AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Czas dorastania

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
 

Piotruś Pan to klasyka dziecięcej literatury, nie dziwi więc, że teatry sięgają po niego jako po pewniaka. Pewniaki noszą jednak w sobie ziarno artystycznego niebezpieczeństwa – skoro są samograjami, mogą być traktowane głównie jako źródło atrakcyjnej fabuły, zlepek atrakcji, które dzieci lubią i które wystarczy „atrakcyjnie” teatralnie pokazać. Spektakl Piotruś Pan z rzeszowskiej Maski na szczęście uniknął tego losu.

Michał Buszewicz w swoim tekście będącym adaptacją powieści Barrie’ego postawił nie tyle na przedstawienie zdarzeń i przygód dzieci państwa Darling, zagubionych chłopców i piratów (choć większość tych kluczowych pojawia się na scenie), ale na opowiedzenie przy ich pomocy o rodzinie, relacjach między małżonkami, między dorosłymi i dziećmi, między zakochanymi rówieśnikami. Mamy więc na scenie zabranie Piotrusiowi (Kamil Dobrowolski) cienia przez Nanę (Malwina Kajetańczyk) i ponowne przytwierdzenie go do Piotrusia przez Wendy (Ewa Mrówczyńska), co zostało pokazane bardzo sprytnym naprzemiennym użyciem animacji i zmiany sposobu oświetlenia postaci Piotrusia, dzięki czemu udowodniono, że nawet proste środki teatralne mogą budować niezwykłe, niemal filmowe efekty. Mamy wymianę naparstków między Wendy a Piotrusiem oraz ich pierwszy pocałunek. Mamy knucie Dzwoneczka (Natalia Zduń) i zestrzelenie Wendy. Mamy sceny czarów, rzucania magicznego proszku i lotu pokazanego przy użyciu dwóch huśtawek na długich sznurach, co bardzo pięknie oddawało odczuwanie euforii lotu. Mamy zasadzki Kapitana Haka (Robert Luszowski) i uwięzienie w sieci zagubionych chłopców oraz powrót Wendy do domu (reszta jej rodzeństwa w tym spektaklu nie występuje, co też – o czym później – pozwoliło, nie wiem czy świadomie, przemycić trochę „dziewczyńskiej” problematyki). Równocześnie te znane przygody są głównie pretekstem do opowiedzenia o dorastaniu do odpowiedzialności za drugiego człowieka. W ten sposób powstał spektakl, który ocalając postacie z tekstu Barrie’ego, jest na wskroś współczesny w wymowie. Dzięki temu ma szansę naprawdę dotrzeć do dzieci, jednocześnie mówiąc im mądre rzeczy. A spektakl w reżyserii Anny Nowickiej opowiada o sprawach ważnych dla kilku- i kilkunastolatków: o możliwości pogodzenia fantazji ze światem, który próbuje się im „porządkować w główkach”, jak robi to co wieczór pani Darling (Marta Bury) biegając z czarnym workiem na śmieci po pokoju Wendy. Mówi także o młodzieńczych miłościach i zauroczeniach. 

Pierwsze sceny między Piotrusiem a Wendy pełne są tak intensywnego napięcia emocjonalnego (którego jeszcze na pewno nie można nazwać erotycznym), że mówią więcej o głębokiej fascynacji drugim człowiekiem niż niejedna rozbierana scena w teatrze dla dorosłych. Dlatego lot na huśtawkach to nie tylko metafora lotu jako sposobu przemieszczania się z domu Wendy do Nibylandii, ale także tych szczególnych skrzydeł, jakich się dostaje, kiedy się człowiek zakocha. To uczucie zostało tak wyraziście i pięknie przedstawione w spektaklu, że kiedy Piotruś mówi do Wendy „Nie uwierzysz, ale…” i robi pauzę, jakiś pełen napięcia chłopięcy głos z sali dopowiedział „…się w tobie zakochałem”. I nic dalej nie nastąpiło – nie towarzyszył temu żaden radosny rechot widzów, jakim ludzie w takim wieku zwykli kwitować rodzące się u innych rówieśników uczucia.

Ale Piotruś Pan to nie love story. W rzeszowskim spektaklu chłopiec nie wraca do Wendy, a ona z czasem o nim zapomina i inne sprawy stają się dla niej ważniejsze: szkoła, matura, mąż. Nie przekreśla to jednak wcale piękna tego pierwszego zakochania, nawet jeśli jest to miłość, która rani innych, czyli Dzwoneczka – dziewczynę tak bardzo będącą wciąż obok, że aż niewidoczną dla Piotrusia. Dziewczynę, która jest w stanie nawet zabić swoją rywalkę. Dzwoneczek w tym spektaklu to nie urocza trzpiotowata wróżka, ale zbuntowana „pankówa”, która bez skrupułów stawia własne uczucia przed dobrem gromady. Mimo iż ewidentnie jest „dziewczyną”, nikomu do głowy nie przychodzi, by to ona mogła opowiadać zagubionym chłopcom bajki. To nie jej świat.

W rzeszowskim spektaklu granica między dwoma światami stanowiącymi dwie odrębne rzeczywistości nie przebiega jednak między realnym światem a Nibylandią, a między światem dzieci i dorosłych. Światy te nie są jednak przedstawione konfrontacyjnie; co jakiś czas poszczególne postacie przypominają, że tęsknią do tych, którzy należą do tego drugiego świata. Nie sposób nie rozpoznać, kto jest skąd, gdyż bohaterowie ukazani są w sposób, który bardzo wyraziście podkreśla ich odmienność, a dzieje się to w dwóch warstwach narracyjnych: plastycznej oraz tekstowej. Żadna z nich nie jest w spektaklu uprzywilejowana – wizualna jest równoważnym ze słowem sposobem budowania sensów. Obie warstwy wspierają się wzajemnie, dookreślają i uzupełniają opowieść, czyniąc ją czytelną nawet dla młodszych widzów, choć problemy poruszane w Piotrusiu Panu są poważnego kalibru. Dorośli są w niej jednoznaczni, jednorodni, monochromatyczni, co tu podkreślone jest kostiumami, a także tym, iż aktorzy odgrywający państwo Darling równocześnie grają role dwojga czołowych piratów. Dorośli jako rodzice i jako piraci mają dokładnie te same wymagania wobec dzieci: te mają zachowywać się dobrze (to znaczy tak, jak chcą tego dorośli) i przestrzegać dobrych manier. Właśnie ich brak jest głównym przedmiotem troski Taty-Kapitana Haka. Dlatego w ramach praktyk dydaktyczno-dyscyplinujących kostyczny Tata wygłasza pouczające pogadanki przed Wendy i przedstawioną tu jako lekko szalona panią Darling, a Hak natychmiast usadza pojmanych zagubionych chłopców przy stole i białej zastawie, ucząc ich, jak jeść nożem i widelcem. Ta jednolitość postaci dorosłych posiada jednak dwa kontrastujące ze sobą oblicza, wprowadzone już nie słowem ani nawet sposobem jego podawania, a kostiumami postaci. Świat ludzi jest biały; takie stroje noszą zarówno rodzice, jak i Wendy oraz Nana ubrana w strój pokojówki. Mroczni piraci natomiast ubrani są na czarno. Kolor stroju pełni tu wyraźną, znaczącą rolę – rodzice to sterylne emocjonalnie postacie, piraci – czarne charaktery. Dopiero w finałowej scenie powitania wracającej do domu Wendy rodzice są dwukolorowi, na czarne spodnie i koszule nałożone mają białe marynarki. Trochę to smutna konstatacja dla nas – dorosłych. Dorastając tracimy kolory i jedynie sterylną czystością możemy przykryć ciemną stronę naszej natury? 

Obraz chłodu emocjonalnego rodziców wprowadza także słyszany z offu wstęp Nany opowiadającej o ludziach, z jakimi mieszka. Pierwsze i ostatnie szaleństwo uczuciowe, na jakie zdobył się pan Darling, to wzięcie taksówki, by wyprzedzić innych konkurentów w wyścigu do ręki przyszłej pani Darling. Chłód relacji rodziców Wendy pokazany jest jedną prostą, ale bardzo wymowną sceną, kiedy siedzą razem na kanapie. Ona usiłuje wesprzeć głowę na jego ramieniu, on wstaje, a ona pada w pustkę. Powtarza się to kilkakrotnie. Tak oto obraz i działanie aktorskie wzajemnie wzmacniają swoją wymowę. Choć ta pierwsza scena w domu Darlingów jest dość długa, bardzo dobrze wprowadza w świat Wendy, która w tym spektaklu, wbrew tytułowi, staje się główną bohaterką.

Wendy do końca i wszędzie, gdzie jest, pozostaje „biała”, lecz w jej przypadku biel oznacza czystość, niewinność, a także obrazuje, iż jest ona „czystą kartą”, którą dopiero będą zapisywać doświadczenia. Postać dziewczyny jest jak niezmienny łącznik między światami – zarówno dzieci i dorosłych, jak i „normalną” rzeczywistością a Nibylandią. Przyszarzała biel świata rodziców wzmocniona jest w budowaniu obrazów chłodu scenografią pierwszej sceny: ścianą z drzwiami i oknem otwierającym się na ciemność, białą, prostą kanapą, białym kocem, pod którym śpi Wendy. Nawet Nana jako pies-służąca nosi białe akcesoria do sprzątania. Jedynym kolorowym akcentem w scenach w domu Darlingów jest zielony krokodyl, jakim bawi się Wendy. Dopiero kiedy w tę monotonną kolorystycznie przestrzeń wejdą Piotruś i Dzwoneczek, wkroczą też kolory, będące tu bardzo jednoznacznym synonimem „kolorowego życia”. Użycie barw porządkuje świat sceniczny, pomaga wyklarować skomplikowaną materię spraw, jakie się porusza.

Uporządkowanym zarówno barwnie, jak i stylistycznie strojom wszystkich Darlingów przeciwstawione są stroje młodych mieszkańców Nibylandii. Kostiumy Piotrusia i Dzwoneczka to barwna (ale bez przesady), zwariowana, lekko kampowa wariacja na temat strojów z epoki wiktoriańskiej. Pozostali zagubieni chłopcy mają natomiast bardziej współczesne kostiumy, choć też prezentujące pewną dozę szaleństwa, jak na przykład męski różowy dres z Hello Kitty Bliźniaka (Tomasz Kuliberda) czy płomiennoczerwony irokez na dziecięcej czapeczce Loczka (Jadwiga Domka).

Jedyny problem, jaki mam z tym rewelacyjnym przedstawieniem, dotyczy tego, iż inscenizacja otwarta jest na bardzo szeroką kategorię wiekową. Teatr zakłada, że jest to spektakl dla widzów od siedmiu lat. Trwa on jednak 90 minut bez przerwy i dla siedmiolatków to trochę za dużo – pod koniec kręcili się, nie mówiąc już o wyjściach do ubikacji. Do widzów mniej niż nastoletnich adresowane są wygłupy Piratów, którzy równie często jak na scenie pojawiali się w przejściach na widowni. Ich działania nastolatkom mogą się wydawać zbyt dziecinne. Natomiast piosenki, które tworzą mądry i ciekawy komentarz do akcji scenicznej, są raczej adresowane do starszych widzów, podobnie jak ustawienie całej skomplikowanej materii relacji damsko-męskich, dziecięco-rodzicielskich oraz walki o rząd dusz, którą Piotruś przegrywa z Wendy. Obawiam się, że część tego wymiaru spektaklu może młodszym umykać. Uważam jednak, iż mimo wszystko warto próbować o tym mówić, dlatego że zwycięstwo Wendy w walce o siebie i zachowanie zagubionych chłopców jest akurat, kiedy ma się na względzie siedzące na widowni kilkuletnie dziewczynki, bardzo cenną lekcją budowania relacji partnerskich z chłopcami. Rzeszowski spektakl dzięki usunięciu postaci pozostałych dzieci Darlingów jawi się bowiem przede wszystkim jako historia o dziewczynie, która potrafiła wyzwolić się spod ogromnego zauroczenia i wybrać dla siebie samodzielną drogę. Bo oto „wieczny chłopiec” znajduje dziewczynę obdarzoną ogromną fantazją, co go w niej fascynuje, lecz kierując się stereotypowym myśleniem, że poza fantazją posiada ona także przyrodzoną wszystkim dziewczynkom „mamusiowatość”, czyli umiejętność szycia oraz gotowania, postanawia sprowadzić ją do swojej krainy, by zajęła się tym wszystkim, czego on – jako dowódca – nie chce, nie umie robić, mając równocześnie świadomość, iż są to sprawy niezbędne. Ona z chęcią podejmuje się zadania, jakie on przed nią postawił – może zostać mamą. Chce tylko, by on razem z nią przyjął odpowiedzialność i stał się tatą. To jedna z ważniejszych dla mnie scen tego spektaklu, kiedy Piotruś Pan upiera się, że co prawda może robić rozmaite rzeczy, ale nie jako tata, tylko jako dowódca. Ona się na to nie chce zgodzić i opowiada zaginionym chłopcom historię o „zupełnie innym Piotrusiu”. Chłopcy wybierają jej stronę, Piotruś się rozkleja na wspomnienie mamy, a Wendy postanawia jednak wrócić do własnego domu, póki czeka na nią otwarte okno. Piotruś co prawda wie, że się w niej zakochał, ale nie jest w stanie porzucić swojej wymyślonej krainy. I tak się kończy pierwsza młodzieńcza miłość. Jest to historia, nad którą niedorośli mogą się zastanowić. 

My dorośli też dostajemy swoje do przemyślenia. Kiedy mama i tata szukają Wendy, biegają wzdłuż siedzeń na widowni i w stronę dzieci kierują pytania. Jedno z nich brzmi: „Czy coś robiliśmy źle?”. Choć Piotruś Pan z Maski nie jest spektaklem interaktywnym i generalnie młodzież raczej słuchała, niż mówiła, w tym momencie z widowni dało się słyszeć masowe i zdecydowane: „Taaaaaaaaaaaaaaaaaaak”. A więc myślmy, drodzy Państwo, co zrobić, by nasze dzieci nie wyfruwały z domów przez okno, czy rzeczywiście porządkowanie im w główkach i usuwanie każdej fantastycznej myśli to dobry sposób na wprowadzenie w dorosłość oraz jak można kolory życia wkomponować w dwukolorowy świat dorosłej odpowiedzialności.

30-11-2015

 

Teatr Maska w Rzeszowie

Michał Buszewicz

Piotruś Pan

na podstawie powieści Jamesa Matthew Barrie

reżyseria: Anna Nowicka

scenografia: Pavel Hubička

muzyka: Piotr Klimek (wykonanie: zespół Chorzy)

teksty piosenek: Olek Różanek

ruch sceniczny: Tomasz Graczyk

obsada: Marta Bury, Jadwiga Domka, Malwina Kajetańczyk, Ewa Mrówczyńska, Natalia Zduń, Kamil Dobrowolski, Tomasz Kuliberda, Robert Luszowski, Bogusław Michałek, Piotr Pańczak

premiera: 9.05.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany poland 784124963
    poland 784124963 2016-04-21   18:10:32
    Cytuj

    Mam takie zadanie, więc dziękuję wam za to. Byłem na spektaklu w środę, ale wszystko zapomniałem po dzisiejszym turnieju w unihokeja.