AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dwa teatry

Teatrolog i filmoznawca.
A A A
Fot. Piotr Kubic  

Michał Kotański chce opowiadać o świecie, który tylko pozornie należy do przeszłości. Zło, jakie ponad osiemdziesiąt lat temu zwyciężyło w Niemczech i rozlało się po Europie, nie tylko nieustannie przypomina o sobie obrazem zniszczeń, także tych niematerialnych, ale również – co chyba najgorsze – wydaje się znajdować wciąż nowych wyznawców.

Dlatego też adaptacja Mefista Klausa Manna, pisarza, który był świadkiem rodzącego się i potężniejącego koszmaru, mogła być spektaklem istotnym. I owszem, warto to przedstawienie zobaczyć – rola Marcina Czarnika jest jedną z tych, jakie zapamiętuje się na długo.

Hendrik Höfgen, aktor dalekiego planu, naprawdę kocha teatr. Zrobi więc wszystko, by w nim zaistnieć, móc uprawiać swój zawód. Co oznacza „wszystko”? Przecież nie robi nic złego. Trochę pochlebstw, trochę uległości, trochę elastyczności w myśleniu o sobie i relacjach z drugim człowiekiem. Ale przecież, jak mówi Hendrik, aktor, wspaniały aktor cieszący się sławą i poważaniem może zrobić wiele, może zmieniać świat. Najpierw Höfgen wierzy w powtarzane przez siebie mrzonki, wyciąga nawet przyjaciela z obozu koncentracyjnego; potem jednak ulega temu, co wokół. Nie ma wyjścia – jeśli chcesz przeżyć, musisz ich słuchać, tak mówi przyjacielowi. A Hendrik chce przeżyć. I grać.

Mało w tym teatru, dużo słów. Adaptacja powieści Klausa Manna, jakiej dokonał Radosław Paczocha, jest nader tradycyjna. Zaczyna się od teatralnej próby – próby Fausta Goethego. Hendrik gra pudla. W ostatniej scenie, po tym, jak widzimy fragment jego roli Mefista, w garderobie nachodzą go widma przyjaciół, wyrzucających aktorowi uległość wobec nowej zbrodniczej władzy. Ta klamra, w której teatr splata się z życiem, wydaje się aż nazbyt dosłowna. Paczocha buduje sytuacje tak wyraźne, tak domknięte, że nie sposób historii tragicznego uwiedzenia przeczytać inaczej niż w kluczu historycznym. A przecież w powieści Manna gra o duszę Hendrika/Mefista odbywa się na wielu planach.

No właśnie, historyczność. Można by zacytować słowa Cezarego Michalskiego, pochodzące z programu do spektaklu: „[...] Weimarem nie są dziś Niemcy, ale stała się nim cała Europa, właśnie dlatego Mefisto Klausa Manna [...] NIE JEST utworem historycznym”. Mefisto w reżyserii Marka Kotańskiego pozostaje jednak spektaklem historycznym, i to w dwojakim sensie. Po pierwsze, prezentuje model teatru, jaki nie jest już w stanie poruszyć odbiorcy; po drugie – i wynika to bezpośrednio z poprzedniego stwierdzenia – przedstawia historię pozbawioną wymiaru uniwersalnego.

Kotański organizuje świat przedstawiony wedle prostych reguł: widz doskonale wie, że ogląda kres Weimaru i dojście do władzy Hitlera. Pokazują to nie tylko ogromne flagi III Rzeszy – w kształcie swastyki jest też kolczyk żony premiera, Lotty Lindenthal, i rysunek na pudełku zapałek. Ale takie chwyty nie budują w spektaklu niczego poza dosłownością, daleko im do surrealizmu czy groteski. To, co miało być odrealnione, trąci łopatologią. To, co mogło być upiornym snem, jest jedynie opowiadaniem o przeszłości.

Czarnik rozsadza spektakl. Jego Hendrik wydaje się być wszędzie, wszystkim i każdym. W przedstawieniu Kotańskiego wydarzenia z życia Hendrika Höfgena pozostają historią pewnego aktora, uwikłanego w jedne z najbardziej przerażających wydarzeń XX wieku. Na projekcjach widzimy zarówno palenie książek, jak i ciała torturowanych wrogów systemu. Ale takie unaocznianie nie wystarcza, jeśli na scenie mamy do czynienia z realizmem, i to nieco już spatynowanym. Kotański organizuje spektakl wokół kolejnych scen, w których postaci przeprowadzają rozmowy istotne – o polityce, miłości, sztuce. Mało w tym teatru, dużo słów.

Paradoksalnie, ów teatralny język ulega obnażeniu w fragmentach spektaklu, które mają unaocznić doskonałość warsztatu i wielkość talentu Hendrika Höfgena. Fragmenty Hamleta, Makbeta czy Fausta są zainscenizowane ironicznie: pokazują, że teatr, w którym grał Höfgen, nie jest już naszym teatrem, a żywe pozostają jedynie jego kreacje. Grający wprost do widowni aktorzy, klasyczne „postaciowanie” (rozpacz Gertudy, przebiegłość Poloniusza, złowróżbność Wiedźm) istnieją na scenie w jawnej opozycji wobec prawdy, pasji, przewrotności Hamleta, Makbeta, Mefista. Ale widz – wbrew intencji reżysera – przez całe przedstawienie obserwuje również inną opozycję, która we wspomnianych scenach ujawnia się jeszcze dotkliwiej: między teatrem Michała Kotańskiego a teatrem Marcina Czarnika. 

Czarnik rozsadza spektakl. Jego Hendrik wydaje się być wszędzie, wszystkim i każdym. Bywa i Faustem, pragnącym doskonałości kunsztu, i Małgorzatą, oszukaną błyskotką i obietnicą miłości, uwiedzioną i porzuconą. I Mefistem, targującym się z Bogiem o ludzką duszę.

Jest z początku naiwny, ale też pełen determinacji – musi osiągnąć sukces. Jego pytanie o to, czy dobrze zagrał psa w scenie z Faustem i Wagnerem, rozbraja widza – jest nie tyle zabawne, co rozczulające. Zaraz potem jednak Hendrik zaczyna kalkulować, co jest bardziej opłacalne: występy w teatrze robotniczym czy pokorne czekanie na wielką rolę. Czarnik tworzy postać zmienną: nie jest ani bezwzględnym karierowiczem, ani oddanym swojej pasji aktorem. To aktor, który marzy o karierze i dąży do sukcesu. Żadna z jego decyzji nie jest godna potępienia, a jednocześnie o każdej myślimy z lekkim niesmakiem. Może byśmy takie podjęli, ale trudno nam się do tego przyznać.

Marcin Czarnik buduje postać w tylu tonacjach, przy użyciu tak bogatej skali środków, że opis wydaje się bladym odbiciem tego, z czym obcuje widz. Naiwność i okrucieństwo, błazeństwo i patos, lekkość i determinacja – wszystko pojawia się nagle, jako tematy, a nie psychologicznie prowadzone przemiany bohatera. I to wyraźnie odróżnia Czarnika od innych aktorów tego przedstawienia (na uwagę zasługuje jednak bardzo dobry Adam Szarek – kabaretowa diwa i odrzucony kochanek Hendrika). Ale nie tylko: świetna rola nie przystaje do spektaklu, który prowadzony jest podług reguł tradycyjnej dramaturgii. W tym starciu dwóch porządków i dwóch teatrów wygrywa Marcin Czarnik.

30-04-2014

galeria zdjęć Mefisto, reż M.Kotański, Teatr Bagatela w Krakowie, Mefisto, reż M.Kotański, Teatr Bagatela w Krakowie, Mefisto, reż M.Kotański, Teatr Bagatela w Krakowie, Mefisto, reż M.Kotański, Teatr Bagatela w Krakowie, ZOBACZ WIĘCEJ
 

 

Teatr Bagatela im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego w Krakowie, Scena Sarego 7
Klaus Mann
Mefisto
tłumaczenie: Renata Derejczyk
adaptacja: Radosław Paczocha
reżyseria: Michał Kotański
scenografia: Tomasz Brzeziński
kostiumy: Anna Chadaj
muzyka: Marcin Mirowski
choreografia: Iza Chlewińska
obsada: Marcin Czarnik (gościnnie), Adam Szarek, Jakub Bohosiewicz, Marcin Zacharzewski (gościnnie)/ Michał Kościuk, Paweł Sanakiewicz, Katarzyna Litwin, Anna Rokita, Piotr Różański, Marcin Kobierski, Sławomir Sośnierz, Dariusz Starczewski, Małgorzata Piskorz, Kamila Klimczak, Anna Branny, Przemysław Branny, Patryk Kośnicki, Maurycy Popiel, Marek Bogucki, Tomasz Fołtyn (gościnnie), Karol Miękina (gościnnie), Kamil Wawrzuta (gościnnie)
premiera: 24-25.04.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany teatroman
    teatroman 2014-10-16   16:06:14
    Cytuj

    recenzentka popiera to środowisko

  • Użytkownik niezalogowany Freeze
    Freeze 2014-10-12   22:55:48
    Cytuj

    Ludzie, czy wyście oszaleli? Takiej szmiry dawno nie widziałem (jedynie "odprawa posłów greckich" była większym gniotem niż ta "sztuka"). Nachalna gejowska propaganda jest już wszędzie! Wyszedłem w przerwie.