AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Banał i metafizyka

Klub Samotnych Serc „Portofino”, reż. Łukasz Czuj, Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
Fot. Dawid Stube  

Z góry wiedziałem, że moja podróż do pierwszej stolicy Polski w celu obejrzenia Klubu Samotnych Serc „Portofino” nie będzie podróżą sentymentalną.

Zapowiedziana w Internecie piosenkowa składanka utworów śpiewanych dawno temu m.in. przez Ludmiłę Jakubczak, Sławę Przybylską czy Janusza Gniatkowskiego nasuwała mi wspomnienie radykalnej młodzieńczej pogardy, jaką darzyłem fałszywie sentymentalne lub fałszywie optymistyczne, zawsze przesłodzone produkcje tych wokalistek i wokalisty. Moje nastoletnie fascynacje zaczęły się dopiero od ery bigbitu – najpierw Czerwonych Gitar, potem Skaldów, Breakoutów i Niemena.

A gdy bigbit przyciszono i gdy w mediach rozpanoszył się nowy kicz, ten gierkowski, naznaczony radosnym, młodzieńczym optymizmem piosneczek o pięknym świecie i słońcu w całym mieście, przerzuciłem się już całkiem definitywnie na (słuchane już zresztą wcześniej) Trójkę i „Studio Rytm”, chłonąc namiętnie produkcje nowych, tym razem zachodnich idoli, takich jak Santana, Deep Purple, Led Zeppelin, Yes, Emerson, Lake & Palmer. Na szczycie preferencji ulokowałem najwspanialszych dla mnie raz na zawsze „bożków rocka” – grupę Pink Floyd.

Co prawda w informacyjnym zestawie internetowym gnieźnieńskiego teatru widniało parę nazwisk miłych memu sercu (Gołas, Fronczewski, Maklakiewicz), ale cień nieufności w sercu zranionym peerelowskim kiczem pozostał. Nie ukrywam: spodziewałem się jakiejś rewii starych przebojów, która miałaby na celu nieuchronne wyciśnięcie łezki z oczu starszych państwa zwabionych na widownię Teatru im. Fredry zapowiedzią zrewitalizowania swych wspomnień o młodzieńczych uniesieniach.

Po przybyciu na miejsce skonstatowałem, iż po pierwsze, moje przypuszczenia co do przedziału wiekowego „targetu” przedstawienia oto się materializują: w okolicach teatru parkowały dwa pokaźne autobusy z rejestracjami z powiatu słupeckiego, a foyer było pełne ludzi płci obojga w wieku okołoemerytalnym; po drugie (po szybkim przeczytaniu w programie spisu piosenek, które usłyszę ze sceny), że chyba nie będzie tak źle, bo obok produkcji wspomnianych wykonawczyń i wykonawcy, uzupełnionych m.in. Marią Koterbską, Jerzym Michotkiem, Filipinkami (moje kolejne „ulubienice” z lat 60.) i przedwojennym jeszcze klasykiem sentymentalnej taniochy, czyli Mieczysławem Foggiem, mamy Skaldów, Szczepanika (tego jeszcze jakoś toleruję), Alibabki (też mogą być, zwłaszcza jako wspaniałe, profesjonalne chórki u Skaldów lub Niemena), a wśród tekściarzy – ulubieńców mojego pokolenia: Przyborę, Osiecką, Koftę, Młynarskiego i Kreczmara.

Zdziwienie przyszło szybko – już pierwsza produkcja wokalna w wykonaniu pięcioosobowego chórku żeńskiego, Kwiat jednej nocy Alibabek (1969), była mocno oddalona od oryginału – aktorki śpiewały ją wolno, beznamiętnie, bez cienia swingu, tak ujmującego i samo-się-narzucającego w wymyślonej przez Juliusza Loranca melodii. Odśpiewany w ten sposób tekst Jonasza Kofty brzmiał wręcz prześmiewczo – pogrzebowa beznadzieja wykonania nie pozostawiała żadnych złudzeń; ze sceny wybrzmiewało gorzkie przesłanie: porzućcie wszelkie złudzenia, o zakochani tudzież kandydaci na takowych! Wasza miłość – biały kwiat rozkwitnie na jedną noc i zaraz potem zwiędnie, a wspomnienie po niej będzie się smędząco snuło i was tylko wkurzało, tak jak nasz aktualny popis wokalny. Oto cały nasz-wasz sekret, który zna już od dawna biały kwiat i wy też w głębi serca go przeczuwacie. A jeśli nawet nie przeczuwacie, spójrzcie na nas, jak się niemrawo kołyszemy, jak ponure miny mamy, jak wolno, bez ikry śpiewamy. Ocknijcie się! Mało wam życiowych zgryzot?!

A potem już było tak samo albo jeszcze gorzej. Poszczególne, w wymyślny sposób „złamane” stylistycznie popisy wokalno-instrumentalne przetykane były monologami pań lub panów, którzy w małpio złośliwy, acz do bólu przenikliwy i niepozbawiony logiki sposób odbierali wszelkie nadzieje na udany związek damsko-męski wsparty na fundamencie gorącego, stałego uczucia (póki co odbierali je tylko sobie, ale to może być zaraźliwe!). Najwyrazistszy był tu Wojciech Kalinowski, cedzący ponure, głupio-mądre banały z wymalowaną na twarzy miną życiowego rozbitka, co to nieraz próbował i zawsze się boleśnie zranił. Te gorzkie monologi, wygłaszane przezeń momentami z ekspresją godną telewizyjnego kaznodziei z USA (z murzyńskim chórkiem żeńskim w tle) emanowały beznadzieją, kontynuując tym samym nastrój narzucony widzom przez ten pierwszy, smutny i powolny Kwiat jednej nocy.

A już (wybiegając mocno naprzód) szczytowym momentem, ostateczną kulminacją tego nastroju było śmiertelnie powolne, chóralne wykonanie Batumi Filipinek (piosenka z 1964 roku) zainscenizowane jako… pogrzeb, z szezlongiem jako trumną i konduktem złożonym ze wszystkich wykonawczyń oraz wykonawców tego przedstawienia.

No ale na szczęście w międzyczasie było sporo momentów mało pogrzebowych i rozrywkowy charakter całego przedsięwzięcia został odpowiednio podkreślony skocznością niektórych melodii oraz ich aranżacji, a nawet skocznością aktorek i aktorów, którzy wykonywali z wielką, nierzadko radosną ekspresją ciekawie skomponowane układy choreograficzne. Układy te znalazły z kolei swą kulminację w znanej pieśni Marii Koterbskiej Brzydula i rudzielec, brawurowo, „operetkowo”, raczej nieskocznie wykonanej przez Michalinę Rodak (skądinąd z dużym wyczuciem złośliwości tego pastiszu). Aktorka wyśpiewywała swe fioriturowate trele, jej trzy partnerki odgrywały ekspresyjne obgadywanie brzydoty i rudości bohaterki aktualnie wykonywanej pieśni, a pozostali bezceremonialnie, nader skocznie spacerowali po siedzeniach krzeseł ułożonych w dwa równoległe rzędy.

Pora napomknąć o scenerii tego przedstawienia – raczej nieskomplikowanej i w sposób celowy, z premedytacją mało wyrafinowanej. Wspomniane krzesła (często używane, przesuwane, zmieniające miejsca postoju) obite były tapicerką w jakimś wyblakłym kolorze, będącym wspomnieniem po niegdysiejszym dużo intensywniejszym brązie. Takież było obicie szezlonga stojącego w głębi sceny, na podwyższeniu, które ją dzieliło na dwie części. Oprócz krzeseł i szezlonga w scenicznej przestrzeni obecny był stół, przemieszczany i ogrywany przez aktorki i aktorów na najrozmaitsze sposoby, a po lewej stronie stała sobie pokaźnych rozmiarów sztuczna palma w doniczce. I to ma być Klub Samotnych Serc, gdzie (jak głosi tekst z programu) „spotykają się ludzie ze złamanym sercem” i „wciąż niewygasłym apetytem na uczucia, na życie”, którzy „wciąż na nowo przeżywają fascynację” i w których „drzemie (…) ocean energii” wyrażany „poprzez taniec i śpiew”? Bo mnie to wnętrze kojarzyło się (jeśli już mamy się odwoływać do lat 60.) z przesyconym papierosowym odorem, do cna zużytym, niedomalowanym, niedoinwestowanym, wyblakłym, wyleniałym wnętrzem budynku uniwersyteckiego przy ul. Matejki w Poznaniu. To właśnie tam w latach 20. XX wieku polski kontrwywiad zwerbował trzech uzdolnionych studentów matematyki, którzy rozszyfrowali później Enigmę, to tam (już długo po wojnie) Balcerzan i Osiński odkryli Barańczaka i Raczaka; tyle że w latach 60. był to jakiś wyblakły cień uczelnianych pomieszczeń, jakieś wspomnienie po czymś nieokreślonym, posiadającym jeszcze niegdyś jakieś barwy, jakiś w miarę niezużyty nadrzędny cel, a dziś już prawie zapomnianym.

I taki był ten gnieźnieński sceniczny Klub Samotnych Serc – aż za bardzo, aż hiperprzesadnie zaniedbany, przedwczorajszy, a przy tym banalny, wręcz nijaki. Tyle że zaludniały go ludzkie byty nader zindywizualizowane, obdarzone przy tym ogromną, iskrzącą się energią i wolą jej sensownego aktorskiego użycia.

A wykorzystanie owej energii zostało umieszczone w dobrze skrojonej strukturze scenicznych poczynań, uregulowanych świetnym opracowaniem i wykonaniem partytury muzycznej, a także pomysłową, wyrazistą, acz „skrojoną na miarę” choreografią. Wszystko to razem służyło ironicznemu, zdystansowanemu potraktowaniu wyśpiewywanych i odtańcowywanych na różne sposoby piosenek. Spójność tej narracji wieńczyły monologi kobiet i mężczyzn ujednoliconych w swej scenicznej tożsamości – wszyscy jak jeden mąż i jedna żona byli ciężko doświadczeni, zranieni, rozczarowani, pozbawieni już raz na zawsze naiwnej nadziei na udany ciąg dalszy miłosnych przygód z płcią przeciwną.

No bo właściwie to jak uniknąć poetyki „wieczorku wspomnień dla emerytów przy dawnych przebojach”? Jak zainscenizować w spójny, w miarę logiczny, zgodny ze współczesną wrażliwością sposób te (dominujące liczebnie w spektaklu) piosneczki, które po roku 1956 były ożywczym haustem inwencji, wolności ekspresji, wyrazem powrotu do jakiej takiej normalności po latach stalinizmu, a już wkrótce potem raziły swą naiwną banalnością, która skrywała mozolnie upichconą autocenzurę? Scenarzyści Łukasz Czuj i Michał Chludziński oraz reżyser (ten pierwszy) uniknęli obsuwy, modelując to rozrywkowe, piosenkowe widowisko na modłę gorzko-ironiczno-prześmiewczą. I przy pomocy aranżera Marcina Partyki, choreografki Pauliny Andrzejewskiej, a także grających na żywo muzyków, no i last but not least świetnie wytrenowanych aktorek i aktorów uzyskali pożądany pastiszowy efekt finalny, którego celem jest nader godziwa rozrywka, przeznaczona nie tylko, jak śmiem przypuszczać, dla seniorek i seniorów.

Pomysły na inscenizacje poszczególnych piosenek były różne – raz lepsze, raz gorsze, nigdy jednak nijakie, bezmyślne albo „puszczone” i niezadbane. Każdy detal tego przedstawienia, każdy ruch, każdy ton były precyzyjnie dopracowane – to musi być efekt iście tytanicznej pracy całego zespołu. I nawet jeśli trochę się zżymam na pełne banałów monologi, to przecież wiem, że muszą takie być, żeby można je było bez żenady wpasować w naiwne tekściki większości wykonywanych w tym spektaklu przebojów. A wszystko to razem prowadzi do końcowego wrażenia koncepcyjnej, inscenizacyjnej, muzycznej, choreograficznej, aktorskiej spójności.

Kilka fragmentów, które szczególnie wbiły mi się w pamięć:

Zabawa podmiejska – najbardziej „charakterna” piosenka z repertuaru Piotra Szczepanika (1965). Śpiewa ją obdarzona mocnym, wyszkolonym głosem Justyna Kokot. Choreografia jest tu zdecydowanie „samcza” (jak to w tangu), momentami akrobatyczna. W pewnym momencie śpiewająca tę piosenkę aktorka przejmuje „po męsku” inicjatywę i odbija jednemu z aktorów partnerkę, prowadząc ją następnie w tańcu do samego końca.

Dzisiaj, jutro, zawsze (wykonawca: Bohdan Łazuka, 1963) – nic tu nie zostało z wesołego, frywolnego charlestona! Instrumentalny wstęp jest rozwlekły i ponury, a potem chórek śpiewa tę piosenkę jakby zbyt pospiesznie, ze zdecydowanie „przelirycznionym” akompaniamentem. Niezobowiązujące kłamstewko z oryginału zyskuje tu wagę małżeńskiej przysięgi, w dodatku mocno wymuszonej (zapewne za pomocą groźby karalnej).

Niemoralne dziewczyny śpiewane przez niezapomnianego Edmunda Fettinga (rok powstania nieustalony) – na gnieźnieńskiej scenie wykonuje tę piosenkę szpakowaty, przysadzisty Wojciech Siedlecki. Nie musi niczego specjalnego kreować ani się wysilać – mądry, przesycony pogodną nostalgią cynizm tekstu Adama Kreczmara przenika sobie swobodnie poprzez samą sceniczną obecność aktora. Jego spokojne, niespieszne śpiewanie przerywane jednak jest raz po raz przez gwałtowne wejścia żeńskiego chórko-baletu, dynamicznie, seksownie wytańcowującego i wyśpiewującego I’m not that innocent – tytuł i zarazem dwuznaczne przesłanie piosenki Britney Spears.

Potem dzieje się coś przejmująco pięknego: siedzący przy stole jeden z pięciu zdołowanych mężczyzn, grany przez Leszka Wojtaszaka, zaczyna bębnić palcami w blat. Muzyka stopniowo cichnie i to jego nerwowe bębnienie do rytmu zaczyna wybijać się na pierwszy plan. W końcu gdy zapada wokół cisza, to ono, tylko ono przykuwa uwagę widzów. Znerwicowana nostalgia tej męskiej postaci nakłada się na spokojną, cyniczną, trzeźwą nostalgię zakończonej właśnie piosenki. Dla takich dziwnych, nieracjonalnych, niewytłumaczalnych, magicznych chwil warto chodzić do teatru.

Bo to jednak nie do końca prawda, że ten spektakl jest czystą rozrywką, mimo że podane w nim treści są banalne, wielokrotnie przetrawione i przeszlajane po życiu, literaturze, teatrach i kabaretach. Jest w Klubie Samotnych Serc „Portofino” jakaś dziwna, przejmująca szlachetność formy, naładowana dobrym gustem, mądrym dystansem wobec ludzkich ułomności, a czasem wręcz metafizyką. Szlachetność owa sprawia, że odbijamy się od banału jak od trampoliny i niepostrzeżenie – ku własnemu niekłamanemu zaskoczeniu – wzlatujemy w wyższe rejony ducha. I to właśnie owa dziwna, mało racjonalna okoliczność nie pozwala tego przedstawienia „odfajkować”, a potem odłożyć na rozległą półkę pamięci z etykietką „teatr-piosenka-rozrywka”.

29-02-2016

galeria zdjęć Klub Samotnych Serc „Portofino”, reż. Łukasz Czuj, Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie Klub Samotnych Serc „Portofino”, reż. Łukasz Czuj, Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie Klub Samotnych Serc „Portofino”, reż. Łukasz Czuj, Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie Klub Samotnych Serc „Portofino”, reż. Łukasz Czuj, Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie
Klub Samotnych Serc „Portofino”
scenariusz: Michał Chludziński, Łukasz Czuj
reżyseria: Łukasz Czuj
scenografia/kostiumy: Michał Urban
kierownictwo muzyczne/aranżacje: Marcin Partyka
choreografia: Paulina Andrzejewska
przygotowanie wokalne: Natalia Braciszewska-Kijak
obsada: Justyna Polkowska (gościnnie), Martyna Rozwadowska, Michalina Rodak, Anna Pijanowska, Justyna Kokot (gościnnie), Wojciech Kalinowski, Wojciech Siedlecki, Leszek Wojtaszak, Maciej Hązła, Karol Kadłubiec
oraz
zespół muzyczny w składzie: Wojciech Winiarski – gitary, Andrij Melnyk – akordeon, Patryk Rynkiewicz – trąbka, Paweł Głowacki – kontrabas
premiera: 30.01.2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: