AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Czary-mary

Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Światło gaśnie. Fala dziecięcych głosów, szeptów i chichotów zalewa widownię. „Zaczyna się! Zaczyna się!”. I faktycznie, kurtyna unosi się śpiesznie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nadszedł czas na prawdziwą magię. Teatralną magię.

Tomasz Konina wkracza do świata Narnii bez dłuższych wstępów. Najpierw chce przedstawić się jako scenograf, a dopiero potem jako reżyser. Nie ma wojny, zbombardowanego Londynu i ewakuacji. Nie dowiemy się, kim są Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja. Tajemnicą pozostanie, w jaki sposób i dlaczego trafiły do dziwacznego profesora Kirka. Zresztą to wszystko nie jest takie ważne. Przynajmniej tak się wydaje, kiedy w pierwszej scenie odnajdujemy naszych bohaterów w starej bibliotece. Muszę powiedzieć, że już dawno scenografia nie budziła we mnie tylu emocji. Być może dlatego, że jestem zapalonym bibliofilem. Setki książek. Potężne regały po brzegi wypełnione cennymi woluminami. Przy czym wszystko zrobione jest z należytą starannością. Scena została specjalnie poszerzona, żeby zmieścić te wszystkie skarby. Od razu chce się wstać i samemu spróbować wyciągnąć coś z górnej półki. „To są prawdziwe książki!” – usłyszałem za plecami. To niestety nieprawda. Ale jak łatwo jest oddać się tej przepięknej iluzji…

Wśród niezliczonych tomów stoi też tytułowa szafa. Służy ukrytym przejściem do magicznego świata. Co jednak może pozostać tajemnicą tam, gdzie znalazła się czwórka chętnych do zabawy dzieciaków? Nie pomoże tu nawet pani Macready, surowa gospodyni z żelaznymi zasadami. Jako pierwsza do Narnii trafia Lucja, najmłodsza z całego rodzeństwa. Książki w mgnieniu oka znikają, ustępując olśniewającej bieli zaśnieżonego krajobrazu. Takie przejście znów robi wielkie wrażenie. Bajecznie. Łucja łapie płatki śniegu na język. Jest zaczarowana. My też. Sprzyja temu rewelacyjna praca ze światłem i piękna, „mroźna” muzyka. Na scenie pojawia się młody faun, który śpieszy gdzieś z workiem plastikowych kółek. Ma na imię Tumnus. Jest zadziwiony obecnością w lesie córki Ewy (tak nazywa Łucję). Nie zna się na geografii, więc Stara Szafa i Biblioteka wydają mu się nazwami jakichś dalekich państw. Opowiada Łucji o Narnii, krainie, gdzie karły chodzą do szkoły. Gdzie nietrudno spotkać olbrzyma czy prawdziwego smoka. Żeby się nie przeziębić, zaprasza dziewczynkę na herbatkę i sardynki. I tu następuje jedna z najciekawszych i zarazem najdziwniejszych scen w spektaklu. Reżyser-scenograf, nie bez pomocy choreografii Jacka Gębury, na chwilę zupełnie zrywa z dosłownością. Dom fauna staje się basenem wypełnionym plastikowymi kulkami. Tumnus tańczy i skacze w rytm muzyki bliżej nieokreślonego gatunku. Electroclash? Podczas tej szalonej zabawy dowiadujemy się, że Narnia już od stu lat jest rządzona przez okrutną Białą Czarownicę, która zamienia swoich wrogów w kamień. A cały kraj skazany jest na wieczną zimę.

Muszę powiedzieć, że już dawno scenografia nie budziła we mnie tylu emocji. Pierwsze pojawienie się despotycznej królowej jest kolejnym wielkim zwycięstwem opolskiego spektaklu. Tym razem gorące oklaski dla Joanny Jaśko-Sroki, która stworzyła wybitną galerię naprawdę zadziwiających kostiumów. Szczególną uwagę przykuwa suknia Białej Czarownicy. Ta niezwykła konstrukcja przeobraża jej wysokość w majestatyczny posąg ze śniegu. Głowę królowej ozdabia przepiękna lodowa aureola. Jej świta, której mógłby pozazdrościć nawet Woland, straszy i zachwyca. 

Edmund, przerażony tym wszystkim oraz skuszony niekończącym się zasobem rachatłukum i tytułem księcia, obiecuje Białej Czarownicy, że przyprowadzi do jej zamku swoje rodzeństwo. Nic nie wie o dawnym proroctwie, zgodnie z którym po stu latach zimy powróci Aslan, stwórca Narnii i syn Wielkiego Władcy Zza Morza. Uratuje zaczarowany kraj, a pomogą mu w tym dwie córki Ewy i dwaj synowie Adama. Nieprzypadkowo więc zamek Ker Paravel zwany jest zamkiem czterech tronów.  

Do tej pory wszystko ładnie się układa. Jednak reżysera czeka jeszcze niejedno wyzwanie. Najtrudniejszym jest eklektyczność pierwowzoru. C.S. Lewis w swoich Opowieściach z Narnii zgrabnie łączy motywy chrześcijańskie, mitologię grecką i tradycyjne baśnie. Jest w tym swoisty urok. Być może dlatego dzieło doczekało się setek wydań w różnych językach. Przełożyć to wszystko na język teatralny nie jest rzeczą łatwą. Jeszcze ciężej zachować przy tym spójność estetyczną i narracyjną. Z tym, jak uważam, Tomasz Konina ma największe problemy.

Pierwsze wątpliwości przynoszą bobry. Patos całej historii nagle spada do poziomu dobranocki. Basen z plastikowymi kulkami zamienia się w łódź podwodną, a całkiem poważne dialogi – w dyskusję dla najmłodszych. „Kto jest królem zwierząt? Prawidłowo – lew”. I skoro już jesteśmy przy lwach – największy cios spektaklowi zadaje właśnie Aslan, którego nadejścia z wielką niecierpliwością oczekiwali nie tylko mieszkańcy Narnii, ale, jak się domyślam, i większa część widowni. Niestety, ten, który ma ocalić cały kraj, nie potrafi uratować przedstawienia. Z daleka wygląda na prawdziwego króla, tyle że na imię ma Elvis. Złocista peruka, ucharakteryzowana na głowę lwa, wygląda żałośnie w porównaniu z lodową aureolą Białej Czarownicy. Aslan jest wyraźnie zmęczony. Mówi jak wiejski proboszcz. Najprawdopodobniej ratuje świat już po raz setny i robi to bez większej przyjemności. Bo taki ma zawód. Otaczające go centaury, raptem pozbawione tylnych nóg, przypominają ogromne pszczoły i nieustannie wzbudzają śmiech. Wątpię, żeby to był zabieg celowy.

Prawdziwa magia, która towarzyszyła pierwszej części przedstawienia, gdzieś pod koniec prawie zupełnie wyparowała. Dalej zaczynają się poważne problemy z narracją. Przedstawienie nagle nabiera jakiegoś wariackiego tempa. Zdrada. Powrót. Ofiara. Zmartwychwstanie. Aslan Szary, jak Gandalf, staje się Aslanem Białym. Przepraszam, staje się… motylem!? Nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć. Po prostu rozpościera skrzydła i leci razem z Łucją i Zuzanną do zamku Białej Czarownicy, gdzie – jak się okazuje – Królowa obracała swoich wrogów nie w kamień, a w metroseksualistów z okładek „Men’s Health”, zmuszając ich do pozowania obok zebr. Co bez wątpienia jest prawdziwym szczytem okrucieństwa. Równocześnie ktoś z kimś walczy-tańczy, otrzymując kolejne tytuły i przydomki. Jej królewska mość w panice rekrutuje do swojego wojska grupę ninja. Zresztą, trudno się temu dziwić, skoro Piotr z zadziwiającą lekkością, nawet jak na powieść fantasy, przebija nieprzyjaciół samurajskim mieczem. Kulminacją całej zabawy jest finałowa bitwa. Uff…

Wyszedłem ze spektaklu nieco rozczarowany, choć raczej w przenośnym znaczeniu tego słowa. Prawdziwa magia, która towarzyszyła pierwszej części przedstawienia, gdzieś pod koniec prawie zupełnie wyparowała. Szkoda. Ale cóż ja, w tym wypadku ostatnie słowo należy do dzieci. Tych wszystkich Łucji, Piotrów, Edmundów i Zuzann… Każde z nich ma swoją szafę. Miejmy nadzieję, że nie tylko tę z Ikei.

16-04-2014

 

Teatr Dramatyczny im. J. Kochanowskiego w Opolu
C. S. Lewis
Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa
adaptacja: Glyn Robbins
reżyseria i scenografia: Tomasz Konina
kostiumy: Joanna Jaśko-Sroka
muzyka: Andrzej Strzemżalski
choreografia: Jacek Gębura
obsada: Kornelia Angowska, Zofia Bielewicz, Arleta Los-Pławszewska, Grażyna Misiorowska, Judyta Paradzińska, Grażyna Rogowska, Beata Wnęk-Malec, Ewa Wyszomirska, Bartosz Dziedzic, Andrzej Jakubczyk, Leszek Malec, Maciej Namysło, Łukasz Schmidt, Michał Świtała, Krzysztof Wrona, Bogdan Zieliński
premiera: 8.03.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany as
    as 2015-01-06   21:05:01
    Cytuj

    as