AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Biały album morderców

Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
Fot. Michał Ramus  

Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego zło wydaje się ciekawsze niż dobro. Czy może dlatego, że jest bardziej widowiskowe, łatwiej pokazać je w sposób niezwykły? Czy może oglądanie go zaspokaja jakąś ludzką potrzebę podglądania tego, co niedozwolone?

Te same pytania zadawałam sobie, siedząc w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu na premierowym przedstawieniu Versus według Rodrigo Garcii w reżyserii Szymona Kaczmarka. Twórcy tego dozwolonego od lat szesnastu spektaklu zapraszają nas w przestrzeń jakby więzienia – pustą, białą, oświetloną zimnym jarzeniowym światłem. Jeden z kątów wydzielony jest dużą szybą – zza niej spogląda w stronę widzów mężczyzna o lekko szalonym wzroku. Zarówno on, jak i wszystkie pozostałe postacie ubrani są w czerwone bluzy, jakie na amerykańskich filmach noszą przestępcy. Dzięki kolorowi już wiem, że ci tutaj to przestępcy niebezpieczni. I to nie byle jacy – same tuzy morderczego świata: Leszek Pękalski, Charles Manson, Ted Bundy. Gwiazdy celi, gwiazdy ekranu.

Początek spektaklu to toczące się obok siebie monologi kolejnych postaci – wpierw ich rozważania o miłości, także fizycznej. Potem wyprą je monologi o zbrodni – zbrodni z podtekstem seksualnym. Ale te monologi przewijać się będą przez całe przedstawienie, zarówno jako sposób na pokazanie konkretnej historii, jak i środek, który pozwala aktorom dać nam się zachwycić ich grą.

Jako pierwszy zeznaje przed nami Ted Bundy (Piotr Domalewski), i to w podwójnym wariancie. Najpierw jako cynik, później jako człowiek zagubiony i skruszony. W odpowiedzi na te same pytania odtworzone z taśmy kreuje dwie różne historie, tak jakby mówił o dwóch różnych osobach. I… w obu wariantach jest równie przekonujący.

Potem będzie jeszcze Wampir z Bytowa – Leszek Pękalski (Jan Jurkowski), który ze szczegółami opowie, dlaczego i jak zabił ekspedientkę Sylwię. A potem zobaczymy tę scenę odegraną, jak podczas wizji lokalnej, przez tego samego aktora i Izabelę Beń. Będzie to nie tyle inna wersja tej samej historii, co jej ucieleśnienie. Być może taki jej wariant, jaki wolałby zapamiętać Pękalski – Sylwia sama zabija się nożem.

Jest jeszcze Manson (Monika Kępka), który z brawurowym speechu oskarża cały świat i kulturę o zbrodnie dokonane na tymże świecie i tejże kulturze. Obowiązkowo pojawia się Helter Skelter z Białego Albumu Beatlesów. I Kępka też jest świetna. A jak świetnie śpiewa! I zachwyca.

W zasadzie można by powiedzieć, że te historie dotyczą banalności zła – że może ono czaić się w każdym, nawet miło wyglądającym człowieku. Że zbrodnia nie musi być zaplanowana przez geniusza zła, że dokonać jej może przygłupawy facecik tylko dlatego, że musi się rozładować.

Bo jak zachwyca, skoro nie powinno? Jak nie zachwyca, skoro ma wszystko, co zachwyt może wywoływać?Wszystkie postacie w tym spektaklu są znakomicie zagrane. Aktorzy bardzo sprawnie budują wielowymiarowych bohaterów (choć to słowo wydaje się tu jakoś nie na miejscu); w rozmaitych rolach, jakie grają w tym spektaklu, są za każdym razem inni. To naprawdę kawał dobrej, rzetelnej roboty aktorskiej. Równocześnie inscenizacja, sposób istnienia postaci na scenie, znakomicie śpiewane piosenki uwodzą, nie pozwalają nie zachwycić się tym, na co patrzymy. Spektakl utrzymany jest w klimacie awangardowego performansu – aktorzy są wyluzowani, swobodni, jakby półprywatni: tu jakaś gitarka, tam jakaś wyśpiewana na leżąco na podłodze silnym głosem piosenka o potrzebie zdjęcia z siebie uroku. Wszystko w tym spektaklu oparte jest na aktorach, na ich działaniach, ich obecności.

Jurkowski jako wampir jest naprawdę dobry w tym, co robi – wyrzuca z siebie bez emocji proste zdania, w których zimna, medyczna terminologia (jak „penis” czy „stosunek seksualny”) pojawia się w kontekście bardzo prymitywnych wypowiedzi, uzupełnionych tępym wyrazem twarzy i jakąś toporną biernością przebijającą z całego ciała. Lecz równocześnie jego postać swoją głupowatą otwartością wywołuje śmiech. Brak tu jakichkolwiek wyrzutów sumienia i podstawowej choćby refleksji nad własnymi uczynkami. Podobnie reagujemy na Domalewskiego, który jako Bundy czaruje i uwodzi.

Śmieszy także Michał Wierzbicki jako Richard Kuklinski, a jego opowieść o wszystkich zjedzonych ostatnich posiłkach, obiektywnie na rzecz patrząc, jest rzeczywiście zabawna. Kucharze się przykładają, by skazani na śmierć dobrze sobie podjedli, ci zwykle nie mogą ze zdenerwowania nic przełknąć – a on inaczej. Zajada ze smakiem, a potem mówi prokuratorowi, że przypomniał sobie o jeszcze jednym morderstwie (najczęściej w takim stanie USA, w jakim jeszcze nie był) i wtedy zamiast na krzesło elektryczne rusza w podróż. Trudno, by taka zabawa z wymiarem sprawiedliwości nie wywołała wesołości u widzów. I tę wesołość było słychać na premierowym przedstawieniu.

Reżyser dał każdemu z aktorów możliwość stanięcia na wprost widzów i oczarowania ich swoim kunsztem. I każde z nich wychodzi z tej konfrontacji zwycięsko – trudno się nie zachwycić, kiedy aktor jest tak dobry. Nawet kiedy Domalewski w długiej scenie wymyśla nam po angielsku od matkojebów oraz innych popaprańców i możemy się czuć tym dotknięci (ja tam osobiście nie przepadam, kiedy facet, którego widzę pierwszy raz w życiu, mi ubliża), nie sposób nie przyznać, że robi to bardzo sprawnie i jest w tym dobry.

Tylko trudno mi jakoś zaakceptować fakt, że historie morderców (i ich niemal absolutnie nieobecnych na scenie ofiar) do tego się sprowadziły – do zachwytu nad tym, jak ten spektakl jest zrobiony, do śmiechu i kilku bon motów. Kryteria etyczne i estetyczne w przypadku tego przedstawienia rozjechały mi się tak bardzo, jak już dawno nie pamiętam. Bo jak zachwyca, skoro nie powinno? Jak nie zachwyca, skoro ma wszystko, co zachwyt może wywoływać? I tak skołowana patrzyłam na ostatnią scenę, w której Domalewski – tym razem jako ofiara sparaliżowana zatrutym papierosem i czekająca na śmierć z ręki pięknej nieznajomej – w nienaturalnie wygiętej, lecz bardzo prawdziwej pozie sztywniejącego ciała kona do wtóru finałowej piosenki z White Album  Beatlesów – Good Night śpiewanej przez Ringo Starra. Jej anielsko-słodka aranżacja nadaje tej scenie jakiegoś cukierkowo-kiczowatego posmaku i ujmuje ją w ironiczny nawias. Zbrodnia jest cool, zbrodniarze są cool. I jacy sexy!

Więc może w finale bardziej sprawdziłaby się słowa z piosenki innych sarkastycznych Brytyjczyków: „Always look on the bright side of death”. Ja na razie, wbrew tej radzie, jakoś nie mogę. Z ambiwalencją wywołaną przez ten spektakl, też rozstać się jakoś nie mogę.

13-12-20313

 

Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu
Rodrigo García
Versus
przekład: Agnieszka Stachurska
reżyseria i światła: Szymon Kaczmarek
dramaturgia i opracowanie muzyczne: Żelisław Żelisławski
scenografia i kostiumy: Kaja Migdałek
obsada: Izabela Beń, Monika Kępka, Piotr Domalewski, Jan Jurkowski, Michał Wierzbicki.
premiera: 7.12.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: