AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Bizet podbija serca mas

Fot. Marek Grotowski  

Jest swoistym paradoksem, że jedna z najpiękniejszych i najchętniej wykonywanych na świecie arii tenorowych pochodzi z opery wystawianej niezbyt często i ze zmiennym szczęściem. Jednak właśnie to rzadko widywane na scenie dzieło stało się podstawą najświeższego sukcesu frekwencyjnego zespołu Opery Wrocławskiej w kolejnej superprodukcji, zrealizowanej w gigantycznej przestrzeni Hali Stulecia.

Wspomnianym hitem operowym jest aria Nadira Je cross entendre encore z I aktu Poławiaczy pereł Georges’a Bizeta. To nie tylko kolejna superprodukcja tego teatru (podczas sześciu listopadowych spektakli obejrzało ją ponad 25 tysięcy widzów), ale i repertuarowy rarytas. Jednak sukces nie wydawał się gwarantowany z góry. Decydując się na wystawienie Poławiaczy pereł, Ewa Michnik zaryzykowała podwójnie. Po pierwsze, opera wprawdzie pojawiła się raz na wrocławskim afiszu w 1955 roku, jednak mało kto już o tym pamięta, zaś zwykłym melomanom ów tytuł mówi niewiele. Szanse na komplet widowni w monumentalnej Hali Stulecia nie były więc zbyt oczywiste. Po drugie, ze względu na kameralny charakter dzieła z pewnością bezpieczniej byłoby je wystawić w gmachu Opery Wrocławskiej (co zresztą nastąpi w przyszłym roku). Jednak magia nazwiska Bizeta kojarzonego z niezmiernie popularną Carmen oraz marka superprodukcji operowych wrocławskiej sceny podziałały skutecznie. Publiczność dopisała, jak zawsze od szesnastu lat, czyli od momentu, kiedy premierową Aidą Ewa Michnik wraz orkiestrą, chórem i solistami wkroczyła w to wyraźnie wówczas obce dla opery wnętrze. Dotychczas zrealizowano w tej przestrzeni kilkanaście premier, w tym pierwszą od wielu lat realizację Pierścienia Nibelunga, tzw. Ringu, słynnej tetralogii Richarda Wagnera.

Inscenizację widowiska powierzono Waldemarowi Zawodzińskiemu, stale współpracującemu z Operą Wrocławską, który zasłynął na jej scenie kilkoma doskonałymi inscenizacjami. Do historii przeszła jego śmiała interpretacja sceniczna Raju utraconego Krzysztofa Pendereckiego, którą zachwycił się sam kompozytor. Niezwykle udane okazały się też Opowieści Hoffmanna Jacquesa Offenbacha czy Borys Godunow Modesta Musorgskiego. Dzieło rosyjskiego kompozytora zrealizowane zostało zresztą dwukrotnie: najpierw na scenie Hali Stulecia, potem na scenie Opery Wrocławskiej. Reżyser miał więc już okazję ujarzmiać dla potrzeb opery potężną kubaturę budowli zaprojektowanej przez znakomitego architekta niemieckiego, Maxa Berga.

Magia nazwiska Bizeta kojarzonego z niezmiernie popularną Carmen oraz marka superprodukcji operowych wrocławskiej sceny podziałały skutecznie.Inscenizację Poławiaczy pereł wpisano w obchody stulecia Hali, nawiązując do jej historycznych tradycji muzycznych. Obiekt bowiem od początku istnienia wykorzystywano również jako przestrzeń koncertową. Do dziś zresztą symbolicznym depozytem tej muzycznej przeszłości jest część monumentalnych organów zbudowanych specjalnie dla Hali, a znajdujących się obecnie w Katedrze Wrocławskiej. 

Dla realizatora widowiska to gigantyczne wnętrze stanowi spore wyzwanie. Prowokuje do rozmachu, jakiego nie sposób osiągnąć na żadnej scenie teatralnej, ale i ogranicza, bo akustyka jest mimo wszystko niełatwa i głosy wykonawców muszą być wspomagane elektronicznie przez mikroporty. To rozwiązanie zresztą stosuje się dziś powszechnie na świecie przy spektaklach plenerowych lub w dużych superprodukcjach. W Hali Stulecia wyzwania, z jakimi musi się mierzyć inżynieria dźwięku, mają już swoją historię. Bywały spektakle, podczas których źle umieszczony mikroport powodował, że głos śpiewaka docierał do uszu publiczności ze szmerami. Dla niektórych solistów praca z tym urządzeniem jest zaprzeczeniem naturalnej drogi, jaką głos w teatrze „pokonuje” ze sceny na widownię. Istnieje jeszcze inne zagrożenie. Artysta musi swoją partię wykonywać niemal perfekcyjnie, bo nagłośnienie (w przypadku Poławiaczy pereł trochę zanadto eksponujące głosy śpiewaków w stosunku do orkiestry) obnaży każdą niedoskonałość, techniczne potknięcie, intonacyjne problemy, nawet zbędny oddech. Stres bywa w tym przypadku znacznie większy niż wówczas, gdy solista posługuje się wyłącznie naturalną emisją głosu. 

W poprzednich widowiskach operowych w Hali Stulecia reżyserzy wyznaczali scenę pośrodku wnętrza i wyłącznie na niej koncentrowała się uwaga widzów. Tu rozgrywały się najważniejsze wydarzenia, a ich zbliżenia oglądano na umieszczonych po obydwu stronach sceny telebimach, gdzie wyświetlano również tekst libretta oper. Waldemar Zawodziński postanowił poza podstawową sceną wykorzystać także resztę przestrzeni Hali. Umieścił tam statystów, których zadaniem było wprawdzie jedynie przemieszczanie się ku scenie w statecznym pochodzie, ale nawet jednostajny ruch postaci w strojach stylizowanych na Orient zdynamizował tę cześć spektaklu. W Poławiaczach pereł nie brakuje efektownych scen zbiorowych, ale dzieło Bizeta to w gruncie rzeczy opowieść niemal intymna, rozgrywająca się pomiędzy trojgiem postaci: kapłanką Leilą oraz dwoma zakochanymi w niej przyjaciółmi – Nadirem i Zurgą. Jak z takiego materiału wykrzesać potencjał widowiskowy do zagospodarowania olbrzymiej przestrzeni? Zawodzińskiemu udało się to przy pomocy wyjątkowo skromnych środków. Sceną był statek z ogromnymi żaglami służącymi zarazem za ekrany do projekcji obrazów spienionych fal morskich, liści, kobiecych oczu. Wszystko to budowało baśniowy koloryt cejlońskiej wsi. Nie był to koloryt Orientu, bo ten nawet w operze Bizeta miał charakter umownej stylizacji, ile przestrzeni magicznej, bezpiecznej idylli, w której nie powinno się zdarzyć nic złego. W tym bajkowym anturażu, zaprojektowanym przez Waldemara Zawodzińskiego i wzbogaconym o kostiumy w kolorach tęczy (autorstwa Małgorzaty Słoniowskiej), tym boleśniej dopadała bohaterów rzeczywistość. Ożywały uśpione uczucia, namiętności i lęki. 

W Poławiaczach pereł nie brakuje efektownych scen zbiorowych, ale dzieło Bizeta to w gruncie rzeczy opowieść niemal intymna.Po 150 latach od premiery nie razi już libretto opery, teraz odbierane jako poetyckie, zachwyca zaś misterna, sensualna, pełna wdzięku i barw orkiestracja. Przepiękne melodie i idealne rozwiązania harmoniczne sprawiają, że Poławiaczami pereł trudno się słuchaczowi znudzić. Przywołajmy choćby ukochaną przez melomanów, nostalgiczną arię Nadira Je cross entendre encore z I aktu, którą poprzedza nastrojowe solo rożka angielskiego i wiolonczel czy pełen mocy i dramatyzmu chóralny finał II aktu, który potrafi wzruszyć nie tylko publiczność, ale i samych śpiewaków, co widać w niektórych wykonaniach koncertowych Poławiaczy pereł. Bizet swobodnie określa każdą z głównych postaci poprzez muzykę, stawiając jednocześnie przed wykonawcami tychże partii olbrzymie wymagania techniczne. Legendarne są zmagania tenorów z rolą Nadira i arią, w której należy śpiewać nienaturalnie wysoko (może dlatego, że temat podaje obój), osiągając tzw. górne C. Śledząc rozmaite wykonania płytowe, można się dodatkowo przekonać, że znaczenie ma tu nie tylko techniczna sprawność i intonacyjna czystość, lecz także barwa głosu. Nie każda pasuje do tej kreacji. Śpiewający Nadira podczas premiery Zdzisław Madej przez wszystkie trzy akty pewnie radził sobie z rolą, choć akurat w punkcie newralgicznym, czyli w arii z I aktu, miał intonacyjne potknięcia, być może spowodowane stresem. Artysta śpiewa poważne role operowe na deskach wrocławskiej sceny od niedawna i jeszcze nie miał okazji pracować w Hali Stulecia. Nie ma też tak swobodnego obycia ze sceną jak występujący w roli Zurgi Mariusz Godlewski, znakomity baryton od lat współpracujący z Operą Wrocławską. Partię tę, nieco mniej wokalnie efektowną niż rola Nadira, artysta wykorzystał do maksimum, tworząc postać wyrazistą, władczą, a przy tym niepozbawioną cech bardziej subtelnych. Jego scena z III aktu (L’orage s’est calmé), gdy w finale zrozpaczony wzywa imię dawnego przyjaciela, była jednym z najjaśniejszych momentów całego spektaklu. Nagrodzono ją zresztą owacją na stojąco tuż po zakończeniu opery, co trzeba odnotować, bo podobna sytuacja zdarza się wyjątkowo rzadko. Pochwalić też trzeba francuską wymowę Godlewskiego, niewątpliwie brzmiącą najbardziej naturalnie w porównaniu do pozostałych solistów. Sopranistka Joanna Moskowicz w roli Leili zwracała uwagę bardzo starannym przygotowaniem wokalnym roli. Widać, że bardzo uważnie przewertowała partyturę, zaś w II akcie była w stanie wydobyć wszystkie niuanse z trudnej arii Comme autrefois. Rozmieszczona pod sceną orkiestra pod batutą Ewy Michnik wypracowała brzmienie odpowiednie dla tej przepełnionej emocjami opery. Momentami wydawało się ono może nazbyt sentymentalne (zwłaszcza przy narzuceniu szybszego tempa), niemniej dobrze wyeksponowało wszystkie istotne cechy stylu Bizeta.

29-11-2013

galeria zdjęć Poławiacze pereł, reż. W. Zawodziński, fot. Marek Grotowski Poławiacze pereł, reż. W. Zawodziński, fot. Marek Grotowski Poławiacze pereł, reż. W. Zawodziński, fot. Marek Grotowski Poławiacze pereł, reż. W. Zawodziński, fot. Marek Grotowski ZOBACZ WIĘCEJ
 


Opera Wrocławska
Georges Bizet
Poławiacze pereł
adaptacja, reżyseria, scenografia: Waldemar Zawodziński
kostiumy: Małgorzata Słoniowska
muzyka: Georges Bizet
kierownictwo muzyczne: Ewa Michnik
obsada: Eliza Kruszczyńska, Anna Lichorowicz, Joanna Moskowicz, Victor Campos Leal, Nikolay Dorozhkin, Zdzisław Madej (gościnnie), Mariusz Godlewski (gościnnie), Michał Kowalik, Plamen Kumpikov, Marek Paśko
premiera: 8.11.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: