AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dirty aquaplaning

Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
Fot. Tomasz Żurek  

Spektakl skłania przede wszystkim do myślenia o konwencjach. Burleska, kabaret, commedia dell’arte? Można zgadywać w nieskończoność. Pewne jest tylko jedno – to wytrajkotana niczym reklamowy dopisek o lekarzu i farmaceucie zabawka na dwoje aktorów, Barbie, Kena, minibasen, pomidory, czerwoną farbę, nóź kuchenny i markowy syntezator.

Po premierze mam lekkiego doła. Mówienie o dole ma sens, skoro rzecz dzieje się w piwnicznej izbie, a Gałgan to teatr ponury i w każdym sensie nieczysty, sponiewierany. W pierwszej minucie wspomniałem sceniczne performanse Daria Fo, artysty-furiata, oskarżającego świat słowotokiem drwiny i szyderstwa – byłoby coś na rzeczy, tym bardziej, że od czasu do czasu aktorzy wygłaszają uwagi na stronie o Czechowie, Freudzie itp. Więc metateatr, metadyskurs – dzieło i przyglądanie się dziełu, spektakl i dekonstruowanie jego warstw znaczeniowych.

Jednak, interpretując zamiar dramaturga, właściwiej byłoby rzec – miało być obscenicznie, a też nie było. Choć byłem po raz drugi w życiu molestowany na widowni. Tym razem przez nagą damską stopę w rozmiarze mniej więcej 38. I – szczerze – tylko ten moment zapamiętam na dłużej. Stopa bowiem była ruchliwa, zimna i mokra, więc pobudzająca do marzeń (to chyba w trakcie spektaklu niedobrze). Reszta nie pobudzała. Nawet reszta szczupłej i dość zgrabnej Marii Kani (Ona) w czarnej bieliźnie. Reżyserka Ewelina Marciniak rozchwiała bowiem równowagę pomiędzy zawierzeniem postaci, do czego przekonywała narracja, a licznymi banalnymi żartami o algorytmie „my, kobiety” oraz ściąganiem gatek czy tą Kamasutrą owej niezbyt Gombrowiczowskiej stopy.

W sumie przedsięwzięcie artystyczne Wrocławskiego Teatru Współczesnego jest niezbyt skomplikowane i da się streścić w kilku zdaniach. Oto ona w gigantycznej baletowej tutu, przypominającej dół ślubnej sukni, i w dresowej bluzie – jak Masłowska w swoim głośnym klipie. Oto on schowany pod szmatą niczym mały chłopczyk, skrywający przed światem obsesje i imaginacje. Niemal każdy z nas budował takie światy-namioty, w których ukrywał się przed złem i lękiem. Ona rozdygotana histerycznie, z dłońmi umazanymi farbą-krwią, podrygująca w foliowym baseniku, on w przyciasnym garniturku i ciemnych szkłach – bawi się klawiszami niczym Stevie Wonder.

Prędko okazuje się, że to jednak ani komunizujący Fo, ani nawet hipsterski, antymieszczański dirty dancing, lecz polscy urodzeni mordercy. Coś, co jest potworną biografią, złożoną przez Jarosława Morawskiego z dalekich ech monologu Molly z Ulissesa, okruchów filmów Kędzierzawskiej, prozy Rotha czy groteskowych eksklamacji bohaterek reality show Jerry Springera. Ni to panna młoda, ni dresiara, taplając się w foliowym aquaparku, opowiada historię Gałgana, swego dotkniętego ślepotą brata, który od maleńkiego wikła się w niejasne relacje erotyczne z matką i córką. W pauzach gniotą lub pogryzają pomidory, żeby krwawy horror rodzinny wyszydzić, bowiem Gałgan przyczynia się zarówno do śmierci matki, jak i zniknięcia ojca.

Seks w polskim teatrze to wciąż jest albo Golgota, albo piknik. Dla bywalców kin i czytelni rzecz to nienowa. Jednak seks w polskim teatrze to wciąż jest albo Golgota, albo piknik. Dlatego bardzo mnie ucieszyła próba osobistego molestowania. Spróbowałem nawet wejść w bliższą wzajemną relację cielesną, ale panna odegrała budzenie chuci, leciuteńko się zachwiała i dała nura do basenu. Ten basenik w ogóle jest intrygujący. Państwo figlujący ze sobą piosenkowo (Gałgan daje czadu jako pianista i wokalista) i choreograficznie co i rusz wpadają do basenu i wypadają zeń. Podłoga w try miga robi się mokra jak cholera, widzów oblewają fontanny wody, lakierki Gałgana (On – Grzegorz Dowgiałło) ślizgają się, wszak nie mają ABS-u, stąd aquaplaning. Mentalny także.

Bo czymże jest ten basenik? Czasem fosą, którą Ona próbuje odgrodzić się od rojeń Onego/Gałgana o zbliżeniu. Czasem, kiedy zapada w toń całym ciałem, zda się, że to wody płodowe, w których chce schronić się przed teraźniejszością, jakby prosząc, by historia się nie rozwinęła, by nie zdarzyła się żadna przyszłość albo by była to przyszłość bez winy. To znów akwenem, w którym walczą ze sobą jej plastikowi superbohaterowie – matka-może-Barbie i ojciec-może-Ken. Superistoty, lecz nie ludzie. Zabawki jej życia, które nie przysporzyły dziewczynie niczego prócz lęków i porzuceń.

Paraerotyczne skecze odgrywane przez oboje bywają tak groteskowe, że po prostu śmieszą widzów. Stąd częste chichoty. A – myślę – mogło być porażająco. Pytania o granice człowieczeństwa oraz o wolność ludzkiego ciała bywają w naszej epoce fundamentalne. W spektaklu są mocno ograniczone – nabrały kształtu wręcz żartobliwego. Niestety, nie jest to śmiech Nietzschego, lecz zgrywa z niczego. To że zdarza się brykać młodziakom z matkami, wiemy. Co druga pornostrona ma linki z bzykaniem matki kolegi z klasy. Tylko jeśli nie jest to opowieść w stylu Mike’a Nicholsa czy choćby wspomnianej Masłowskiej, mnie to jakoś nie śmieszy, ani nie podnieca.

Chwalę aktorów. Półtorej godziny w chłodnej wodzie to wyczyn. Doceniam talent muzyczny i aktorski Dowgiałły. Może po prostu warto było mu zrobić recital. Basenik przeniósłbym przed wejście do Współczesnego. Okoliczne dzieciaki miałyby frajdę, gdy przyjdą upały.

2-07-2014

 

Wrocławski Teatr Współczesny im. E. Wiercińskiego
Jarosław Murawski
Gałgan
spektakl inspirowany książkami Douwe Draaismy
reżyseria: Ewelina Marciniak
scenografia i kostiumy: Marzena Czaniecka
muzyka: Grzegorz Dowgiałło
obsada: Maria Kania, Grzegorz Dowgiałło
premiera: 27.06.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany MP
    MP 2017-06-18   22:01:59
    Cytuj

    Nie jestem mądrym, obytym recenzentem. Jestem widzem. Zwyczajnym. Spektakl mnie poruszył, ekspresja aktorów urzekła, temat skłonił do przemyśleń. Nie temat zboczeń i morderstwa.. ale zapominanie. Pamięć ludzka, odbiór rzeczywistości.. Może banalne ale jakież prawdziwe. Energia Pani Marii na scenie, szaleństwa, zmiany nastroju - naprawdę niesamowite. Dla mnie oczywiście.

  • Użytkownik niezalogowany marianna
    marianna 2014-07-03   13:18:45
    Cytuj

    No cóż, tym tekstem pan Pułka udowodnił, że nadmierne oglądanie pornosów rzeczywiście stępia wrażliwość.

  • Użytkownik niezalogowany Widz drugi
    Widz drugi 2014-07-02   20:38:11
    Cytuj

    No nie za mądry ten recenzent, lekki kabotyn popisujący się erudycją, awangardowo zna też pornostrony w internecie, ale w Wyborczej 10 lat temu pisał jeszcze głupsze rzeczy, czyli w sumie można też spojrzeć pozytywnie - jest progres.