AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Farsa mieszczańska

Dziennik Anny Frank, reż. Krzysztof Prus, Teatr Nowy w Zabrzu
Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
Fot. Paweł JaNic Janicki  

Parafrazując Poetę, można stwierdzić: marzec – dla Polaków niebezpieczna pora. Tegoroczny marzec, z racji okrągłej pięćdziesiątej rocznicy tamtego Marca, spowodował drobny deszczyk premier (ciekawe, że głównie w Warszawie) nawiązujących do wydarzeń sprzed lat. Za takie nie wprost i nieoczywiste nawiązanie do rocznicy Marca można uznać premierę przygotowaną w Teatrze Nowym w Zabrzu.

Teatr jako pierwszy w Polsce sięgnął po tekst Érica-Emmanuela Schmitta będący adaptacją Dziennika Anny Frank. Francusko-belgijski pisarz i dramaturg przykroił w nim na potrzeby sceny dokument literacki obejmujący okres niemal dwóch lat, w czasie których niemiecka nastolatka-Żydówka razem ze swoją rodziną i znajomymi ukrywała się w oficynie domu, gdzie jej ojciec prowadził fabrykę. Dziennik spisany został w formie listów. Schmidtt, podobnie jak wcześniej anglojęzyczni autorzy Frances Goodrich i Albert Hackett, nadał mu formę bardziej sceniczną, opisy sytuacji zamieniając w rozpisane na postacie wydarzenia, a całość osadził w ramach historii samego Dziennika. Dlatego rodzajem narratora i niejako wywołującego wydarzenia sprzed kilku zaledwie lat uczynił w swoim dramacie ojca Anny – Otto Franka (Jarosław Karpuk). To on, czytając o zdarzeniach opisanych przez córkę, przypomina sobie to, co było, a co zostaje następnie przywołane przed nasze oczy przy pomocy zespołowych aktorskich działań. Każde z nich – niczym osobny list – zostaje oddzielone od siebie muzyką, czasem rytmicznymi niemieckimi marszami, czasem spokojną muzyką klasyczną wykonywaną na instrumentach klawiszowych. Otto Frank, czytając zapiski córki, poznaje ją na nowo już nie wyłącznie jako własne dziecko, lecz myślącego człowieka i budzącą się w niej kobietę.

Te rozmaite plany opowieści oddane są przy pomocy podziału przestrzeni. Scena Teatru Nowego zamieniona jest w przestrzeń typu black box. Na proscenium tyłem do przestrzeni widowni znajduje się biurko zaznaczające przestrzeń biura ojca, to „teraz” opowieści. Tam znajdują się ci, co przeżyli – Otto oraz pomagająca ukrywać się jego rodzinie Miep Gies (Renata Spinek). Plan opowieści o „wtedy” to przestrzeń między zwróconymi do siebie rzędami krzeseł dla widzów. To tu znajduje się metalowy prostopadłościan pozbawiony ścian, który jest „oficyną”, miejscem ukrywania się żydowskich rodzin. Ta przestrzeń, choć niby ciasna, nie daje poczucia zamknięcia i osaczenia. Pomieszczenie ukrywających się przyjaciół to platforma ponad metalowym szkieletem, tam odbywają się sceny między zakochanymi Anną (Anna Nowak) i Peterem van Pelsem (Jakub Piwowarczyk). Taki układ sceny, choć dobrze oddaje rozmaite plany opowieści, niestety nie służy dobrej ich obserwacji. Siedząc przy końcu rzędu naprzeciwko „oficyny” niemal nie widziałam siedzącego za biurkiem ojca Anny, natomiast nie wiem, jaką widoczność na to, co działo się w mieszkaniu, mogli mieć siedzący z drugiego końca rzędu. Przestrzeń jest natomiast jednym z głównych elementów mających nas wprowadzić w nastrój okupacyjny. Na sceno-widownię nie wchodzi się normalnymi drzwiami, widzowie przeprowadzani są tam przez labirynt zaplecza teatralnego. Chodzimy w górę i w dół po schodach, przez małe ciemne korytarzyki oświetlone wyłącznie świeczkami stojącymi na podłodze, mijamy rozmaite rekwizyty, które mają uprawdopodobnić naszą podróż w przeszłość. Przy przechodzeniu przez widownię słychać wykrzykiwane po niemiecku przemówienie. Ten początek zapowiadał się intrygująco.

Oryginalny Dziennik spisany przez Annę Frank i zredagowany potem przez jej ojca liczy sobie prawie pięćset stron. Każdy, kto chce przenieść go na scenę, musi się zdecydować, co z niego wybrać. Jak w przypadku każdej adaptacji mamy więc do czynienia nie tyle z samym Dziennikiem Anny Frank, co z jego obrazem, który chce nam na jego temat przedstawić dramaturg razem z inscenizatorem. Tak też i tu z pytania „po co” – czemu ma służyć spektakl, wynikać powinno pytanie – „co” wybieramy. Czy procentowo pozostać wiernym zawartości Dziennika? Czy przy pomocy zapisków oddać losy? Czyje? Narratorki? Ludzi, których ona opisuje? Jak pokazać „prawdę” o tamtych ludziach i czasie, w jakim przyszło im żyć? Odpowiedź na te pytania zależy właśnie od odpowiedzenia sobie, po co siedemdziesiąt parę lat po wojnie sięga się do wspomnień żydowskiej dziewczynki, której przyszło dorastać w strasznych czasach, która musiała szybko wydorośleć, a jej życie stało się bardzo krótkie.

Była typową nastolatką: zbuntowaną przeciwko rodzicom z poczuciem, że nikt jej nie rozumie, zajmującą się przede wszystkim analizowaniem własnej osoby, swoich nastrojów, próbującą sobie odpowiedzieć na pytanie: kim jestem. Poznającą własne kobiece ciało i zakochaną w ukrywającym się razem z rodziną Peterze. Ten aspekt postaci bardzo sprawnie wydobyła młoda aktorka, Anna Nowak, ujmująca bezpośredniością, naturalnością i  żywiołowością. Lecz równocześnie to nie z tego powodu jej zapiski stały się jednym z najsłynniejszych dzienników na świecie. Spomiędzy tych typowo nastolatkowych wynurzeń co jakiś czas przebija się w autentycznym Dzienniku przerażająca realność okupacji i ukrywania się. Choć prawdziwa Anna Frank deklarowała, że nie interesuje jej polityka, co jakiś czas w jej pisaniu pojawiają się fragmenty ścinające krew w żyłach jak ten o zajęciu Węgier przez Niemcy tuż przed początkiem brytyjskiej inwazji, kończący się konstatacją: „Teraz wszyscy węgierscy Żydzi zginą”. Dla nastolatki jest oczywiste to, co wydaje się absurdalne z perspektywy prowadzenia walki, którą się właśnie zaczyna przegrywać, bo na przykład nie ma czym dowieść zaopatrzenia na front, a dostępne wagony kolejowe kursują po Europie, przewożąc z jednego jej końca na drugi ludzi tylko po to, by ich zabić: „wymordowanie Żydów jest głównym celem tej wojny”. Poczucie zagrożenia jest tym, co cały czas przewija się w zapiskach Anny – nie jest dominujące, ale też nie jest całkiem nieobecne. Wraca w opowieściach o strachu przed bombardowaniem (alianckim), w opisach nasłuchiwania dźwięków kogoś, kto chodzi po fabryce, kiedy nikogo nie powinno tam być, w ciągłej konieczności pamiętania o byciu cicho, nieużywaniu toalety... Tego aspektu rzeczywistości natomiast w przedstawieniu nie ma.

W spektaklu Krzysztofa Prusa wojna i zagrożenie niemal nie istnieją. Owszem, jest grupa ludzi stłoczona w jakimś pomieszczeniu, ale tym, co ich zajmuje, są przede wszystkim relacje (głównie swary) między nimi. Po bardzo ciekawym wprowadzeniu okupacja właściwie znika ze spektaklu. Jest jedna scena, w której postacie dowiadują się, że muszą nosić wyraźne znaki bycia Żydem – gwiazdy Dawida, na płaszczach, potem ta o decyzji rodziców, że rodzina będzie się ukrywać, natomiast od momentu przeniesienia do oficyny atmosfera opresji niemal znika. Zamiast niej pojawiają się sąsiedzkie spory, ludzka małość i dziwactwa związane z wspólnym koegzystowaniem. O tym wszystkim oczywiście pisze w swoim dzienniku Anna Frank, lecz tam nie tylko tego dotyczy narracja. W zabrzańskim spektaklu dobór epizodów w połączeniu ze stylem gry aktorskiej zamienia dramat w mieszczańską farsę, podczas której widzowie dobrze bawią się, obserwując, jak pani van Pels (Danuta Lewandowska) walczy z mężem, by nie sprzedawał jej furta czy histeryzuje podczas ręcznego borowania zębów bez znieczulenia. Podobnie komediowo poprowadzone są rozmowy między ukrywającymi się dotyczące postępów w wojnie, tego, czy Anglicy, czy Niemcy wyglądają jak prawdziwi żołnierze... Ta narracja – obecna w warstwie słownej w dzienniku – tu poprowadzona jest przez grę aktorów tak, by przede wszystkim bawić i nie jest skontrapunktowana żadną bardziej tragiczną nutą (a przecież oglądamy historię autentycznych osób, których życie skończyło się w koszmarnych okolicznościach). Co więcej – gra aktorów w żaden sposób nie różnicuje zachowań postaci wraz z upływem czasu, tak jakby to nie przedłużająca się sytuacja zamknięcia, izolacji, niebezpieczeństwa wpływała na ich relacje, tylko po prostu byli takimi ludźmi: małostkowymi, drażliwymi, kłótliwymi. Tacy po prostu weszli do kryjówki i tacy zastygli w ostatnim tańcu radości będącym reakcją na wiadomość o lądowaniu w Normandii…

Po obejrzeniu spektaklu zastanawiałam się: po co? Po co sięgnięto teraz, w marcu 2018 roku, w brunatniejącej Polsce po pamiętniki żydowskiej nastolatki, która zginęła w obozie koncentracyjnym? By pokazać, że ukrywanie się wyzwala w ludziach nie tylko empatię i wzniosłe cechy, ale także małość? Że nastolatki mają podobne problemy („podobam mu się czy nie?”, „kim jestem?”) bez względu na czas i okoliczności? Tylko gdzie w tym wszystkim wojna, prześladowania i wykluczenie? Czy młodzi ludzie, którzy zostaną doprowadzeni do teatru, na podstawie tego spektaklu nie wyrobią sobie zdania, że ta okupacja w Holandii to nie było nic strasznego, tylko na koniec zdarzyło się im mieć pecha i nie doczekali wyzwolenia? Że w gruncie rzeczy życie było zabawne, ale źle się skończyło? Czy naprawdę trzeba do tego używać postaci Anny Frank?

04-04-2018

galeria zdjęć Dziennik Anny Frank, reż. Krzysztof Prus, Teatr Nowy w Zabrzu <i>Dziennik Anny Frank</i>, reż. Krzysztof Prus, Teatr Nowy w Zabrzu <i>Dziennik Anny Frank</i>, reż. Krzysztof Prus, Teatr Nowy w Zabrzu <i>Dziennik Anny Frank</i>, reż. Krzysztof Prus, Teatr Nowy w Zabrzu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Nowy w Zabrzu
Éric-Emmanuel Schmitt  
Dziennik Anny Frank
reżyseria: Krzysztof Prus
scenografia: Marek Mikulski
obsada: Anna Konieczna, Danuta Lewandowska, Jolanta Niestrój-Malisz, Renata Spinek, Grzegorz Cinkowski, Jarosław Karpuk, Marian Wiśniewski, Jakub Piwowarczyk oraz gościnnie Anna Nowak/Julia Kuzber
premiera: 17.03.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany Obserwator
    Obserwator 2018-05-17   22:51:13
    Cytuj

    Sztuka obroni się sama bez potrzeby puenty pani krytyk, jest świetna. Gra młodej aktorki doskonała. Jestem pod wrażeniem.

  • Użytkownik niezalogowany B.J.
    B.J. 2018-04-20   17:04:10
    Cytuj

    Pan rezyser Prus powiedzial: "Teatr dzieki temu ze jest sztuczny, umowny moze opowiadac o ludziach i ten warunek spelnia sztuka Schmitta...opowiada o mlodej dziewczynie, ktora staje wobec wlasnej rodzacej sie dojrzalosci, a dzieje sie to wszystko w wyjatkowo trudnych warunkach. Mysle ze tym jest ta opowiesc...o dojrzewaniu, ktore zawsze jest trudne, no a w tym wypadku rzeczywiscie specyficzne..." https://youtu.be/JbNtxzE2nmw   (..szczegolnie od min 8.14) ...i wlasnie w tym sek zeby pokazac na przykladzie wlasnie Anny Frank jak dojrzewali mlodzi ludzie w tych szczegolnych okolicznosciach...zeby pokazac jak zyli ci ludzie w tej strasznej izolacji i ciesze sie ze nie tracili przy tym dobrego humoru. ...a mlodzi ludzie, ktorzy zostana "doprowadzeni" do teatru beda wiedzieli, ze akcja tej sztuki toczy sie w czasie wojny...a czym ona byla pewnie juz wrecz wyczerpujaco  wczesniej slyszeli na lekcji historii....czy w telewizji. 

  • Użytkownik niezalogowany zby
    zby 2018-04-05   20:06:39
    Cytuj

    w brunatniejącej, ot i następna krytyk kulturalny- sama jesteś brunatniejąca