AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Drużyna diamentu

Błękitny ptak, reż. Łukasz Zaleski, Teatr im. Bogusławskiego w Kaliszu
Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
Fot. Piotr St. Walendowski  

Gdybym miała zwięźle podsumować ten spektakl jednym określeniem, byłoby nim „właściwość proporcji”. Wszystko tu wydaje się być „w sam raz”: ani imponująca scenografia nie przytłacza działań aktorów, ani aktorzy nie wychylają się za bardzo ze swoim kunsztem.

Teatr im. Bogusławskiego w Kaliszu przedstawia swój spektakl Błękitny ptak jako przeznaczony dla widzów w każdym wieku – tekst Maurice'a Maeterlincka opowiada o świecie dzieci, jego symbolizm można odczytywać w konwencji baśniowej. Mimo iż na widowni w premierowe popołudnie zasiedli w dużej części rodzice z małymi dziećmi, myślę że najlepszymi widzami tego spektaklu będą młodsze nastolatki, choć dorosłym jego oglądanie może też dać dużo przyjemności. Jest to po prostu spektakl dla wszystkich tych, którzy lubią dobry teatr.

Historia o dwójce rodzeństwa, które zostało zmuszone do wyruszenia na wyprawę przez świat w poszukiwaniu błękitnego ptaka, mogłaby być bajką albo też dramatem społecznym o niedoli dzieci. Reżyser spektaklu, Łukasz Zaleski (współpracujący z dramaturgiem Piotrem Podstawnym) wyczyścił go niemal w całości z tych wszystkich kwestii obecnych w dramacie Maeterlincka, które osadzały akcję w jakiejś rzeczywistości społecznej, a to także sprzyja odrealnieniu tego, co prezentowane jest na scenie. Na przykład widzimy głównych bohaterów, którzy obserwują, jak inni jedzą ciastka, ale sposób, w jaki to relacjonują, nie świadczy wcale o ich złej sytuacji materialnej – jest  po prostu prezentowanym z fascynacją elementem świata, w jakim się istnieje, wyrazem ciekawości, pretekstem do zabawy i wzajemnych przepychanek Tyltyla (Łukasz Stawarczyk) i Mytyl (Maja Luxenberg). Zmienia to akcenty w spektaklu – jest to historia dzieci zmierzających w stronę dorastania, układania swojego świata, a nie uciekających od skrzeczącej rzeczywistości w krainę ułudy, snu, marzenia czy też w wewnętrzny świat. 

Lecz owo odrealnienie nie przenosi spektaklu na poziom bajki dla najmłodszych (lub trochę starszych), gdzie „wszystko dobre, co się dobrze kończy”, ale na inny poziom – czegoś pomiędzy imaginacyjną grą w poznawanie świata a dobrze skonstruowaną historią fantasy. Dzięki temu spektakl został wyciągnięty z trącącej lekko myszką estetyki symbolizmu i przeniesiony w teraźniejszość – wraz z jej ponowoczesno-performatywną estetyką, rytmami, sposobami obrazowania i językiem. Duża w tym zasługa zamówionego przez kaliski teatr nowego tłumaczenia dramatu Maeterlincka autorstwa Piotra Olkusza. Teksty, padające ze sceny, brzmią naturalnie i potoczyście dla współczesnego ucha, co jest oczywiście także zasługą aktorów. Teksty, padające ze sceny, brzmią naturalnie i potoczyście dla współczesnego ucha, co jest oczywiście także zasługą aktorów. Sporo tu codziennego, odpoetyzowanego języka, trochę zabawy słowem – jak wtedy, kiedy Woda (Izabela Beń) tłumaczy się, że nie ma pieniędzy i trudno jej wyruszyć na wyprawę, bo jest spłukana. Wszystko to pozostaje na poziomie subtelniej zabawy i w żadnym momencie nie ześlizguje się w zgrywę, mającą wymusić śmiech u widzów. Zasługa leży tu zarówno po stronie tłumacza, jak i aktorów (którzy takie zabawne teksty rzucają jakby mimochodem) oraz reżysera, który sytuacje ich wypowiadania umieścił trochę „na stronie”, tak że ich rolą jest raczej obramowywać poszczególne sytuacje sceniczne, niż przyciągać uwagę. Tak dzieje się np. w scenie zbierania się do wyprawy w świat, kiedy równocześnie plącze się ze sobą kilka narracji: tyrady chcącego uniemożliwić jej sukces Kota (Szymon Mysłakowski), rozwiązywanie krzyżówki i dopytywanie się, kiedy wreszcie przyjdą spóźnieni, oraz narzekania Wody. Mogące wywołać śmiech kwestie znajdują się tu na obrzeżach tego, co dzieje się na scenie, i to nie tylko dzięki temu, że wypowiadające je postacie stoją pod ścianami.

Pierwsza scena spektaklu jest przedostatnią sceną dramatu Maeterlincka. Na scenie widać coś, co może być dalekim echem jakiegoś szpitala: pod jedną ze ścian stoi wąskie zielone, jakby szpitalne łóżko, o przeciwległą ścianę oparta jest lampa, jaką oświetla się sale operacyjne, gdzieś w tle majaczy szpitalna szafka, jakie mają przy łóżkach pacjenci. To wrażenie potęgują stroje postaci, jakie pojawiają się w pierwszej scenie – mają na sobie pasiaste piżamy. Można więc odnieść wrażenie, że oto znaleźliśmy się w jakimś szpitalu, w którym przebywają osoby nie do końca rozpoznające rzeczywistość – taką, jaka wydaje się nam-widzom oczywista. Stąd pytania w rodzaju: „Co to zimno?”, „A mama jest fajna?”, które od razu pokazują, że to, co wydaje się „naturalne” i „oczywiste”, staje się takie dopiero w trakcie zdobywania doświadczenia. Ta „szpitalność” scenografii skontrapunktowana jest ciemnymi ścianami, wielkimi czarnymi wrotami z blachy falistej, a także fragmentem „szklarni”, w której intensywnie zielenieją rośliny, a nad którą wiszą podsychające gałęzie. W kolejnej scenie dojdą do tego jeszcze porozrzucane ciemnoszare śmieci, które zaburzają gładkość podłogi.

Napisałam, że w pierwszej scenie „znaleźliśmy się”, ponieważ Mytyl pokazuje nas-widzów Tyltylowi jako tych, którzy się jeszcze nie narodzili i czekają na swoją kolej przyjścia na świat. My-widzowie, podobnie jak aktorzy pojawiający się w różnych częściach widowni, czekamy na przejście przez bramę Czasu i poznanie na nowo świata, który wcale taki oczywisty być nie musi. Bo co np. może nas wszystkich spotkać, jeśli przyjmiemy, że wszystko, co nas otacza, posiada swoją duszę, którą można wydobyć?

W tej przestrzeni rodzeństwo spotyka swojego braciszka, który się narodzi dopiero za rok. Przesunięcie tej sceny z końca na początek sprawia, że kolejne sceny spektaklu stają się historią o dorastaniu, o zbieraniu doświadczeń – dzieci  wcześniej dostawały się do innych światów, ale chwilowo, jako goście, a na wielką wyprawę wyruszają dopiero, kiedy ich braciszek – tak jak zapowiedział w pierwszej scenie – umrze. Wyposażeni w doświadczenie straty oraz uzbrojeni w diament (tu przedstawiony za pomocą diamentowo świecącego kapelusza) mogący wywoływać dusze z przedmiotów i stworzeń, Tyltyl i Mytyl oraz duchy Psa, Kota, Wody, Chleba i Cukru wyruszają w drogę po błękitnego ptaka – przedmiot tyleż enigmatyczny, co posiadający moc dawania innym szczęścia. To pozwala umieścić Tyltyla i Mytyl oraz ich współtowarzyszy podróży w całym szeregu postaci kultury i opowieści o nich, które wyruszały na Poszukiwanie – od argonautów poczynając, przez drużynę króla Artura, na Tolkienowskiej drużynie Pierścienia kończąc.

Spektakl ma szansę trafić do nastoletnich widzów – grupy raczej przez teatr zaniedbanej.
To jest jeden z powodów, dla których spektakl ma szansę trafić do nastoletnich widzów – grupy raczej przez teatr zaniedbanej. Opowiada bowiem o tym, jak poznaje się świat i czyni to językiem, jaki może być im bliski, nie przestając równocześnie być naprawdę artystycznie wartościową propozycją. W warstwie wizualnej pojawiają się subtelne odniesienia do współczesnej ikonosfery, np. atakujące rodzeństwo drzewa mają maski przypominające Hellboy'a, co powoduje, że teatr może stać się częścią jakoś już rozpoznanej rzeczywistości, a nie miejscem, gdzie dzieją się dziwne rzeczy, oderwane od codziennego świata. Równocześnie – i trzeba to bardzo mocno podkreślić – wszystkie te elementy spektaklu, które znane są niejako „z zewnątrz”, funkcjonują nie na zasadzie chwytliwych cytatów, ale raczej inteligentnie użytych odwołań.

To właśnie warstwa wizualna jest jednym z najmocniejszych punktów tego spektaklu. Nie mam tu na myśli jedynie fascynującej, niejednoznacznej scenografii, ale także operowanie obrazami, jakie tworzone są przez połączenie scenografii, kostiumów i ruchu aktorskiego. Jedną z najpiękniejszych scen spektaklu jest finał pierwszej części. Pani Noc (będąca w zmowie z Kotem) usiłuje powstrzymać „drużynę” przed wejściem do lasu, strasząc, iż uwięziła tam cały horror świata. Tyltyl jej nie słucha i otwiera wielkie, ciemne wrota – te same, które w pierwszej scenie były wrotami Czasu i przez które przechodziły „rodzące się” dzieci. Za wrotami, przez ogromne, autentyczne, łukowe okno otwiera się widok na prawdziwy, znajdujący się poza teatrem, oświetlony popołudniowym słońcem, pełen nadal zielonych drzew, park. Za wrotami nie ma horroru, jest raj. Wiadomo już, że Noc i Kot kłamią. Oczywiście wymowa tej sceny będzie zupełnie inna, kiedy drzewa w parku będą bezlistne i świat za oknem będzie ponury, niemniej ten obraz (obok widoku ubranej w suknię z perłowo błyszczących kulek Światłości stającej tyłem do widzów i kręcącej parasolką z namalowaną spiralą) pozostanie długo w mojej pamięci.

Gdybym miała zwięźle podsumować ten spektakl jednym określeniem, byłoby nim „właściwość proporcji”. Wszystko tu wydaje się być „w sam raz”: ani imponująca scenografia nie przytłacza działań aktorów, ani aktorzy nie wychylają się za bardzo ze swoim kunsztem (proszę rozumieć to jako komplement), co powoduje, że postaci (a większość aktorów tworzy kilka z nich) istnieją o tyle, o ile jest to niezbędne do przekonywującego zaistnienia świata spektaklowego. Dzięki temu na scenie powstaje świat, który wciąga i fascynuje. Siedząc w sobotę po południu na widowni w Kaliszu, bardzo żałowałam, że nie ma ze mną mojego dziesięcioletniego syna. Żałowałam, bo chciałabym, żeby mógł zobaczyć ten spektakl, a także dlatego, że ciekawa jestem, jak Błękitnego ptaka może odbierać młody widz. Być może wrócę jeszcze do tego spektaklu, bo naprawdę warto zanurzyć się w rzeczywistość wykreowaną przez scenografa Mirka Kaczmarka, reżysera Łukasza Zaleskiego i znakomitych aktorów kaliskiego teatru.

9-10-2013

galeria zdjęć Błękitny ptak, reż. Ł. Zalewski, fot. Piotr St. Walendowski Błękitny ptak, reż. Ł. Zalewski, fot. Piotr St. Walendowski Błękitny ptak, reż. Ł. Zalewski, fot. Piotr St. Walendowski Błękitny ptak, reż. Ł. Zalewski, fot. Piotr St. Walendowski ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu
Maurice Maeterlinck
Błękitny ptak
reżyseria: Łukasz Zaleski
scenografia, kostiumy, światła: Mirek Kaczmarek
obsada: Izabela Beń, Małgorzata Kałędkiewicz, Maya Luxenberg, Bożena Remelska, Kornelia Trawkowska, Zbigniew Antoniewicz, Maciej Grzybowski, Szymon Mysłakowski, Łukasz Stawarczyk, Lech Wierzbowski
premiera: 21.09.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany buhahaha
    buhahaha 2013-10-13   09:24:03
    Cytuj

    "ani imponująca scenografia nie przytłacza działań aktorów, ani aktorzy nie wychylają się za bardzo ze swoim kunsztem" hahaha