AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dziwka z Ohio

Teatrolog. Pracowała w Wydawnictwie KRĄG, w Instytucie Sztuki PAN, w Teatrze na Woli, w Teatrze Narodowym, w Agencji Filmowej TVP, obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Prowadzi zajęcia w Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza, publikuje w miesięczniku "Teatr".
A A A
 

Jakie to dziwne miejsce, warszawski Rynek Nowego Miasta. Odkąd pamiętam zaskakująco odludny, choć leży w strefie obowiązkowego szlaku turystycznego „starej” Warszawy. Warszawianom też jakoś tu nie po drodze, chyba że przyciągnie piknik naukowy albo teatr. No i jest teatr – było kino Wars, jest Teatr WARSawy.

Tworzą go ludzie, którzy od lat prowadzą działalność pod szyldem Teatru Konsekwentnego. We foyer ustawiono ściankę pełną wycinków prasowych. Czytam rozmowę z Adamem Sajnukiem, szefem przedsięwzięcia. Wypowiedzi niestarego antreprenera brzmią rozsądnie: jako że zespół nie ma komfortu pełnej dotacji, repertuar trzeba starannie planować, uważnie balansując między ryzykiem a szansą na frekwencyjny sukces.   

Na afiszu Dziwka z Ohio Hanocha Levina w reżyserii Sajnuka, trzyosobowa sztuka z rolą dla starego aktora, z niekłopotliwym miejscem akcji. Wiadomo, co to oznacza –  niejeden dyrektor teatru, niejeden reżyser, niejeden zainteresowany aktor poluje na taki tytuł. Dramaty Levina zrobiły w Polsce dużą karierę, a jednak Dziwki… dotąd nie wystawiono; już to powinno wzbudzić czujność. Tytuł sztuki jest cokolwiek dosadny, ale nie sądzę, by wstrzemięźliwość scen wynikała ze strachu przed skandalem, nie takie rzeczy widziano; przeciwnie, teatry dyszą w pogoni za postępem w dziedzinie obyczajów. Powód braku zainteresowania dramatem jest, sądzę, inny i dość oczywisty – tekst jest zwyczajnie słaby, w dodatku ma bardzo wątpliwy (oględnie mówiąc) potencjał atrakcyjności fabularnej. Po prawdzie, w Dziwce z Ohio najlepszy, także marketingowo, jest właśnie tytuł.

70-letni Hojbitter (Zygmunt Malanowicz) z okazji swoich urodzin postanawia zażyć miłości. Pośpieszny, brudny seks z uliczną prostytutką Broncacki (Agnieszka Przepiórska) kosztuje sto szekli. Dla kloszarda kwota niemała, co gorsza, wyrzucona w błoto, bo ciało starego mężczyzny odmawia współpracy. Zjawia się Hojmar (Bartosz Adamczyk), syn Hojbittera, również kloszard. Wściekły na ojca za pochopny wydatek postanawia choćby częściowo, w naturze, odzyskać stratę. W tych okolicznościach co i rusz wybuchają napięcia: między dziwką i klientami, między ojcem i synem. Dodatkowo na scenę wkraczają, wypowiedziane lub zmaterializowane w sennych marzeniach, wspomnienia i ukryte pragnienia trójki bohaterów.      

Po prawdzie, w Dziwce z Ohio najlepszy, także marketingowo, jest właśnie tytuł.Nie będę wytykała teatrowi tego, czemu nie jest winien. Dopóki Levin poprzestaje na rodzajowych obrazkach z życia najniższych sfer, bywa nawet zabawnie, jak wtedy, kiedy Hojbitter targuje się z Broncacki. Niestety, dramatopisarz postanawia opchnąć nam kilka tzw. prawd o życiu, co i rusz popadając w banał i sentymentalizm nieskutecznie maskowany drastycznością języka i obyczajowego kontekstu. Podstawowymi środkami wyrazu są brzydota, brutalność i wulgaryzmy, a metodą  ‒ kiepska psychodrama. Naprawdę trzeba dziwki i dwóch pokoleń kloszardów, żeby udobitnić, jak ciężkie jest życie, a świat źle urządzony? I że we wszystkich ludziach, nawet w tych ostatnich z ostatnich (wedle obowiązującej społecznej hierarchii), drzemią tęsknoty, niespełnienia i czyste, dobre intencje oraz potrzeba miłości, czułości i drugiego człowieka? Skoro nie ma ucieczki przed banałem, dla niepoznaki skąpanym w rynsztoku, organizm widza reaguje znieczulicą. A przecież, jak sądzę, chodziło o zupełnie inny skutek, o wywołanie litości i trwogi. 

Levin Levinem, ale teatr dołożył swoje do tej niepięknej katastrofy. Zygmunt Malanowicz walczy z tekstem i zawodną pamięcią, więc zamiast roli otrzymujemy popis scenicznej rutyny. Wysiłki Bartosza Adamczyka skwituję milczeniem. Aktorskie porażki obciążają także reżysera, to jasne, ale sposób, w jaki zainscenizowano partie oniryczne, woła o pomstę do nieba. Oprócz zderzenia z banałem udręki życia teatr skazał nas na kiepski surrealizm, który sprawia wrażenie nieudolnej parodii planu realistycznego. Najrzetelniej wywiązały się z zadania dwie kobiety zaangażowane w przedsięwzięcie. Katarzyna Adamczyk, autorka scenografii nieźle zapanowała nad wcale niełatwą przestrzenią dawnego kina (akcja rozgrywa się pomiędzy rzędami krzeseł widowni ustawionymi vis à vis). Agnieszka Przepiórska ma pecha, bo Hanoch Levin wszystkich swoich bohaterów, także dziwkę Broncacki, obdarzył skłonnością do domorosłej filozofii egzystencjalnej sprzedawanej w formie niewiarygodnie pretensjonalnych sentencji; takie zaangażowanie w rolę, jakie prezentuje aktorka, zasługiwałoby na lepsze kwestie. Dodatkowo w dawnym kinie Wars panuje straszliwy ziąb; dygocząc na krześle, myślałam z podziwem i współczuciem o ofiarnym negliżu Przepiórskiej.

Wiem, nic tak nie wkurza jak dobre rady, ale nie oprę się pokusie. Adam Sajnuk lekkomyślnie uznał, że nieogranie tekstu Levina jest wartością samą w sobie. I podjął ryzyko inscenizacji. Wspominam wypowiedź Sajnuka jako dyrektora teatru i zachodzę w głowę, czy Dziwka z Ohio miała być przedstawieniem dla ludzi i dla kasy czy dla sławy i honoru domu? Cóż, w świecie widowisk, których bohaterkami są damy lekkich obyczajów, wciąż najlepiej sprawdzają się Traviata albo Pretty women. Przed rozpoczęciem prób należało postawić pytanie ze starego szmoncesu (tego, który przeszedł do legendy dzięki Kabaretowi Dudek): „Ile można stracić?”. Z Dziwką z Ohio tracić nie warto.

6-1-2014

 

Teatr WARSawy
Hanoch Levin
Dziwka z Ohio
przekład: Michał Sobelman
scenariusz i reżyseria: Adam Sajnuk
scenografia i kostiumy: Katarzyna Adamczyk
obsada: Agnieszka Przepiórska, Bartosz Adamczyk, Zygmunt Malanowicz
premiera: 18.12.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: