AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Akuratna rozrywka

Krytyk teatralny, dziennikarz. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Autor książek: Teatry Warszawy 1939, Teatr Qui Pro Quo. Kochana stara buda, Teatry Warszawy 1944-45. Współpracował z czasopismami „Po prostu” i „Życiem”. Recenzent teatralny „Dziennika” i „Odry”. Współpracuje z Polskim Radiem, prowadząc audycje poświęcone współczesnemu życiu teatralnemu. Artysta fotografik.
A A A
Fot. Waldemar Lewandowski  

Początek roku przyniósł Polsce wydarzenie artystyczne. Oto nie na West Endzie, nie na Broadwayu, ale w Płocku naszym rodzimym i nadwiślańskim rozpoczął się pochód w świat nowej sztuki. Oto Ian Ogilvy, co kilka dekad temu dał nam niezapomnianą postać Simona Templara – słynnego Świętego, sztukę pogranicza świata realnego i ponadrealnego napisał, błogosławiąc na artystyczną przygodę cały płocki teatr i Jerzego Bończaka, który Chwilę nieuwagi (bo taki tytuł w polskim przekładzie Elżbiety Woźniak sztuka ta przybrała) nie dość że wyreżyserował, ale i zagrał.

Krótkie streszczenie, boć to przecież światowa prapremiera: średnio utalentowany angielski księgowy ukrywa się przed rosyjskim mafiosem, którego zaszantażował był ujawnieniem jego nieczystych sprawek. Ta nieroztropność (starcie z mafią to wszak nie przelewki) wynikła z nieuwagi jego anioła stróża, zajętego przez chwilę ciekawszymi rzeczami niż pilnowanie nieudacznika. Ukarany degradacją niebiański nadzorca zjawia się pod postacią cuchnącego żebraka w mieszkaniu głównego bohatera, a po chwili dołącza jego sekretarka, na co dzień szara zacukana myszka. Taka myszka jednak, co to ryknęła. Żadna biurowa bidota, prawdziwy wamp – bowiem to nie żadna sekretarka, lecz wcielenie diabła stróża naszego księgowego-safanduły. Do akcji wkracza mamusia głównego bohatera, mieszczka, w której nagle budzi się erotyczna lwica, pojawia się mafioso Popow, oczarowany wdziękami mamusi postanawia zainwestować… By oszczędzić naszego księgowego proponuje mu założenie… hmmm… agencji towarzyskiej działającej pod hasłem „dla każdego coś miłego”; jest oczywiście policjant, wreszcie zjawia się prawdziwa sekretarka naszego bohatera – słowem – różne różności.

Wracając późną nocą polskim drogami z Płocka do rodzinnego domu, wyprzedzając liczne TIRy, unikając pastek i wilczych dołów w postaci radarów przyczajonych na poboczu, przypomniałem sobie mego kolegę ze studiów, nieżyjącego już Andrzeja Butruka, świetnego aktora, któremu nigdy nie było dane zagrać roli na skalę jego talentu. Butruk był świetnym komikiem, ujawniając ten talent już w PWST. Także w czasie prywatnych rozmów. Otóż zwykł on czasem podsumowywać pewną kategorię żartów słóweczkiem „akurat”. Brzmiało to w jego wykonaniu mniej więcej tak: „takie nie za smut… ne, nie za śmie… szne, takie (tu krótka pauza) a… kurat”.

Płocka prapremiera farsy Ogilvy’ego daje się streścić  właśnie owym „a… kurat”. Konstrukcją nie dorównuje sztukom Ayckbourna, a kilka rac humoru, jak choćby ta o odrostach bynajmniej nie na głowie, sytuuje ją gdzieś w okolicy ogrodzenia garnizonowych koszar. Zapewnienia reżysera z programu, że przecież „o to chodzi, żeby zobaczyć swoje życie w krzywym zwierciadle”, skłaniają raczej do prośby o podstawienie lustra nieco innej krzywizny.

W płockim teatrze śmiano się do rozpuku. Piszący te słowa był jedynym ponurakiem na widowni. Nikt oczywiście nie wymaga od farsy oceanicznych głębi przemyśleń, farsa to teatralna zabawka, mechanizm puszczony w ruch gwoli dostarczenia widzom czystej rozrywki. Ale równocześnie – i to wiedzą wszyscy ludzie teatru – teatralny gatunek o najwyższym stopniu komplikacji, sprawdzian technicznych umiejętności realizatorów, szkoła dialogowania, wzajemnego reagowania na siebie, i to w sytuacji, w której nie można zazwyczaj podpierać się znaczącymi pauzami „na przeżycie i na głębię”. Jedno uchybienie dyscyplinie, przerysowana postać, fałszywa intonacja, nieprawdziwa reakcja na partnera – i na scenie wykwita poczciwa szmira. I to niestety przydarzyło się w wielu fragmentach tego przedstawienia. „Chwilą nieuwagi” samego reżysera było ewidentne niedopilnowanie Łukasza Mąki w głównej roli księgowego Waltera. Często w tej roli pojawiają się fragmenty niedograne, niedoprowadzone do końca. Oto zjawia się cuchnący żebrak, którego strach i obrzydliwość dotknąć; Walter przez chwilę wzdraga się przed nim, a po chwili zapomina o symfonii zapachów bijących od mniemanego włóczęgi i gra jakby obcował z kimś pachnącym najlepszym Yardleyem. A ileż jest aktorskich możliwości w konsekwentnym zagraniu i strachu, i wściekłości, i fizycznego wstrętu. Pomińmy już czysto intonacyjne fałsze, niewiarygodne reakcje – to już sprawa usterek techniki aktorskiej. 

Chwila nieuwagi ma dwie role –¬ materiał na aktorski popis, wymagają one bowiem zagrania dwóch postaci w jednej. Oriana Soika, grająca Incubę wcielającą się w biurową myszkę Ednę i samą Ednę, zdecydowanie wygrała jako Incuba. Można co prawda spierać się o szczegóły, czy nie za dużo tej kreacji działań znanych z przedwojennego bostona „Ramona, twe ciało pręży się i gnie”, tych kocich ruchów, zmysłowo-groźnych min. Incuba zdecydowanie przysłania Ednę. I to do tego stopnia, że wyrazista pani Soika tak dalece wciela się w cichą Ednę, że ta często staje się rolą całkowicie niemą, niesłyszalną z piątego rzędu płockiej widowni. Ta sama dysproporcja występuje w roli Obcego/Archiego Jacka Mąki. Świetna sylwetka żebraka, bezczelność i tupet, świetne replikowanie partnerowi – w roli w drugiej części przedstawienia, anioła w peruczce z blond loczkami wdzięczącego się niczym jakaś drag queen dla ubogich, każe westchnąć: „chwyt to niedrogi”. Grażyna Zielińska jako Gloria, fertyczna matka naszego księgowego, skuteczniej uwodziła jako „straszna mieszczka” tonem nieznoszącym sprzeciwu wygłaszająca komunały o zepsuciu współczesnego świata. Jako uwodzicielka mafiosa Popowa, ubrana niczym parodia Violetty Villas w dezabilu – uwodziła zdecydowanie słabiej. O roli Mariusza Pogonowskiego jako policjanta Keatsa zamilczmy jako o chwili nieuwagi reżysera przedstawienia. Sam zaś Jerzy Bończak? W założeniu jego występ miał być zapewne główną atrakcją i „gwoździem programu”. A było znów „akurat”. Jako gangster Popow Bończak dostroił się bowiem do reszty zespołu. Mówił z przesadnym rosyjskim akcentem, „wężykiem” podkreślał co zabawniejsze fragmenty roli, wyraźnie polując na oklaski. Zaprawdę – nawet wybitni aktorzy (a Bończak to przecież aktor o niekwestionowanym dorobku) także potrzebują reżysera.

W płockim teatrze śmiano się do rozpuku. Piszący te słowa był jedynym ponurakiem na widowni. Daleki jestem od strofowania publiczności, że śmieje się na przedstawieniu, które może wzbudzić najwyżej uśmiech pełen zrozumienia dla ludzkich niedoskonałości. Ten śmiech to wynik długoletniego oddziaływania na naszych widzów tzw. mediów, tych wszystkich sitcomów z podkładanym rechotem, rozlicznych kabaretowych biesiad, amerykańskich komedii , które wszystkie  telewizje sprowadzają do nas w całych pakietach i po hurtowych cenach. Chwila nieuwagi Ogilvy’ego wpisuje się w ten średnio zabawny obraz rozrywki w naszym kraju. I tylko ciekawe, czy w istocie od Płocka zacznie tryumfalny pochód po światowych scenach. Przywołując słynne powiedzenie Wiecha, westchnijmy: „przypuszczam, że wątpię”.

27-1-2014

 

Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku
Ian Ogilvy
Chwila nieuwagi
przekład: Elżbieta Woźniak
reżyseria: Jerzy Bończak
scenografia: Marek Chowaniec
kostiumy: Ewa Borowik
opracowanie muzyczne: Jacek Mąka
występują: Oriana Soika (gościnnie), Grażyna Zielińska, Jerzy Bończak (gościnnie), Jacek Mąka, Łukasz Mąka, Mariusz Pogonowski
premiera 4.01.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany rozgryzająca
    rozgryzająca 2017-03-09   01:16:41
    Cytuj

    Ten recenzent żyje z rozdeptywania sztuk. Mam wrażenie, że sobie takie założenie robi przed pójściem na sztukę. Że rozdepcze. Bo to mu się bardziej opłaca. A to cynik skończony jest. Za to recenzje ze sztuk w niektórych teatrach warszawskich, gdzie ma nadzieję na fotel jak nie kierownika literackiego, to co najmniej dramaturga (zawsze to jakaś kasa za nic) są bardzo często bałwochwalcze. Ot, taki sekrecik cwanego recenzenta Mościckiego.

  • Użytkownik niezalogowany abi
    abi 2014-04-07   09:55:40
    Cytuj

    autor tej recenzji "rozdeptał" nieco tę sztukę, może dlatego, że taka rola recenzenta. A ja się świetnie bawiłam. Bo w teatrze o TO też chodzi, prawda? Dodam jeszcze tylko, że sitkomów nie oglądam, więc jeśli się śmiałam, to tylko dlatego, że coś mnie zupełnie spontanicznie rozśmieszyło:) Aktorzy - brawo, super. Pozdrawiam