AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Bryk z Warszawki

Absolwentka wydziału wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, doktorantka Uniwersytetu SWPS. Była redaktorem naczelnym portalu teatrakcje.pl. Stale współpracuje z kwartalnikami „Scena”, „Aspiracje” i „Nietak!t”, publikowała również w „Teatrze”. Sekretarz regionu warszawskiego portalu teatralny.pl.
A A A
Fot. Magda Hueckel  

Trzeci akt Szczurów Gerharta Hauptmanna otwiera scena, w której Hassenreuter, były dyrektor teatru, a chwilowo właściciel wypożyczalni kostiumów, udziela lekcji trzem młodzieńcom aspirującym do zdobycia aktorskiego fachu.

Wśród nich jest Erich Spitta, student teologii, któremu nie w smak recytować napuszone wersy dramatu Schillera. Hassenreuter, załamany brakiem umiejętności i niepokornością ucznia, wykrzykuje: „Nie ma pan pojęcia o wyżynach ludzkości. Ostatnio twierdził pan, że w pewnych okolicznościach fryzjer lub sprzątaczka z ulicy Mulack mogą być równie dobrze obiektami tragedii jak Lady Macbeth lub król Lear”. W stosunku Spitty do teatru odbijają się zapatrywania samego Hauptmanna, autora wybitnych dramatów naturalistycznych, których bohaterowie zostali ulepieni z biedy, wyzysku i niesprawiedliwości społecznej. Przykładem takiego dramatu są właśnie Szczury.

Pierwsze sceny spektaklu Mai Kleczewskiej pozwalają przypuszczać, że i jej przyświecało podobne założenie. Przy stole siedzi zapłakana, ciężarna dziewczyna – już nie polska służąca, pozbawiona przez swych niemieckich gospodarzy domu nad głową, lecz Ukrainka o imieniu Polina (Karolina Adamczyk). Tandetny płaszcz w panterkę i wielka siata, którą trzyma kurczowo, to wszystko, co ma. Słuchaczami potoku skarg, wyrzucanych przez dziewczynę z mocnym, ukraińskim akcentem, są Bruno (Michał Czachor) i Hanna (Eliza Borowska), warszawskie rodzeństwo z wyższych sfer. Kobieta siedzi po drugiej stronie sceny, w jednym z ustawionych rzędem foteli, i przysłuchując się rozmowie, bawi się lalką. Wkrótce okazuje się, że ten zabawkowy niemowlak rekompensuje jej niedawną utratę ukochanego synka. Wspólnie z Brunonem próbuje więc nakłonić Polinę, by wyrzekła się dziecka. Mężczyzna kreśli przed jej oczami wizję lepszego świata, jednocześnie mieszając składane dziewczynie obietnice z serią rasistowskich upokorzeń. „Ty zmień swoją azjatycką mentalność” – mówi niby łagodnie, a zaraz potem poleca jej, by wywlekła na środek sceny wielki dywan i na kolanach, śpiewając Dumkę na dwa serca, wyprostowała palcami frędzelek po frędzelku, a potem wyczyściła na sucho całą powierzchnię małą, czerwoną gąbeczką.

W dramacie Hauptmanna mąż pani John (tutaj: Hanny) jest wyjeżdżającym za pracą podmajstrzym murarskim – ona zaś zajmuje się porządkowaniem teatralnej rupieciarni dyrektora Hassenreutera. To tam, na poddaszu, „w raju moli, szczurów i pcheł”, wśród kurzu i brudnych szmat, przychodzi na świat dziecko polskiej służącej, które Hanna pokocha do granic obłędu. Maja Kleczewska podejmuje wątek nizin społecznych, ale opowiadana przez nią historia znacznie odbiega od oryginału. Wyzyskiwana i poniżana Ukrainka zostaje zderzona ze środowiskiem warszawskiego celebryctwa, absurdów showbiznesu, drogiego bezguścia i ogólnej bucerii. I to właśnie opowieść o Warszawce, „potwornej maszynie do unicestwiania geniuszy”, zajmuje Kleczewską o wiele bardziej.

Trudno dociec, czym trudni się Hanna. Pewnie niczym. Swą doskonałą figurą osiągniętą dzięki diecie świętej Hildegardy wzbudza ogólny zachwyt, a mąż (Mateusz Łasowski) pracuje. Oboje przyjaźnią się z dyrektorem teatru (Michał Jarmicki) i jego kochanką aktorką (Maria Robaszkiewicz), którzy przychodzą z workiem prezentów, by powitać na świecie małego chłopca. Młodzi rodzice nagrywają kamerą życzenia dla dziecka, a później na ekranach w głębi sceny wyświetlają „memoriał” na cześć zmarłego przed czterema laty Adasia. To dość żenujące spotkanie, przeplatane snobistycznymi opowieściami o wakacjach all inclusive i kawałami o Murzynach, kończy się niespodziewaną wizytą Poliny domagającej się widzenia z dzieckiem. Podczas gdy Karolina Adamczyk biega po scenie w poszukiwaniu maleństwa, Michał Czachor wychodzi na środek i pyta widownię, jak on, aktor, Michał Czachor, ma się zachować w tej sytuacji. „A jak Krystian Lupa by się zachował?” Ten przewrotny początek nie przerodził się jednak w istotny spór o teatr, jaki na kartach dramatu Hauptmanna prowadzili Hassenreuter i Spitta. Rozpoczął natomiast serię cytatów pochodzących z głośnych w środowisku wywiadów: Tomasz Chrapusta przypomniał ostrą wypowiedź Grzegorza Małeckiego, którą aktor Teatru Narodowego podsumował zerwaną współpracę z Kleczewską, Czachor zacytował fragment wywiadu z Janem Englertem, dotyczący zaprzepaszczonej relacji mistrz-uczeń, a Maria Robaszkiewicz przywołała słowa Joanny Szczepkowskiej o panującym w teatrze homolobby. Metateatralnym monologom towarzyszył dźwięk pracującej betoniarki, szpachlowania i układania betonowych bloków, z których Mateusz Łasowski w roli Pawła budował pierwszą ścianę domu dla Hanny i ich dziecka.

Kleczewska ostrzeliwuje warszawskie środowisko teatralne kulami różnego kalibru, ale z tych strzałów, nawet jeśli celnych, niewiele wynika. Wprowadzenie na scenę aktora w stroju „dyniowego chłopca”, który ma zagrać w reklamie Orange, wywołuje śmiech na widowni, ale Czachor cytujący monolog Michała Żebrowskiego z programu o przemianach po Okrągłym Stole, a także pozostałe prasowe zapożyczenia włączone w spektakl, są dla większości widzów nieczytelne i mało ciekawe. Kleczewska robi przedstawienie hermetyczne, środowiskowe, prowadzi swoją prywatną wojenkę nad głowami obojętnych widzów. Próbując udowodnić, że ma dystans do wypowiedzi zrównujących jej teatr z wagonami krwi przelewającej się po scenie, każe w finale Szczurów uruchomić wielką maszynę do tworzenia piany, która przykrywa scenę półmetrową warstwą i dosięga pierwszy rząd nieszczególnie szczęśliwej widowni.

Stanisław Grochowiak, poeta dziś już nieco zapomniany, napisał w jednym z wierszy, że „bunt nie przemija, bunt się ustatecznia”. Spostrzeżenie to można by z powodzeniem odnieść do teatru, zwłaszcza tego szczycącego się dziś przymiotnikiem „artystyczny”. To określenie – skądinąd samo w sobie bardzo pojemne – niestety wcale nie gwarantuje teatralnych nowości i niespodzianek. I rzecz nie w tym, że to wszystko – zalewająca scenę piana, aktorzy nadzy i umorusani, maski zwierząt, przebranie jednorożca, ekrany i mikroporty – że to wszystko już było. Rzecz w tym, że wykorzystane przez Kleczewską do niczego nowego nie prowadzi – kończy się na pretensjach. Jeśli przyznać rację Łukaszowi Chotkowskiemu (współautor adaptacji), który twierdzi, że „w sztuce to ma sens, co jest radykalne”, to Hauptmann faktycznie będzie rebeliantem, podczas gdy Kleczewska co najwyżej podwórkowym łobuzem, który rzuca kamień i ucieka. 

W foyer Teatru Powszechnego jak przestroga błyszczą słowa Zygmunta Hübnera: „Teatru nie robi się jedynie dla własnej przyjemności, jest to zawsze zabawa we dwoje. Partnerem jest widz”. Kolejni twórcy przeszli koło tego napisu obojętnie. Szczury to spektakl nieudany: „zaangażowany”, ale mimo wysiłków zespołu aktorskiego zupełnie nieangażujący widza; w założeniu wchodzący w spór, ale w wymowie swej zbyt łopatologiczny i jednostronny.

9-03-2015

 

Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie
Szczury
wg Gerharta Hauptmanna
przekład: Tomasz Małyszek
scenariusz sceniczny: Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski
reżyseria: Maja Kleczewska
dramaturgia: Łukasz Chotkowski
scenografia, reżyseria światła, wideo, found footage: Wojciech Puś
muzyka: Paweł Krawczyk
kostiumy: Konrad Parol
obsada: Karolina Adamczyk, Eliza Borowska, Agnieszka Krukówna, Karina Seweryn, Maria Robaszkiewicz, Tomasz Chrapusta, Michał Czachor, Michał Jarmicki, Mateusz Łasowski
premiera: 10.01.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (6)
  • Użytkownik niezalogowany Anna
    Anna 2016-04-17   00:05:42
    Cytuj

    Aktorzy są słabi, każda rola jest odegrana tak samo, więc co mogą wyrazić? To narzekanie na zablokowanie kariery w W-wie, to nietakt - ani we Wrocławiu, ani w innych miastach nie osiągnęliby więcej, nie ma w tym nowym bydgoskim składzie talentów na miarę dawnego TP. "Teatr, który się wtrąca", ale ten teatr nie ma nic do powiedzenia! To jest jedna z lepszych sztuk zagrana przez tych aktorów w tym teatrze.

  • Użytkownik niezalogowany Wycinka 2
    Wycinka 2 2015-03-12   22:33:26
    Cytuj

    Ja wolę chomiki.

  • Użytkownik niezalogowany PR-Rasta
    PR-Rasta 2015-03-12   09:14:30
    Cytuj

    Mnie się "Szczury" bardzo podobają.

  • Użytkownik niezalogowany widz
    widz 2015-03-10   19:06:49
    Cytuj

    Recenzent nie powinien być wyrozumiały ale rzetelny i samodzielny a nie posługiwać się publicznością jako argumentem pod swoją tezę.Ja, widz, mogę być wyrozumiały. Dobrze by było, żeby recenzenci, krytycy, znawcy zostawili publiczność w spokoju i jej zaufali a nie obrażali, jak im się wydaje, z pozycji siły. Nie traktowali widzów instrumentalnie. Przecież chyba do niej piszą? Czy może tylko do/dla siebie? Nie docenia się widzów. Przykre.Smutne. W wypadku riposty jkz obraźliwe.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-03-10   14:24:47
    Cytuj

    "widzowi" radzę puknąć się w czoło z czego pożytek taki, że nie jest żadnym partnerem tylko podnóżkiem i płatnikiem dla rozkapryszonegomcelebryctwa, które - w sposób celnie opisany - uprawia tu jakieś żałosne psychodramy i porachunki. Propunuję nabyć trochę wiedzy na temat rzekomych "poszukiwań" np w Berlinie, zresztą, przed dziesięciu laty... Spektakl jest zbiorem tautologii i zapośredniczeń na tak prymitywnym poziomie, że recenzentka jest i tak wyrozumiała. A publicznośćngłosuje nogami

  • Użytkownik niezalogowany widz
    widz 2015-03-09   15:06:24
    Cytuj

    Z jaką to większością widzów Pani rozmawiała, że tak lekko posługuje się jej opinią i podpiera, wzmacnia swoje argumenty? Na ilu przedstawieniach? Ja zawsze i wszędzie czuję się partnerem teatru Kleczewskiej. I niekoniecznie teatr to zabawa a wtrącanie się, niewygodne, niełatwe szukanie sensów. Raczej bój o prawdę, bezkompromisowość, tak, by się wybić ponad medialne kultywowanie bicia piany rozmydlające wszystko co ważne, również przez krytykę strzelającą ślepakami w artystów, ich przekaz. Tu ich bunt się nie ustatecznia a ryzykuje coraz bardziej. I ciągle poszukuje, próbuje, stara się. Nie odpuszcza, bo rzeczywistość płonie a my bijemy pianę w ciepełku bezpiecznego, bełkoczącego samozadowolenia. Im, artystom, zależy. Mnie na nich zależy. To nie czas na farsę, bo może okazać się komedią omyłek przeradzającą się w dramat. Gdy znów prawdziwe będzie powiedzenie, że Polak mądry po szkodzie. Po tego rodzaju krytyce-zupełnie bezradnej wobec sztuki-widzę, że Polak jednak jest zawsze głupi; i przed szkodą, i po szkodzie. Im mądrzejszy, tym szkodliwszy. Patrzy a nie widzi. Myśli, a nie czuje.Instynkt ma za nic. Kombinuje. I podciera się opinią wszystkich. Wyciera gębę sumienia wszystkimi. Niech pozostanie wyraz SZKODA.