AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

„Duch wieje, kędy chce”…

Fot. Doro Tuch  

Dziewiętnaste „ Konfrontacje Teatralne” w Lublinie trwały wyjątkowo długo, bo aż dwanaście dni, podczas których odbyło się czterdzieści wydarzeń. Oprócz spektakli zaproszono widzów na czytania, koncerty, filmy, debaty, spotkania wokół książek, wystawy i dyskusje z artystami. Festiwalowe propozycje skupiały się wokół trzech tematów: kolektyw, tożsamość i Rumunia. Program dwu pierwszych jest autorstwa duetu kuratorskiego Marty Keil i Grzegorza Reske, który sprawuje tę funkcję już drugi rok. „Rumunię” przygotowali we współpracy z Julią Popovici, kuratorką z Bukaresztu.

Po obejrzeniu całości ma się wrażenie, że uwagę kuratorów przykuwały nie tyle spektakle, co zdarzenia artystyczne o charakterze performatywnym. Ostatnio tak modne w teatrze, choć już w latach osiemdziesiątych można je było zobaczyć w galeriach plastycznych. Uprawia je kilka z zaproszonych do Lublina kolektywów twórczych: She She Pop, Gob Squad, Pig Iron, grupa Berlin, a także rumuński GroundFloor. Osobisty przekaz artysty i bezpośredni kontakt z publicznością stanowią dla nich podstawową wartość. Najbardziej charakterystycznym przykładem takiej strategii stał się wykład Christophe’a Meierhansa Some Use for Your Broken Clay Pots. Angażował on swoich odbiorców do zgłaszania koncepcji rozwoju idealnej demokracji o wykreowanych przez siebie podstawach. Słuchaczom nie brakowało inwencji, a napotykane trudności tylko rozgrzewały widzów. Ile w tym było głębokiego namysłu, a ile zabawy, nie sposób dociec. Chociaż już w chwilę po skończonym spotkaniu dopadła mnie refleksja, że skoro „system doskonały” da się zaprojektować w czasie trwania spektaklu, to powinniśmy chyba żyć w znacznie lepszym świecie. Słyszałam, że niektórych widzów gorszyła gra w „pana wszystkowiedzącego” i naiwnie tym faktem urzeczoną resztę. Ale żywa reakcja uczestników dowodziła powodzenia przedsięwzięcia.

W sumie „Konfrontacje” 2014 były ważną lekcją teatru tworzonego na pograniczu sztuk i lublinianie ochoczo ją odrobili, o czym świadczą tłumy na widowni. Warto jednak pamiętać, że to tylko jeden wycinek całego obrazu. Abstrahując więc od tematycznego i formalnego podziału, chciałabym festiwalowe prezentacje podzielić według kryterium postawy, jakiej od widzów wymagały, i śladu, jaki pozostawiły w odbiorcach.

Chwytające za serce
Chyba najsilniej poruszył nas Testament żeńskiego kolektywu z Berlina – She She Pop – grupy, w której nie ma reżysera ani dramatopisarza, a nawet aktorów. Jego członkinie wzięły na warsztat Króla Leara i obsadziły w nim swoich własnych ojców. Po kilku krótkich cytatach z Szekspira porzucały lekturę tragedii i przenosiły się do współczesności. I z pomocą tekstów własnych opowiadały o „dzieleniu królestwa”. Mówiły o relacji ze starzejącymi się ojcami. Pokazywały frustrację niedołężniejących mężczyzn i swój strach przed nadmiarem obowiązków związanych z opieką nad nimi. W ich przedstawieniu stajemy się świadkami „Konfrontacje” 2014 były ważną lekcją teatru tworzonego na pograniczu sztuk.rozrachunku całego życia, subiektywnie odczuwanych krzywd i win, które wciąż rosną, ale przecież nie mogą ostatecznie podzielić ojców i córek. Zwycięża miłość, a może tylko poczucie obowiązku. Scena, kiedy sceniczne, a zarazem prawdziwe córki w dosłownym sensie wchodzą w buty ojców i zakładają sobie na głowy ich papierowe korony, uświadamia, że to nie przydarza się tylko im, to proces biegnący przez pokolenia. Spektakl zamyka odwieczna litania przeprosin i brzmiących w odpowiedzi słów wybaczenia.

Nie jest to jednak przedstawienie utrzymane wyłącznie w smutnej tonacji. Dużo w nim scen komicznych, jak choćby objaśnianie wzoru współczynnika uczuć córek w zależności od otrzymanych darowizn. Podobnie działa wizualizacja przeprowadzki ojca do domu córki: widzimy, że swoim księgozbiorem zajmie dosłownie każdy skrawek ich od teraz wspólnej przestrzeni. Ten gorzki humor uzmysławia paradoksalnie, z jak tragicznym konfliktem mamy do czynienia. A jego sceniczne opracowanie pozwala chyba mówić o przeżyciu katharsis.
 
Jerusalem – wideoprezentacja belgijskiej grupy Berlin poświęcona tytułowemu miastu, a więc i nieodłącznie konfliktowi izraelsko- palestyńskiemu, zaskoczyła nas swoim emocjonalnym oddziaływaniem. Oglądaliśmy przecież z ekranów po obu stronach sceny wyłącznie „gadające głowy”, które wprowadzały nas w racje każdej ze skłóconych stron. Pierwszą rejestrację od następnej dzieli odległość dziesięciu lat, ale mimo wzajemnego nawoływania do ustępstw nic się nie zmieniło i nadal się nie zmienia. Przedstawiciele Żydów i Palestyńczyków wciąż wykładają swoje racje, coraz bardziej się gubimy, kto ma słuszność, a kto nie. Umieszczony na środku sceny szeroki ekran pokazuje migawki z życia miasta. Malowniczą panoramę, Żydów, Arabów i chrześcijan modlących się w swoich świątyniach, gwarne targowiska i drastyczne obrazy walk. A na scenie siedzi prawie niewidoczny w panującym mroku czteroosobowy zespół muzyczny. Gra sefardyjskie melodie, które mają w sobie jakąś słodycz i rzewność, dające kontrast z potokiem wzajemnych oskarżeń. Te dźwięki przemawiają do nas z niebywałą siłą. Uzyskany efekt jest doprawdy zaskakujący. Chyba mało kto na początku przedstawienia spodziewał się, że to świadectwo trudnego współżycia ludzi różnych wyznań tak przejmująco zdiagnozuje fenomen Jerozolimy.

Jeszcze jedno wzruszenie ufundowane na świadectwie historycznym dał nam Ludomir Franczak instalacją wizualno-dźwiękową Odzyskane. To zwieńczenie projektu, którego poprzednimi etapami były wystawa i książka. Zatem widzowie wchodzą najpierw do sali ze skromnymi eksponatami – pożółkłe zdjęcia, listy, zeszyty. Z czasem życiorysy obywateli niemieckich z tzw. Ziem Odzyskanych płyną do nas z offu głosami aktorów. Ślady indywidualnej pamięci łączą się w wielogłosowe świadectwo nostalgii i niepokoju. Franczak wykazuje się wielką empatią wobec przesiedlonych, zwłaszcza wobec tych, którzy kiedyś mieszkali w jego obecnym domu. Przygląda się pozostawionym przez nich przedmiotom, które przez lata wrosły w jego codzienność. W symboliczny sposób wyraża to para butów po byłych lokatorach, które Franczak zakłada na nogi, jakby chcąc się skonfrontować z doświadczeniami ludzi wykluczonych. Prezentacja Ludomira Franczaka nie poprzestaje na miksowaniu materii historycznej, lecz prowadzi ku fantazji. Kiedy artysta z krzeseł owiniętych folią buduje drzewo, na którym żyje grająca huba, następuje baśniowa opowieść o tej dziwnej narośli. Odzywają się jej westchnienia i rozbrzmiewa chór mechanicznych ptaków o skrzydłach drżących dziwnym ruchem. I chociaż autor tego kameralnego przedstawienia sam nie mówi ani słowa, czujemy osobisty charakter spektaklu.

Wreszcie Parallel, spektakl performerek Lucii Mărneanu oraz Katy Bodoki-Halmen z grupy GroundFloor. Reprezentantki Rumunii w sekwencji niemal bezsłownych scen poddały swoje ciała różnemu formatowaniu. Przeobrażając je, sprawdzały skutki tych zmian dla indywidualnej relacji i funkcjonowania w społeczeństwie. Spoglądały na nie przez pryzmat  akceptacji i odrzucenia. Pytały: „Czy ciało może się wyleczyć z duszy?”. W swoim działaniu zawarły charakterystykę wielu ról przypisanych człowiekowi z racji płci, którą reprezentuje. Ze sceny docierał do nas dramat „sformatowania” i ciężar wysiłku, aby mu się przeciwstawić. Śpiew Katy Bodoki-Halmen do miksowanej na żywo muzyki podbił jeszcze artystyczną moc wypowiedzi.

Spektakle raczej do przemyślenia
Do tej grupy zaliczyłabym Zero Cost House zespołu Pig Iron. Jego twórcy odwołują się do utopii, którą Henri David Thoreau postulował w dziele Walden, czyli życie w lesie. Amerykański pisarz i filozof krytykował w nim współczesną cywilizację i dywagował nad możliwością życia poza nią. Japoński autor Toshiki Okada przyjrzał się później tym sugestiom z perspektywy 2011 roku, kiedy to jego kraj doświadczył klęsk żywiołowych i katastrofy nuklearnej w Fukushimie. Reżyser Dan Rothenberg ze zderzenia tych dwóch narracji zbudował dygresyjną wizję świata na skraju upadku, w którym bohater – pisarz – daje nam się poznać na trzech etapach swojego życia. Każdy z nich opowiada inna postać. Raz będzie to młoda ciemnoskóra kobieta zabierająca się do pracy nad powieścią, innym razem poznajemy człowieka podającego się za architekta, który w końcu ogłasza się premierem i deklaruje, że za jego rządów nawet króliki odnajdą dla siebie szczęśliwe miejsce na ziemie. Istotnie para w króliczym kostiumie pojawia się w spektaklu kilkakrotnie. Te „pluszaki” , bo tak się je odbiera, prowadzą banalne małżeńskie rozmowy, udając rodziców narratora, a ich działania mają pogłębiać wrażenie sztuczności wszystkiego, co istnieje, co zostało zaklasyfikowane jako negatywny skutek konsumpcjonistycznych dążeń naszej cywilizacji. Aktorom z Pig Iron Company chodzi chyba o reaktywowanie myśli, by fizycznego bezpieczeństwa i duchowej wolności szukać w samoograniczeniu. Pogląd ten mają ilustrować odkryte przez architekta i premiera samozwańca zalety niskonakładowych domów, za jednego dolara, takich samych, w jakich mieszkają kloszardzi. Jednak , godząc się instynktownie ze słusznością wyartykułowanych przez filadelfijską komunę wizji, pozostajemy raczej obojętni wobec poruszanej przez nich sprawy.

Te dwanaście dni przekonuje, „że duch wieje, kędy chce”. Do chłodnego poszukiwania interpretacji skłania również multimedialne przedstawienie brytyjsko-niemieckiej grupy Gob Squad. Ich Gob Squad’s Kitchen koresponduje z filmami Andy Warhola (choćby z jego słynną Kuchnią), w których zarejestrował artystyczny klimat Nowego Jorku w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, czasu, kiedy popkultura dopiero zaczynała dochodzić do głosu, wyłaniała swych pierwszych idoli. Hasła feministyczne były próbą zmiany porządku społecznego, a narkotyki dawały złudzenie raju na ziemi. Próba wskrzeszenia nostalgicznego obrazu polega tu na pokazaniu nam żywej gry aktorów za pośrednictwem projektora z czarno-białą taśmą. Cała czwórka wykonawców przebywa w kuchni, przez którą publiczność wchodzi na widownię, oglądając po drodze wnętrze w stylistyce sprzed pięćdziesięciu lat. Potem tych samych ludzi widzimy na trzech ekranach. Ale niewiele się tam dzieje. Niewinne z dzisiejszego punktu widzenia aluzje erotyczne, trochę prób „gwiazdorzenia”, poza tym proste czynności gospodarskie. Jakby w zgodzie ze słowami jednej z gwiazd Andy Warhola: „Moja rola to też moje życie – tylko nie do końca wiem, jaka jest moja rola w tym filmie”. Ale z czasem wykonawcy ustępują miejsca komuś zaproszonemu z publiczności. Wprowadzają go do swoich światów. Chwilę sterują jego zachowaniami, mówiąc co ma zrobić. Aż wreszcie schodzą z ekranu, opuszczając też kuchnię i zasiadają na widowni, by stamtąd oglądać warholowskie zwielokrotnienie obrazu. Spektakl ten prowokuje do wielu odczytań: że mit jest kondensatem okoliczności, z których wyrósł, a czas jest dla niego szkłem powiększającym. Że duch miejsca ujawnia swój charakter dopiero z perspektywy. Że z centrum nie można zobaczyć własnej pozycji, ale umożliwia to eksperyment z podstawionymi „figurantami”.

Przedstawienia ekscytujące… przedwstępnie
Głównie za sprawą poprzedzającej je sławy. Takim wydarzeniem był Chopin bez fortepianu według tekstu Barbary Wysockiej i Michała Zadary. On reżyseruje spektakl , ona w nim gra z towarzyszeniem Sinfonietty Cracovia, do której należy partia orkiestrowa Koncertu e-moll i f-moll. Nieobecne partie fortepianu wypełniła aktorka. Słowami jej roli są fragmenty recenzji, wywiady z pianistami, muzykologiczne opracowania, rozważania teoretyków kompozycji, okolicznościowe przemówienia, fragmenty biografii, naiwnie wzniosłe wierszyki i żartobliwe rymowanki. Niezliczona ilość źródeł opisująca dorobek Chopina obnaża sposób, w jaki kompozytor funkcjonuje w świadomości Polaków. Ta sceniczna „lekcja profesora Pimki” pokazuje wszystkie uproszczenia w traktowaniu sztuki i całą mizerię patriotyzmu ufundowanego na doraźnym wzruszeniu. Zadara i Wysocka starają się wyzwolić Chopina z bogoojczyźnianej mitologii i postawić go w rzędzie prawdziwych nowatorów muzyki. Spektakl zachwyca swoim mistrzowsko skomponowanym rytmem i doskonałym wykonaniem – solistki i zespołu.  

Z dreszczem emocji oczekiwano też obsypanego nagrodami przedstawienia Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach – Caryca Katarzyna, po wielekroć określonego jako „kontrowersyjne”. Sztuka Jolanty Janiczak odwołuje się do biografii Katarzyny II, jednak napisany przez nią dramat wchłania także życiorysy innych, niekiedy całkiem nam współczesnych kobiet. Autorka oddaje się rozważaniu, czy z tożsamością się rodzimy, czy jest ona naszym konstruktem. Ważne jest dla niej spojrzenie przez pryzmat doświadczeń seksualnych. Ciało Katarzyny, które najpierw było bezwolnym narzędziem w służbie dynastii, z czasem zaczyna sprzyjać jej indywidualnym celom. Wykracza poza troskę o ciągłość linii rodu i staje się terytorium samopoznania, konfrontacji natury z kulturą i probierzem własnej wartości. Imperatorowa Wszechrusi jest tu niemal zrównana z posiadaczkami rekordów seksualnych i gwiazdami porno, o czym świadczą choćby odwołania do stron erotycznych w Internecie. Zawieszone nad sceną kostiumy z epoki jakby brały w cudzysłów historyczny aspekt przekazu. Nikt na scenie ich nie założy, postaci chodzą nagie lub w bieliźnie albo zostały owinięte przezroczystą folią: to zabieg podkreślający cielesne atrybuty płci. Aktorstwo Marty Ścisłowicz w roli Katarzyny II sprawiło, że ta niejednoznaczna postać jest wiarygodna we wszystkich odsłonach. Jako nastoletnia żona przyszłego cara Rosji, sterowana przez matkę teściową i brata, później władczyni trzymająca rządy twardą ręką i wreszcie nimfomanka dogadzająca sobie bez zahamowań. Reżyser Carycy Wiktor Rubin podkreślił traktowanie kobiety jako erotycznego towaru już w jednej z pierwszych scen przedstawienia, kiedy jakaś żeńska postać, jeszcze niedokładnie określona w roli, przykleja na kurtynie zużyte podpaski z wypisanymi na nich literami, układającymi się w napis „fuck me”.

Niestety, bardzo łatwo ten spektakl odebrać tylko powierzchownie. Zderzenia tekstów z różnych epok i w różnych stylach oraz natłok symboli często przesłaniają cały sens tego zestawienia. Dają raczej niezamierzony efekt komiczny.

Z całą pewnością wisienką na festiwalowym torcie okazał się Martha Graham Craker Cabaret, czyli show nowojorskiego króla konwencji drag queen. Dito van Reigersberg, współzałożyciel i jeden z dyrektorów artystycznych Pig Iron Theatre Company, w kobiecym wcieleniu zachwycił głosem i prezencją. A za łatwy sposób nawiązywania kontaktu z publicznością zdobył powszechną sympatię.

Te dwanaście dni przekonuje, „że duch wieje, kędy chce”. Ciekawe założenia programowe to jedno a spełnienie odbiorcze – drugie. I tak warto podkreślić, że program „Konfrontacji”, w którym znalazło się miejsce dla zespołów niezależnych, jest ważnym gestem nawiązania do tradycji Lublina – kolebki teatrów alternatywnych – i samego festiwalu. To coś, co warto kontynuować.

21-11-2014

XIX Międzynarodowy Festiwal Konfrontacje Teatralne 2014, 8–19 października 2014 r.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: