AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Crux dentatus

Mesjasze (albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć?), reż. Aneta Groszyńska, Teatr Zagłębia w Sosnowcu
fot. Klaudyna Schubert  

Jest w tekście Jana Czaplińskiego i Marcina Kąckiego swoista pasja, a może raczej żądza – żądza zabrania głosu. Zdaje się jednak, że ani autorzy, ani reżyserująca Mesjaszy Aneta Groszyńska nie wiedzą, co mają powiedzieć.

Parafrazując spektaklową wypowiedź Adama Mickiewicza (Rafał Kosowski), twórcy mogą śmiało wynieść na sztandar hasło: „Sensu nie mam, słowa mam”. Ale… czy ja tak pisać mogę? W improwizowanym i wygłaszanym we własnym imieniu monologu Krzysztof Korzeniowski stwierdza, że Mesjasze to przedstawienie dla krytyków, którzy pokrewni są artystom, do jednego bowiem należą towarzystwa – wzajemnej adoracji. Przyznacie Państwo, że jest w tym głębia – nieomal teologiczna.

Żałośnie wypadają moje złośliwości w porównaniu z Korzeniowskim, który w owym monologu bierze zamach na całość i stwierdza, że spektakl jest „chujowy”, a właściwie to w ogóle „nie jest spektakl, tylko performans”. Jeśli rzeczywiście wygłasza swój prywatny pogląd, to mamy do czynienia z interesującym przypadkiem aktora uwikłanego, trudno mu jednak dać wiarę. Ale od początku…

***
Albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć? – pytają twórcy w podtytule. Biada temu, kto zwietrzy w tym obietnicę głębszego namysłu nad paradygmatem romantycznym u schyłku drugiej dekady XXI wieku. Biada także temu, kto zawita do sosnowieckiego Teatru Zagłębia zwabiony tytułem i informacją, że spektakl powstał „z inspiracji powieścią Györgiego Spiró”. Za pośrednictwem węgierskiej książki o towiańczykach na scenę wprowadzono historycznych bohaterów: Towiańskiego (Michał Bałaga), Mickiewicza, jego żonę Cecylię (Małgorzata Saniak), kochankę Ksawerę Deybel (Agnieszka Bieńkowska), brata Jana Andrzeja, czyli Gerszoma Rama (Sara Celler-Jezierska) oraz dwóch powstańców listopadowych (jednego gra Korzeniowski, drugiego Aleksander Blitek). Jest ich siódemka – jedna z wielu w Kole Sprawy Bożej. Ze Spiró pojawia się także jeden cytat, ale to byłoby na tyle, jeśli chodzi o związki między tymi dziełami.

„Szaleństwa nam trzeba!” – krzyczy Mickiewicz i wie, co krzyczy. Kosowski gra wieszcza na posągu. Nie tyle odbrązawia, co maluje w żywsze kolory. Napoleońska poza, dostojnie brew marszczona, włos odpowiednio bujny, broda należycie gęsta, a gdy trzeba, pierś biała, obnażona rejtanowskim koszuli rozdarciem – oto brat Adam, zmagający się z twórczym kryzysem, omotany przez Towiańskiego, sprowadzony do roli instrumentu, który ma grać tak, jak patriotyczni propagandyści partyturę rozpiszą, czego przykładem Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego. Mickiewicz jest w Mesjaszach Groszyńskiej udręczonym i bezbronnym wobec codzienności fundamentalistą, o głodzie i chłodzie formułującym niebosiężne zadania „prawdziwych Polaków”. Jednak jest w nim także dramat, który wyraża się w oskarżycielskim krzyku do Towiańskiego: „podległość – nie!”. Poeta zdaje się wyrastać ponad swoich towarzyszy, ale to tylko pozory. Bracia ciągną w dół. Bierze więc udział w antysemickiej nagonce na Rama, który aby zmienić imię na Jan Andrzej i wstąpić do siódemki, przyjmuje chrzest. Pozostała szóstka wylewa mu na głowę zebrane razem z plwocinami antysemickie inwektywy. Celler-Jezierska gra nie tylko przechrztę, ale i jedynego prawdziwego pielgrzyma, który do Paryża przybywa wprost z Litwy, gnany pragnieniem poznania Mickiewicza i innych emigrantów. Choć cel jego podróży był przeciwny do niegdysiejszych planów poety, to właśnie Ram je wypełnia, przybywając do Francji, w sytuacji, gdy Mickiewicz nie dotarł do ojczyzny na powstanie. Ram przywozi ze sobą kamerę i nagrywa pozostałych bohaterów, jak gdyby przygotowywał dokument lub prowadził wideoblog. To ktoś z dziś, ktoś, kto próbuje sięgnąć w przeszłość. Kamerę często ustawia tak, aby odbijał się w niej zawieszony w głębi sceny ekran – efektem tunel pełen zmultiplikowanych postaci. Wizualna sprawność spektaklu idzie w parze z oprawą muzyczną. Intensywne bity samplowanymi tekstami przeplata Towiański – wszak to on jest tutaj mistrzem (ceremonii). Dobrze wypadają także śpiewane przez Saniak, utrzymane w neofolkowej konwencji piosenki do słów wiersza Leona Kaplińskiego Zgasły dla nas nadziei promienie (w powstańczym repertuarze znanego jako Pieśń akademików warszawskich) oraz tekstu wypreparowanego z wiersza Juliusza Słowackiego Oto Bóg, który łona tajemnic odmyka. Zwłaszcza ten drugi utwór wwierca się w głowę, a śpiew Saniak skutecznie odwraca uwagę od reszty aktorów, groteskowo imitujących pogowanie. Groteskowy, ale tym razem w dobrym tego słowa znaczeniu, jest również Brat z kulą w głowie. (Przegrany) bohater, grany przez Blitka, skupia w sobie zapamiętałe nekro-miłości, tak w naszej historii żywe.

***
Na poważnie szaleństwem rodzimych romantyków zajmował się w swoich książkach Jarosław Marek Rymkiewicz, tymczasem u Groszyńskiej to nie Mickiewicz ani nawet nie Towiański (kreowany na cwanego populistycznego polityka) reprezentują szaleństwo, lecz Brat Szczęsny (postać nawiązująca do Piotra Szczęsnego, który podpalił się na placu Defilad w proteście przeciwko polityce PiS). Blitek w koszulce z orłem wprost z bazarowej grzędy patriotycznej dokonuje samospalenia werbalnego. O ile w poprzedzającym ten akt monologu, zwieńczonym żądaniem: „chcę móc nie musieć!”, widoczne jest (nieco naiwne, ale jednak) zagubienie jednostki w rozpędzonej rzeczywistości, co chwila zderzającej ze sobą kolejne odpowiedzi, pytania, zaprzeczenia i wątpliwości, o tyle w samej ofierze jest już tylko realizacja postulatu wieszcza żądającego szaleństwa. „Palę się! Płonę! Palę się! Płonę!” – wrzeszczy prosto w publiczność stojący na proscenium Blitek – a trwa to ze dwie minuty. Pięknie pan krzyczy, ale w jakiej sprawie? – można by zapytać.

No bo trzeba! – zdają się odpowiadać twórcy – bo Polska, bo ten przeklęty romantyzm, bo Smoleńsk, prawicowe wzmożenie, narodowcy na ulicach. Bo – wreszcie – teatr! Teatr ważny, teatr walczący, teatr, który się wtrąca. Motto warszawskiego Powszechnego przywołuję nie bez przyczyny. Mesjasze są odpowiedzią na Klątwę Olivera Frljicia. Dość spojrzeć na ascetyczną scenografię z surową ścianą w tle i ściętym drewnianym krzyżem na podłodze, który widzimy (z góry) także na ekranie. W otwierającym przedstawienie monologu Towiańskiego mistrz odgraża się, że na miejsce każdego krzyża ściętego piłą mechaniczną stanie tysiąc nowych. Słynna scena z warszawskiego przedstawienia, w której Julia Wyszyńska demonstruje techniki seksu oralnego na figurze Jana Pawła II, znajduje w Sosnowcu odpowiedź we wspomnianym już cytacie ze Spiró – traktującym o fellatio Ksawery na Mickiewiczu, będącym nie tylko manifestem wolnej miłości, ale i wolności jako takiej – jak komentuje lekturę grająca kochankę wieszcza Bieńkowska.

***
Wróćmy do Korzeniowskiego i jego improwizowanego monologu. Aktor siedzi z boku sceny oparty o ścianę, profilem do publiczności. Wygląda na to, że mu tam wygodnie, tymczasem z tego, co mówi, wynika, że bardzo mu w tym przedstawieniu niewygodnie. Jest bowiem człowiekiem umiarkowanym, chrześcijaninem zdroworozsądkowym, takim, który brzydzi się szaleństwem. Jest to jednak awersja sprawiedliwa, obejmująca zarówno prawicowców, jak i lewicowców – ogółem fanatyków. W związku z tym aktor Korzeniowski nie będzie skakał po krzyżu jak jego koledzy i koleżanki – dla niego jest on bowiem czymś więcej niż rekwizytem. Czasy w teatrze są demokratyczne, nie tylko można nie skakać, ale i powiedzieć o tym ze sceny. Wystawiając przy okazji cenzurkę całej sosnowieckiej instytucji, która w związku ze zmianami dyrekcji co i rusz stara się prezentować ambitny repertuar – efektem, jak tłumaczy aktor, jest konieczność zmiany programu sylwestrowego. Za te słowa dostaje brawa. Konkluzja jest prosta – teatr jest nieskuteczny i fałszywie prowokacyjny, dociera bowiem tylko do przekonanych. Mesjasze są przykładem tym lepszym, że przedstawienie powstało w koprodukcji z poznańskim festiwalem Malta. Czy Korzeniowski rzeczywiście mówi, co myśli, czy jedynie gra sceptyka?

Gdy krzyż zostanie postawiony (na przekór Klątwie) i scenę zaleje czerwone światło skontrowane bielą ekranu, a aktorzy do wtóru sampli zaczną wznosić okrzyki rodem z Marszu Niepodległości, znajdziemy się nie tylko w Polsce, ale i w Watykanie – na audiencji u papieża Grzegorza XVI, którego za chwilę zastąpi Jan Paweł II. Obydwu zagra Korzeniowski. Pierwszego oszczędnie, samą szczęką. Na poprzecznej belce krzyża pojawiają się usta, a właściwie zęby. Oto crux dentatus – odpowiednik zębatej waginy i tak jak ona obrazowo oddający pewne fobie. Papieżowi Polakowi aktor użycza całego ciała. Jego leżącą na podłodze sylwetkę wyświetla się na krzyżu. Po zagraniu ojców kościoła rzuca: „skończyłem, bawcie się dalej”, ale ze sceny nie schodzi. Bo przecież – jak mówił kilka minut wcześniej – nawet lubi to grać. Konflikt sumienia w pełnej krasie.

***
Grzegorz XVI, szczerząc zęby, krzyczy do braci Koła Sprawy Bożej: „Wy jesteście zwykli heretycy (…). Won!”. Ach! Żeby tak było! Żeby w tym rzeczywiście było szaleństwo, a nie jego ostrożna imitacja i nieudane budzenie słodko śpiących demonów. Wtedy można by mówić o wstrząsie albo chociaż poruszeniu. Tymczasem mamy do czynienia z nieświeżą próbą krytyki romantyzmu, opatrzoną asekuracyjnym nawiasem – czy aby na pewno powinniśmy to potępiać? Sytuacji nie ratuje pojawiająca się przed piosenką finałową Maria Janion (Saniak). Znakomita badaczka romantyzmu tłumaczy, że po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku paradygmat romantyczny się skończył, a przynajmniej zmierzchał (o tym, że to nieprawda, przekonująco pisał Tomasz Plata w Pośmiertnym życiu romantyzmu), do czasu jednak, a czas ów przyszedł 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to rzeczywistość zaroiła się od apokaliptycznych znaków. Biedni Polacy patrzyli na smoleńską mgłę i dym z islandzkiego wulkanu jak katolik na zderzacz hadronów w parafrazującym Czesława Miłosza tekście Tomasza Budzyńskiego. Patrzyli i jedyne, co mogli zrobić, to sięgnąć po romantyzm, bo żadnego innego klucza nie znali. A jeśli rzeczywiście nie mamy innych kluczy? Powinniśmy ten jedyny wyrzucić lub wygotować? Tak podpowiada Janion, snując wizję spisku wallenrodycznych copywritterów, którzy na opakowaniach kisieli zamieszczą anty-romantyczną instrukcję. Przypominającą zresztą guślarskie zaklęcie szeptuchy z wielkiej płyty. Równie dobrze można cały naród do piekarnika włożyć i zostawić na trzy odcinki wybranego serialu.

Artyści nie mają lepszego pomysłu, nie budują żadnej kontrpropozycji dla romantycznego paradygmatu, a alt-popowa piosenka, którą w finale śpiewa Saniak, kończy się jaśniejącym krzyżem z widniejącym nań „44”. Tyle zostało „metrów widoczności”. „Będziemy próbować do skutku” – brzmi pointa. Co może być zarówno katastroficzną wieszczbą, heroicznym proroctwem, jak i podziwu godną oceną własnej pracy.

01-02-2019

galeria zdjęć Mesjasze (albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć?), reż. Aneta Groszyńska, Teatr Zagłębia w Sosnowcu <i>Mesjasze (albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć?)</i>, reż. Aneta Groszyńska, Teatr Zagłębia w Sosnowcu <i>Mesjasze (albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć?)</i>, reż. Aneta Groszyńska, Teatr Zagłębia w Sosnowcu <i>Mesjasze (albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć?)</i>, reż. Aneta Groszyńska, Teatr Zagłębia w Sosnowcu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Zagłębia w Sosnowcu
Jan Czapliński, Marcin Kącki
Mesjasze (albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć?)
reżyseria: Aneta Groszyńska
scenografia i kostiumy: Tomasz Walesiak
muzyka: Jerzy Rogiewicz
światło i wideo: Adam Zapała
choreografia: Natalia Dinges
obsada: Agnieszka Bieńkowska, Sara Celler-Jezierska (gościnnie), Małgorzata Saniak, Michał Bałaga, Aleksander Blitek, Krzysztof Korzeniowski, Rafał Kosowski (gościnnie)
premiera: 16.06.2018 – Malta Festival Poznań / 16.11.2018 – Teatr Zagłębia

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: