wandy Rutkiewicz. W sterylnie białym pudełku sceny znajduje się jedynie rząd metalowych krzeseł, sterta skotłowanych śpiworów i odzieży turystycznej oraz mała, podręczna kamera umieszczona na stojaku. Obraz ten sugeruje jednolitą pokrywę śnieżną skał niedostępnych człowiekowi. Brakuje tu slajdów z autentycznymi zdjęciami, fototapet i innych tego typu pomysłów mogących w dosłowny sposób oddać panoramę Himalajów. I całe szczęście, ponieważ zamiast nich pojawia się pomysł malowania wysokogórskich obrazów czy raczej wywołanych nimi wrażeń za pomocą światła (bardzo dobra robota realizatora Michała Głaszczki). Harmonijnie zakomponowane barwne plamy rzucane przez reflektory przekonująco imitują wrażenie nieba nad Koroną Ziemi. Towarzysząca temu cisza przerywana jest jedynie brzmieniem wypowiadanych słów, które multiplikowane są przez echo. Błękit paryski, róż, oranż, magenta, wrzos – nazywając kolory, bohaterowie próbują opisać wrażenie, jakie wywołuje w nich widok Himalajów. Jednak słowa tracą tutaj swoją moc.

Sugestywny obraz w jakiś sposób zbliża się do ukazania istoty fascynacji górami. Jest w nim piękno i metafizyka. Oba te wrażenia zostają jednak zagłuszone przez kolejne kwestie bohaterów, których w całym spektaklu wydaje się zdecydowanie zbyt wiele. W tekście Waszej wysokości odnaleźć można z jednej strony zachwyty nad pięknem i duchowym wymiarem gór, możliwością zmierzenia się z własnymi słabościami oraz oderwania od szarej rzeczywistości, z drugiej – zarzuty od komercyjnego charakteru wypraw (że organizują je wyłącznie dla sławy i sponsorskich pieniędzy) po bezsensowne i nieodpowiedzialne igranie ze śmiercią. W tym aspekcie spektakl jest niemal encyklopedycznym przeglądem haseł, którymi od lat przerzucają się sportowcy i media i z których nic właściwie nie wynika. Osobiście nie rozumiem sensu przenoszenia tych jałowych dyskusji na scenę. Tym bardziej że sposób ich prowadzenia jest nieco chaotyczny, przez co cały spektakl co pewien czas traci swój rytm i choć krótki, zwyczajnie nuży. Przykładem może tu być chociażby scena wspinania się na Kanczendzongę, podczas której aktorzy stoją objęci w kręgu i na zmianę wymawiają liczby oznaczające pokonywaną wysokość oraz objawy choroby wysokogórskiej. Zabieg statyczny i nieszczególnie interesujący, obnażający brak pomysłu na przedstawienie samego wejścia – jakby zdobywanie szczytu i wszystko to, co dzieje się po drodze z ludzkim ciałem i psychiką, nie było warte większego odnotowania. 

Nie bardzo wiadomo, dla kogo i w związku z tym w jakim celu ten spektakl powstał.Katarzyna Kalwat dała się już poznać jako reżyserka kładąca szczególny nacisk na osobowość swoich bohaterów oraz istniejące pomiędzy nimi relacje. Zdają się ją pociągać dzikie instynkty tkwiące w człowieku i ujawniające się w wyniku silnego bodźca lub w sytuacjach ekstremalnych. To one były głównym tematem jej studenckiego spektaklu opartego na Śnie nocy letniej, pokazywanego w ramach Festiwalu Szekspirowskiego w 2009 roku. W swoich kolejnych spektaklach w skromnej, niekiedy wręcz ascetycznej scenografii pozwalającej skupić uwagę na aktorach wnikliwie analizowała zachowania ludzi postawionych w nietypowych dla siebie sytuacjach. W Bogu mordu z Teatru Powszechnego w Łodzi konfrontowała postawy dwóch kulturalnych małżeństw, których synowie w sprzeczce sięgnęli po najbardziej prymitywne, siłowe argumenty. Akcja krakowskiego spektaklu Himmelweg. Droga do nieba toczyła się w obozie koncentracyjnym, którego więźniowie na czas wizyty obserwatora z Czerwonego Krzyża zmuszeni zostali do udawania codziennego, normalnego życia. Z kolei Zażynki z Teatru Polskiego w Poznaniu skupiały się wokół tematu niechcianej ciąży młodej dziewczyny i jej związku z dwoma partnerami, ojcem i synem.

W przypadku Waszej wysokości Kalwat pyta o motywację człowieka decydującego się na narażenie własnego życia, zostawienie rodziny i przyjaciół w celu doświadczenia czegoś nowego i fascynującego. Spektakl wciąga aktorów w ten świat i każe im szukać odpowiedzi za swoich bohaterów. Trafna wydaje mi się tutaj przede wszystkim intuicja Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, która nie szuka argumentów broniących egocentrycznej postawy swojej bohaterki. Wanda Rutkiewicz w jej wykonaniu jest kobietą niezwykle opanowaną i zdeterminowaną, która doskonale wie, czego chce i nie czuje potrzeby przekonywania o tym innych. Jej siła polega właśnie na tym, że robi to, czego wewnętrznie potrzebuje, bez oglądania się na cudze opinie. Himalaizm nie jest dla niej ani dobry, ani zły – jest po prostu jej sposobem na życie.  

Przeciwwagą dla jej osoby jest młody reżyser, który w całej wyprawie widzi wyłącznie materiał na wzięty film dokumentalny. Choć sam jest początkującym wspinaczem, należy już do nowego pokolenia, wyznającego inne wartości. To jemu najbardziej przeszkadza utknięcie na trzy tygodnie w namiocie z powodu złych warunków atmosferycznych, ponieważ tak spędzony czas nie wygląda efektownie w obiektywie kamery. Złości się na Wandę robiącą na drutach, ponieważ w jego wyobrażeniu na temat wielkiej himalaistki nie ma miejsca na bierność wobec gór. Tomasz Tyndyk kreuje postać wylansowanego i buńczucznego chłopaka, któremu droga do zdobycia Kanczendzongi miesza się z turystycznym spacerem na Giewont. Nie ma w nim żadnego szacunku dla gór i całej sprawy, ponieważ najważniejsze jest wywiązanie się z kontraktu ze sponsorem (notabene ciekawy jest tutaj autoironiczny komentarz twórców spektaklu, którzy z jednej strony ośmieszają postawę reżysera, z drugiej sami machają widzom przed oczami markowym sprzętem turystycznym polskiego producenta). Jego złość na niepowodzenia skupia się na Wandzie, jednak jest ona dosyć szczeniacka – widać, że zarówno racje, jak i rozkład sił nie są tutaj równomierne. Trochę szkoda, ponieważ taki wątek niewątpliwie wzmocniłby napięcie dramaturgiczne spektaklu.

Pozostaje jeszcze dwójka przypadkowych (nieprzygotowanych) towarzyszy wyprawy na Kanczendzongę. Grana przez Monikę Pikułę Anna to kobieta kierująca się wyłącznie miłością do zmarłego himalaisty. Wspaniały jest jej pierwszy monolog, w którym złorzeczy Świętej Górze niczym swojej rywalce w uczuciu do chłopaka. Jej bohaterka przeżywa całe spektrum uczuć: od żalu po stracie poprzez nienawiść do rodzinnej pasji wspinaczkowej, wreszcie oczyszczającą ulgę wywołaną wyjazdem w Himalaje i odnalezieniem zamarzniętego ciała chłopaka, które teraz będzie mogła nareszcie pochować. Jej osobisty dramat spowodowany utratą kolejnych bliskich (najpierw matka, teraz chłopak) jest dosyć silnym kontrargumentem wobec postępowania niezłomnej ciotki Wandy – być może ból Anny jest jedynym uczuciem zdolnym wzbudzić w Rutkiewicz szczere współczucie?

Starszy mężczyzna to ojciec Anny, który w młodości blisko przyjaźnił się z Wandą. Grany przez Henryka Niebudka jest w tym spektaklu najbardziej nieoczywistym bohaterem. Kiedyś podzielał pasję Rutkiewicz, szybko jednak z niej zrezygnował i zajął się uprawianiem dziennikarstwa, potępiając w swoich tekstach wyczyny himalaistów. Jest powolny i flegmatyczny, trochę zbyt wysoko zadziera do góry głowę, jakby chciał nieustannie podkreślać swoją wyższość nad środowisko, którym tak pogardza. Trudno zrozumieć, czym zjednał sobie sympatię Wandy i dlaczego teraz decyduje się wrócić razem z nią w Himalaje. Być może kieruje nim absolutna lojalność wobec kobiety, którą w głębi duszy bardzo podziwia. Kiedy himalaistka opada z sił, to on motywuje ją i wspiera oraz zostaje z nią do samego końca – do śmierci na Świętej Górze.

Problem Waszej wysokości polega na tym, że nie bardzo wiadomo, dla kogo i w związku z tym w jakim celu ten spektakl powstał. Z pewnością nie należy do teatru dokumentalnego skierowanego do osób zaznajomionych z realiami środowiska ani też naturszczyków chcących poznać historię Wandy Rutkiewicz. Elementy fikcji i przekłamania rzeczywistości są na to zbyt wyraźne. Wybór polskiej himalaistki na główną bohaterkę jest godny pochwały, jednak skoro nie kryje się za nim próba opowiedzenia konkretnie o tej postaci, zaczyna przypominać zwyczajny, nic niewnoszący gest feministyczny. Jeśli natomiast Wasza wysokość miała być teatrem moralnych dylematów, to zabrakło w niej głębszej analizy, która nie prześlizgiwałaby się tak powierzchownie po chwytliwych tytułach i efektownych, choć wyświechtanych argumentach, którymi zalewają nas nasze media. Tych bowiem mamy dosyć na co dzień i naprawdę szkoda sceny na ich powtarzanie.

28-11-2014

 

Teatr WARSawy, Warszawa
Anna Wakulik
Wasza wysokość
reżyseria: Katarzyna Kalwat
scenografia: Dominika Skaza
muzyka: Małgorzata Sarbak
występują: Jadwiga Jankowska-Cieślak, Henryk Niebudek, Monika Pikuła, Tomasz Tyndyk
premiera: 15.11.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: