AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dekonstruowanie Tuwima

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
Fot. Jacek Zagajewski  

Znajomy profesor filozofii sztuki, opowiadając o przygotowaniu zajęć dla studentów, powtarza: „Najpierw Grecy, a dopiero potem dekonstrukcjoniści”. Bardzo chciałabym, by tej rady posłuchał reżyser (i autor adaptacji) Pana Maluśkiewicza i spółki w Teatrze Animacji w Poznaniu.

Mam z tym przedstawieniem duży kłopot, ponieważ wyraźnie rozpada się ono na dwie odmienne płaszczyzny – dramaturgiczną, która zdecydowanie kuleje, i inscenizacyjno-aktorską, która jest przykładem bardzo rzetelnej pracy. Niestety braki w konstrukcji dramaturgicznej powodują, iż ta druga płaszczyzna nie jest w stanie udźwignąć przedstawienia jako całości i reszta teatralnej pracy jest trochę zawieszona w próżni.

Mamy rok Tuwima, więc można się spodziewać, że wiele teatrów sięgnie teraz po dzieła poety. Poety, którego wspaniałym wkładem w twórczość dla najmłodszych nie są, moim zdaniem, przede wszystkim fabuły wierszy (choć fajne, zabawne, inteligentne), ale cudowna zabawa językiem polskim, zarówno w jego aspekcie znaczeniowym, jak i brzmieniowym, gdzie pojawia się „Chrzęst i szelest, szepty cisz, / W szmerach trzciny cicho śpisz” albo w wariancie dla starszych: „ojczyzna szarpana deklinacją”. Problem z jego twórczością dla najmłodszych jest taki, że są to pojedyncze wiersze, którym dopiero zabiegami adaptacyjnymi można nadać jakąś strukturę dramaturgiczną. W poznańskim przedstawieniu wydaje się na początku, że taki klucz znaleziono – w zapowiedziach możemy przeczytać, że w spektaklu ze słów na nowo powoływany jest do życia świat. Tym tropem zdawał się wyruszać autor adaptacji i reżyser w jednej osobie – Lech Chojnacki. Tralaleczka (Magdalena Dehr) – niby mistrz ceremonii i kreator – wywołuje postacie z wierszy Tuwima, próbuje nad nimi zapanować, by zebrały się i zaśpiewały razem swojemu twórcy. I tak przez scenę przewija się Pani Słowikowa (Sylwia Koronczewska-Cyris), Kapuśniaczek (Danuta Rej), Mróz (Mariola Ryl-Krystianowska), Zosia Samosia (Marta Wesołowska), Rycerz Krzykalski (Marcin Chomicki), Słoń Trąbalski (Piotr Grabowski) i Dyzio-Marzyciel (Marcin Ryl-Krystiaowski). Lecz zamiast dobrze znanych wierszy ze sceny padają w zasadzie wyłącznie pojedyncze wersy mające zasygnalizować, kim jest postać (np. Zosia co jakiś czas powtarza: „Sama, sama”, Pani Słowikowa natomiast: „A słowika nie ma”), zaś słowa potraktowane są bardzo instrumentalnie, w oderwaniu od swojego oryginalnego kontekstu w wierszu. Sporo kwestii wypowiadanych przez inne postacie jest potem powtarzanych przez Tralalinkę, tak jakby adaptator-reżyser chciał, by poszczególne zdania widzom dobrze się utrwaliły. Być może miało to zapewnić lepsze zrozumienie, o co w przedstawieniu chodzi (choć mnie dręczyło poczucie, że służy to głównie rozciągnięciu spektaklu w czasie).

Może rzeczywiście spektakl ten lepiej sprawdziłby się dla dużo młodszej widowni, której łatwiej byłoby chłonąć przedstawienie jedynie zmysłami i nie przejmować się, że trudno coś z tego „zrozumieć”?Ta dekonstrukcja poezji Tuwima, zanim się z niej zbudowało jakąś opowieść, trudno powiedzieć czemu służy – nie można już cieszyć się słowami poety, które istnieją w spektaklu na zasadzie cytatów – czasem dłuższych, czasem szczątkowych; natomiast nic nie zostaje dane w zamian. Historia zawiązuje się bardzo długo – z liter „hukniętego” abecadła postacie składają Pana Maluśkiewicza. Ale ta scena też jest przeraźliwie długa – każda postać wychodzi z jedną literką, prezentuje poświęcony jej w wierszu wers, który powtarza Tralalinka. W końcu gotowy Pan Maluśkiewicz (bo wreszcie stworzony) może wyruszyć w rejs na poszukiwanie wieloryba (tu też ciągle słyszymy powtarzane wielokrotnie: „wszystko już poznał i widział”). Teraz rozpoczyna się właściwa narracja – przygody Pana Maluśkiewicza w trakcie wyprawy. Tyle że mija czterdzieści minut spektaklu i przychodzi pora na przerwę. Ledwo się akcja zawiązała, to widzowie zostają z powrotem wyrzuceni w rzeczywistość wizyty w teatrze – razem z bufetem, kolegami z klasy, z paniami tyle-razy-ci-powtarzałam-nie-biegaj i w-teatrze-się-tak-nie-zachowujemy.

W drugiej, krótszej części towarzyszymy już wyłącznie Panu Maluśkiewiczowi, który w poszukiwaniu wieloryba trafia na Ptasie Radio, Dyzia Marzyciela czy wyrywaczy rzepki. Przy tej ostatniej scenie okazało się, jak duża wśród dzieci (przynajmniej tych z popremierowej prezentacji, z którymi oglądałam spektakl) jest chęć rozpoznania w teatrze znanego – razem z aktorami, absolutnie spontanicznie recytowały: „ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą”. Wydaje mi się (a jest to poparte rozmowami ze znajomymi dziewięciolatkami, z którymi oglądałam spektakl), że z tego montażu tekstów dzieci wiele nie pojęły (konkretnie: „Nic nie skumałem, ale to raczej dla młodszych”). Może rzeczywiście spektakl ten lepiej sprawdziłby się dla dużo młodszej widowni, której łatwiej byłoby chłonąć przedstawienie jedynie zmysłami i nie przejmować się, że trudno coś z tego „zrozumieć”?

Od strony reżyserskiej i aktorskiej Pan Maluśkiewicz i spółka jest natomiast bardzo pomysłowym i rzetelnie zrobionym przedstawieniem. Przestrzenią dla stawania się świata od nowa ze słów jest w w zasadzie pusta scena zamknięta białymi ścianami, z białym podestem stojącym na środku. Ta biel jest bardzo funkcjonalna – może służyć za ekran dla projekcji, można także, dzięki kompozycjom świetlnym, budować klimat poszczególnych scen. Również kostiumy wszystkich aktorów wykonane są z białych materiałów, jednak odmienne ich faktury sprawiają, iż wydają się bardziej zróżnicowane kolorystycznie. Na tym monochromatycznym tle jedyną barwną plamą jest wielokolorowa figurka Pana Maluśkiewicza i to na niej, siłą rzeczy, skupia się uwaga widzów. Mamy tu do czynienia jakby z negatywem czarnego teatru, w którym od pewnego momentu zarówno aktorzy, jak i scenografia stają się elastycznym tłem dla lalki. Prostota i pomysłowość w operowaniu przedmiotem (np. długa harmonijkowa tuba przytwierdzona do głowy jednej z postaci znakomicie sprawdza się w roli trąby) są mocnymi stronami tego spektaklu.

Postacie stworzone przez aktorów są bardzo wyraziste i po prostu dobrze, sprawnie zagrane (choć niestety nie wszystkie kwestie Zosi Samosi docierały na koniec sali, ale może była to wina tego, iż był to drugi spektakl tego przedpołudnia). Na szczególne wyróżnienie zasługuje Sylwia Koronczewska-Cyris jako Pani Słowikowa, której nerwowa (bo „słowika nie ma”), płochliwa „ptasia” obecność już od pierwszego jej zjawienia się na scenie nie pozostawiała wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Najciekawszą kreację stworzył jednak Marcin Ryl-Krystianowski. Jego Dyzio wywodzi się wprost z tradycji rosyjskich skomorochów czy aktorów commedii dell'arte – Ryl-Krystianowski gra niemal wyłącznie ciałem, na twarzy mając przez większą część spektaklu wyraz pogodnego zdziwienia. Podkreślone jest to także strojem: przykrótkimi, szerokimi, podciągniętymi zbyt wysoko spodniami, także absurdalną poduszeczką przyczepioną do opaski, jaką Dyzio ma wokół głowy, a z której przed twarzą dynda mu sprężysta antenka. To już nie tylko Marzyciel, ale całą gębą przybysz ze świata nieograniczonej imaginacji. Gesty i działania Ryl-Krystianowskiego są niebywale plastyczne i sugestywne, nie są to przy tym działania jedynie „ilustarcyjne” wobec świata przedstawionego, ale małe etiudki aktorskie prezentujące ogromne możliwości wyrazu tego artysty.

Mimo moich krytycznych uwag dotyczących adaptacji poezji Tuwima na materię spektaklową sądzę, że choćby dla tych dwóch rzeczy warto wybrać się do Teatru Animacji na Pana Maluśkiewicza i spółkę: dla kreacji Ryl-Krystianowskiego i podziwiania, jak przy pomocy niewielu prostych środków można stworzyć wielowymiarowy świat spektaklu. A poezję Tuwima zawsze można przeczytać dziecku w domu. Najlepiej przed spektaklem.

18-10-2013

galeria zdjęć Pan Maluśkiewicz i spółka, reż. L. Chojnacki, fot. Jacek Zagajewski Pan Maluśkiewicz i spółka, reż. L. Chojnacki, fot. Jacek Zagajewski Pan Maluśkiewicz i spółka, reż. L. Chojnacki, fot. Jacek Zagajewski Pan Maluśkiewicz i spółka, reż. L. Chojnacki, fot. Jacek Zagajewski ZOBACZ WIĘCEJ
 

 

Teatr Animacji w Poznaniu
Julian Tuwim
Pan Maluśkiewicz i spółka
Adaptacja i reżyseria: Lech Chojnacki
Scenografia: Dariusz Panas
Występują: Marcin Ryl-Krystianowski,  Magdalena Dehr,  Sylwia Koronczewska-Cyris,  Danuta Rej,  Mariola Ryl-Krystianowska, Marta Wesołowska, Marcin Chomicki, Piotr Grabowski
Premiera: 29.09.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: