AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

A la manière traditionelle

Horla. Przypadek rodziny Sablé, reż. Marcin Kluczykowski, Teatr u Przyjaciół w Poznaniu
Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
 

Podróżując samochodem z naszą szaloną „babeczką”, która prowadzi kierowcę swoim kategorycznym, acz nieco mechanicznym głosem, nigdy nie można być pewnym, jaką trasą się pojedzie. Prowadząc nas po absurdalnie lokalnej drodze, jeśli wziąć pod uwagę długość naszej podróży, „babeczka” szykowała nam jednak miłą niespodziankę.

Pokonawszy kolejny ostry zakręt pod stromą górkę, znaleźliśmy się naprzeciw zapierającego dech w piersiach widoku. Przed nami, w dole błyszczała w słońcu szeroko rozlana Sekwana zawzięcie meandrująca wśród zielonych łąk. Na prawo, w oddali widać było Rouen: wieże kościołów i kominy fabryczne. Nasza dżipiesowa „babeczka” wymotując nas z korka na autostradzie, zadziałała niczym tajemnicza siła z zewnątrz, dzięki której można było doświadczyć czegoś niezwykłego. Ostra skarpa, z której można było podziwiać ten widok, jakby zapraszała do lotu. Co z tego, kiedy stojąca na jej skraju tablica wyraźnie zabraniała skoków ze spadochronem czy paralotnią. Zaproszenie do szybowania wysyłane przez ten pejzaż, zgodnie z prawem, mogło ograniczyć się więc wyłącznie do lotu à la Icare. Tylko po co, skoro czekało nas jeszcze wiele, być może, równie pięknych widoków?

To wspomnienie autentycznego krajobrazu okolic Rouen towarzyszyło mi w trakcie oglądania przedstawienia Horla. Przypadek rodziny Sablé w poznańskim Teatrze u Przyjaciół. Spektakl swobodnie oparty na opowiadaniu Guy de Maupassanta bardzo precyzyjnie lokalizował akcję właśnie tam – przez przywoływanie w słowach postaci spacerów nad brzegiem rzeki czy wypraw do nieodległego miasta. Lecz sama akcja sceniczna umieszczona była w zamkniętym pomieszczeniu salonu, toczyła się w dużej części wokół stołu, który całkiem tradycyjnie reprezentował tu zarówno dom, jak i rodzinę. O tym, iż rzecz dzieje się we Francji, poza słowami postaci i niektórymi kwestiami wypowiadanymi w języku Maupassanta, nieco zbyt nachalnie przypominał stojący w głębi sceny monitor, na którym – na zmianę z planszą kontrolną – pojawiał się obraz Pól Marsowych z zamykającą ich perspektywę Wieżą Eiffla. Scenografia swoim rozpięciem między rekwizytami z czasów, o jakich pisał Maupassant (zastawa stołowa, drewniana rama okna), a tymi współczesnymi, takimi jak telewizor czy słuchawki, sugerowała jakieś ponadczasowe teraz. Jednak poza dość ogólnikowym odniesieniem do teraźniejszości wiele z obecności tych nowoczesnych sprzętów nie wynikało. Klimat scen, współtworzony także przez scenografię, bardziej sugerował, iż rzecz cała dzieje się pod koniec dziewiętnastego wieku i odnosiło się wrażenie, że przedstawienie dotyczy tamtych czasów i ludzi. Nie zmieniło tego nawet ubranie Syna (Radosław Salamończyk) w całkiem współczesną, hipsterską czapkę czy codzienny, współczesny strój Ojca (Paweł Kolasa). O wiele silniejsze wrażenie robiła suknia doktorowej Parent (Agnieszka Brzezińska) czy ciemny strój jej męża (Paweł Sakowski). Dlatego oglądając Horla… miałam poczucie, iż patrzę na coś bardzo staroświeckiego, na taki rodzaj teatru, jakiego w tej chwili raczej się już nie ogląda.

Dorota Sajewska w swojej książce Chore sztuki bardzo przekonująco opisała, w jaki sposób w drugiej połowie dziewiętnastego wieku świeżo rozwijające się psychologia i psychiatria zarówno czerpały z literackich sposobów opisywania świata, jak i wpływały na nie. Inscenizacja Horla… zdaje się wpisywać bardzo dokładnie w tę tendencję, o czym świadczy już choćby samo użycie medycznego słowa „przypadek” w tytule spektaklu Teatru u Przyjaciół. Choroba to realność świata przedstawionego; choroba umysłu każdego z bohaterów z osobna, a także choroba rodziny, w której nikt już się z nikim nie komunikuje. Reżyseria Marcina Kluczykowskiego skupia się właśnie na pokazaniu poszczególnych przypadków ludzkich, które coraz bardziej pogrążają się w chorobie szaleństwa. Być może z tego powodu główna oś spektaklu prowadzona jest przez monologi Syna, Matki (Anna Prętka) i służącego Jana (Mateusz Paszkiewicz), przy czym ten ostatni jest bardziej obserwatorem schodzenia ze ścieżki rozumu dwojga pierwszych. Ten tercet uzupełniony jest trojgiem pozostałych bohaterów: widocznym cały czas przy stole, lecz odizolowanym od reszty świata słuchawkami, które ma na uszach, Ojcem oraz demoniczno-tajemniczym małżeństwem doktorostwa Parent. W efekcie trudno w zasadzie powiedzieć, że przedstawienie to posiada jakąś akcję, wszystko rozgrywa się w niedopowiedzeniach, półsłówkach, opowieściach o tajemniczych zdarzeniach i trudnych do wytłumaczenia humorach, które próbuje się wyjaśnić przy pomocy hipnozy. W budowaniu owej niewytłumaczalności odczuć i zachowań największe znaczenie ma sposób, w jaki grają aktorzy. Obie aktorki są zarazem formalnie manieryczne i histeryczne, konwencjonalnie budując postacie kobiet napędzanych jakimś pozarozumowym impulsem. O ile one są w swojej grze dość stonowane, o tyle Salamończyk jako Syn jest nerwicowo rozedrgany, jakby jedynie on chciał się bronić przed niejasnym zagrożeniem, które – jak wszyscy wierzą – przyszło z zewnątrz. Tak właśnie tłumaczy się imię, jakie nadano nawiedzającemu ich umysły groźnemu osobnikowi – to dźwiękowy zapis słów hors la, czyli „z zewnątrz”, „poza tym, co tu”.

Temu, co niewidzialne a groźne, nie można skutecznie stawić czoła – skoro nie można zabić Horli w sobie, trzeba zabić siebie, by unicestwić Horlę. Przedstawienie zamyka scena zbiorowego samobójstwa, na które decydują się także ci, którzy nie sprawiali wrażenia jakoś szczególnie poddanych wpływowi zagrożenia z zewnątrz. Nie sposób logicznie wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje – chodzi po prostu o to, żeby było jeszcze dziwniej i bardziej tajemniczo.

Horla. Przypadek rodziny Sablé to idealny spektakl dla tych, którzy oczekują od teatru nastroju tajemniczości i chcą, by pokazywał on świat niecodzienny i na ogół ludziom niedostępny. To pozycja, która znakomicie wpisuje się w traktowanie teatru jako wydarzenia stricte artystycznego, sztuki dla samej sztuki. Nie sposób tu znaleźć jakichkolwiek odniesień do naszego teraz, a współczesną psychologię zastępuje grzebanie w mózgowych bebechach. Niewiele jest teraz takiego teatru, więc dobrze, że grupa u Przyjaciół wypełnia tę lukę. Ja jednak wolę patrzeć na autentyczne zewnętrze okolic Rouen, choć rzeczywiście w jego pięknie jest coś niepokojącego.

29-03-2017

galeria zdjęć Horla. Przypadek rodziny Sablé, reż. Marcin Kluczykowski, Teatr u Przyjaciół w Poznaniu <i>Horla. Przypadek rodziny Sablé</i>, reż. Marcin Kluczykowski, Teatr u Przyjaciół w Poznaniu <i>Horla. Przypadek rodziny Sablé</i>, reż. Marcin Kluczykowski, Teatr u Przyjaciół w Poznaniu <i>Horla. Przypadek rodziny Sablé</i>, reż. Marcin Kluczykowski, Teatr u Przyjaciół w Poznaniu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr u Przyjaciół w Poznaniu
na motywach opowiadania Horla Guy de Maupassanta
Horla. Przypadek rodziny Sablé
reżyseria, dramaturgia, kostiumy, scenografia, światło: Marcin Kluczykowski
obsada: Radosław Salamończyk, Anna Prętka, Mateusz Paszkiewicz, Paweł Kolasa, Paweł Sakowski, Agnieszka Brzezińska
premiera: 23.03.2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: