AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Apokalipsa niedokończona

Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, doktor nauk humanistycznych. Referentka krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych poświęconych literaturze i kulturze. Publikowała m.in. w internetowym „Dzienniku Teatralnym” oraz w miesięczniku „Teatr”. Współpracowała z Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” i Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Mieszka w Gdyni.
A A A
 

Wprowadzenie wyrazu „melodramat” do tytułu teatralnej adaptacji Trędowatej Heleny Mniszkówny traktujemy oczywiście jako wskazówkę. Gdzie nas ona prowadzi? Pierwsze, najbardziej wrażeniowe interpretacje tytułu przedstawienia Wojciecha Farugi powodują, że niemal bezwiednie wędrujemy ciągle w tym samym kierunku, a dalsze kroki uniemożliwia wielki, zapewne neonowy napis „kamp”.

Potrzeba chyba dużego wysiłku, aby spojrzeć na ckliwą opowieść o zakazanej miłości inaczej niż na utwór, którego wartość zawiera się w jego sztuczności i przeestetyzowaniu. Udało się to reżyserowi bydgoskiego przedstawienia, który wspólnie z dramaturgiem Pawłem Sztarbowskim w jednym dziele zawarł dwa sposoby widzenia świata. Pierwszy z nich to spojrzenie oczami Michaśki-literatki z Drwala Michała Witkowskiego. Drugi natomiast może mocno zdziwić, bo wygrzebuje spod warstwy piór i koronek najprawdziwszy dramat. Choć niekoniecznie o zakazanej miłości.

Jedną z pierwszych scen w przedstawieniu Teatru Polskiego w Bydgoszczy jest pogrzeb psa. Katafalk z martwym zwierzęciem zostaje wpuszczony w sceniczną zapadnię. Oprócz szybkiej diagnozy świata skupionego wokół domostwa hrabiny Elzonowskiej (Alicja Mozga), scena ta pokazuje w symboliczny sposób, że ten sztuczny, przestylizowany mikrokosmos nie jest tak jednowymiarowy, jak to się na pozór wydaje.  Że istnieją w jego strukturze szczeliny, przez które przedostaje się świat inny, groźny, bo przyspieszający niejako autodestrukcję tego pierwszego. A o tym, że ten świat gnije od wewnątrz, zapada się w sobie, próchnieje – wiemy już od pierwszych scen. Zbici w jedną woskową masę bohaterowie (wyglądający bardziej na ubrane w stroje z epoki manekiny niż żywych ludzi), oddający się dziwnemu rytuałowi, na pierwszy rzut oka przypominają zwierzęta, które czując bliską zagładę własnego gatunku, instynktownie zbierają się w stado. Każdy jego członek liczy na to, że ciało sąsiada uchroni przed rozpadem jego własne. To wrażenie nadciągającej katastrofy pojawia się już w pierwszych momentach przedstawienia Farugi i wraz z upływem czasu się pogłębia. Katastrofy dziwnej, bo jakby oswojonej, zaakceptowanej. Przepowiedzianej już dawno, niemal wyczekiwanej, niczym zdarzająca się raz na sto lat pogodowa anomalia.

Paweł Sztarbowski spojrzał na bohaterów Trędowatej przez pryzmat ich potencjalnych lęków, natręctw i obsesji.W bydgoskiej adaptacji najistotniejsza zmiana względem literackiego pierwowzoru dotyczy wieku głównej bohaterki. Stefcia Rudecka (Małgorzata Witkowska) to w przedstawieniu Farugi dojrzała kobieta. Dzięki tej zmianie „niezgodność” nieoczekiwanych kochanków, Stefanii i ordynata Michorowskiego (gościnnie Piotr Domalewski), zyskuje dodatkowy ciężar, zaś samo przedstawienie staje się artystycznym głosem w dyskusji na mało popularny temat – prawa starszych kobiet do miłości, także tej fizycznej. W Trędowatej Wojciecha Farugi dojrzałość Stefci, jej lekko cyniczne spojrzenie na świat i otaczających ją ludzi jest skonfrontowane z zakłamaniem i krótkowzrocznością pozostałych bohaterów. Stefania zdaje sobie sprawę ze swojego statusu, jest pogodzona z rolą „guwernantki”. Jej spojrzenie na rzeczywistość pozbawione jest złudzeń. Dostrzega i potrafi przeniknąć siatkę zależności i uwikłań, w której tkwią pozostali bohaterowie. Ci zaś w interpretacji Farugi i Sztarbowskiego stanowią rodzaj jednego toczonego przez chorobę organizmu, który co rusz doświadcza czegoś na kształt remisji – staje się wtedy nad wyraz aktywny, złudnie silny, pozornie niepokonany. Przemienia się w drapieżnika, pasożyta, który atakuje wszystko to, co znajdzie się w jego pobliżu. Dokonuje przy tym także autodestrukcji.

Dramaturg Paweł Sztarbowski skupił się na dość wnikliwym sportretowaniu bohaterów otaczających Stefcię, przy czym obrazowanie to ma formę wyciagnięcia na powierzchnię „grzechów i grzeszków” zalegających w najciemniejszych kątach. „Co się komu w duszy gra, co kto w swoich widzi snach” – oglądając Trędowatą niemal słyszymy szept z innego bydgoskiego przedstawienia tego sezonu, Wesela w reżyserii Marcina Libera. Czuć, że Paweł Sztarbowski (dramaturg przy Weselu) posłużył się tu podobną metodą – spojrzał na bohaterów Trędowatej przez pryzmat ich potencjalnych lęków, natręctw i obsesji. W moim przekonaniu metoda ta odniosła znakomity skutek, bo zbudowała w Trędowatej zupełnie nowy, bardzo interesujący plan znaczeń.

„La petite mort” – mówi Lucio (Maciej Pesta) podczas prowadzonej przez Stefanię lekcji francuskiego, podsumowując jakby istotę egzystencji wszystkich swoich krewniaków. Seks i śmierć. Seks z wplecionymi w niego wizjami zagłady i końca, seks doprowadzany do granic. I śmierć – oszukiwana erotycznymi zabawami, zakrzyczana przez fantazje. Jedno nierozerwalnie związane z drugim. Kwintesencją tej wizji jest scena, w której Lucio przebiera i maluje matkę. Mamy w niej szminkowanie i rozbieranie kochanki, mamy też jednak przebieranie i pudrowanie trupa. Oba akty, jak wszystko w spróchniałym świecie Lucia i jego matki, przerwane, niedokończone, bez nadziei na niosące ulgę spełnienie. Trup nigdy nie będzie pogrzebany, ciało kochanki nie zostanie skonsumowane.

To niedokończenie, wieczne niezaspokojenie zdaje się immanentną cechą zarówno samego świata, jak i jego mieszkańców. Ogromne, wiszące nad sceną lustro przypomina słońce, które lada moment uderzy w ten świat. Ta zagłada wciąż nie następuje, wisi nad światem, lecz zawsze cofa się w ostatnim momencie – jakby dając bohaterom jeszcze odrobinę czasu, który nic już nie zmieni, ale może przyniesie jeszcze choć krótką chwilę przyjemności. Niespełnieniem miotany jest hrabia Trestka (Michał Jarmicki). W jego fantazjach oschła, męsko ubrana żona Rita (Karolina Adamczyk) przysłania ciało pastelową suknią. Chwilową ulgę w niezaspokojeniu przynosi mechaniczna wręcz kopulacja z podstarzałą służącą Aldoną (Małgorzata Trofimiuk). To niedokończenie, wieczne niezaspokojenie zdaje się immanentną cechą zarówno samego świata, jak i jego mieszkańców. Kopulacja zawsze zamknięta w ramach tego samego schematu, który uwłacza obydwojgu: obrzucaniu obelgami milczącej służącej, a następnie prośbie o wybaczenie i ukaranie. Zamknięci w przestrzeni podobnej gry są również hrabia Barski (Roland Nowak) i jego córka Melanii (Magdalena Łaska). Natrętne powtarzanie tych samych gestów, rozkazywanie i karanie, wymuszanie uległości i bezwiedne popełnianie tych samych błędów to wyznaczniki rzeczywistości odgradzającej Melanię i jej ojca od Innych, Obcych, zagrażających ich wysmakowaniu, wyjątkowości i arystokratyczności.

Pojawienie się w tym świecie Stefanii daje bohaterom szanse na destrukcję, na zniszczenie, którego tak długo wyczekują. Apokalipsa wciąż nie nadchodzi, dlatego należy stworzyć jej alternatywną wersję. Na miarę własnych możliwości. Niczym w baśniowych wariacjach dla dorosłych Angeli Carter, Stefanię otaczają myśliwi, będący jednocześnie dzikimi drapieżnikami. W hipnotyzującej scenie ataku dzika drapieżcy gonią za ofiarą, lecz w finale sami przed sobą nie chcą przyznać się do swoich wiecznych pragnień, fantazji, obsesji. To Stefania ma umoczyć dłonie we krwi.

Śmierć niedoszłej żony młodego Michorowskiego jest jedynym w tym świecie aktem, który udało się sfinalizować. Bezwładne, ubrane w ślubną suknię ciało jest wcieleniem wszystkich dotychczasowych fantazmatów, jest nagrodą za lata udawanych jęków, za wylany pot i bolące od grymasów usta. Jest wreszcie obietnicą egzystencjalnej możliwości, która po raz pierwszy stała się tak realna.

Scena bydgoska przyzwyczaiła nas do znakomitego aktorstwa – nie inaczej jest w tym przypadku. Muzyka Joanny Halszki Sokołowskiej do przedstawienia Wojciecha Farugi jest dźwiękowym wariantem tej wersji Trędowatej, muzyczną opowieścią o gnijącym świecie. Poszarpane, brudne dźwięki nieustannie wdzierają się w struktury kunsztownych muzycznych konstrukcji. Mają nas przekonać, że oglądamy fałsz, kiczowatą iluzję. Jak scena, w której Waldemar Michorowski parodiuje Elżbietę Starostecką i śpiewa falsetem Precz z moich oczu. Jak czerwona kurtyna, przed którą Waldemar tańczy z trupem Stefci. Jak odwzorowujące oryginały z epoki kostiumy autorstwa Agaty Skwarczyńskiej (stworzyła ona również scenografię), kontrastujące z rażącymi sztucznością perukami aktorów, podkreślające efekt marionetkowości bohaterów.

Trędowata Wojciecha Farugi, w swej strukturze przypomina senne marzenie lub snuty na jawie wyobrażeniowy scenariusz. Bohaterowie prezentowani są w krótkich scenach, urwanych, niedokończonych, wypełnionych kompulsywnymi, nerwowo powtarzanymi aktami. Są w spektaklu Farugi sceny niczym z sennego koszmaru, niemal surrealistyczne – jak deszcz damskich pantofli czy wspomniane już polowanie. Są wreszcie sceny zaskakująco zabawne, inteligentnie i z finezją flirtujące z naszą postmodernistyczną wyobraźnią – jak ćwiczący kendo Michorowski czy wyłaniający się nagle z „psiego grobowca” Przybysz (Piotr Stramowski), który w kilku językach śpiewa Milkshake Kelis (jedna z najbardziej zaskakujących i najlepszych scen w przedstawieniu!). Scena bydgoska przyzwyczaiła nas do znakomitego aktorstwa – nie inaczej jest w tym przypadku. Na tle wszystkich świetnie zagranych ról na plan pierwszy wysuwa się Małgorzata Witkowska grająca Stefcię. Niezwykle intrygująco wypadli też Maciej Pesta w roli ogarniętego sadystyczno-masochistycznymi obsesjami Lucia i Piotr Stramowski grający Przybysza – najbardziej niejednoznaczna rola w spektaklu.

Przedstawienie Wojciecha Farugi podzielone jest na dwie części. W każdej z nich zwisające z sufitu sceny zwierciadło zajmuje inną pozycję, mieni się też innymi kolorami. W części pierwszej przypomina bardziej słońce, w drugiej – księżyc, dzieląc niejako świat Trędowatej na dzienny i nocny. Ten z części pierwszej jawi się jako zautomatyzowany, marionetkowy, funkcjonujący według zastygłych ram, oparty na sztywnych regułach międzyludzkich gier i zabaw. Ten drugi wymyka się schematom, które pokazano nam w części pierwszej, momentami przypomina oniryczny rewers wszystkich zaprezentowanych wcześniej relacji, obsesji i pragnień. To on jest jednak przestrzenią, która pokazuje nam, że Trędowata to w całej swej istocie (melo)dramat o końcu, który ciągle zagraża, a nie chce nigdy nadejść. Który kusi obietnicą spełnienia i wiecznie rozczarowuje swą zwodniczością.

19-05-2014

 

Teatr Polski w Bydgoszczy
Helena Mniszkówna/ Wojciech Faruga/ Paweł Sztarbowski  
Trędowata. Melodramat
reżyseria: Wojciech Faruga
scenografia, kostiumy, światła: Agata Skwarczyńska
dramaturgia: Paweł Sztarbowski
muzyka: Joanna Halszka Sokołowska
wideo: Wojciech Faruga
występują: Karolina Adamczyk, Piotr Domalewski (gościnnie), Michał Jarmicki, Magdalena Łaska, Alicja Mozga, Roland Nowak, Maciej Pesta, Jerzy Pożarowski, Piotr Stramowski, Małgorzata Trofimiuk, Małgorzata Witkowska
premiera: 07.05.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Michał
    Michał 2014-05-24   23:04:09
    Cytuj

    Zgadzam się, świetny spektakl. I recenzja równie dobra, jak zawsze u tej Autorki.

  • Użytkownik niezalogowany Joanna
    Joanna 2014-05-19   22:36:55
    Cytuj

    Świetna recenzja! Aż chce się jechać do Bydgoszczy...