AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Faszyzm. Reaktywacja

Powrót Tamary, reż. Cezary Tomaszewski, Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza.
fot. JAZZy Shots  

Są jak żywe trupy. Lekki to horror, gdy oglądają się za siebie i wbijają wzrok w publiczność warszawskiego Teatru Studio. Wyciągnięci z tekturowych pudeł widzowie sprzed trzydziestu lat, zgromadzeni na licytacji rekwizytów i wspomnień. Pomiędzy nimi a publicznością, na krawędzi sceny, pochyły i obfity stół zastawiony sztucznym jedzeniem. Za chwilę rzucą się na tę pastiszową rekonstrukcję słynnego bufetu z 1990 roku, kiedy to w tym samym teatrze premierę miała Tamara – spektakl w reżyserii Macieja Wojtyszki z kolacją dla widzów w cenie biletu, zapewnianą przez Holiday Inn. Sztuka Johna Krizanca opowiada o malarce Tamarze Łempickiej i o faszyzmie. Powrót Tamary Michała Buszewicza w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego jest o tym, że zapamiętano Holiday Inn i polędwicę „Czarnolas”, a nie faszyzm.

*
W Powrót Tamary wprowadza nas Mariusz Wysocki (Mateusz Smoliński). Trzydziestolatek, który przyszedł na świat w chwili, gdy jego ojciec stał w kolejce po bilety na Tamarę – nie kupił, ponieważ podniesiono ceny. Mama rodziła Mariusza, tata rodził legendę o niewidzianym spektaklu, w której wychował się bohater i której teraz krytycznie się przygląda. Jest bogatszy o doświadczenie III RP, wrażliwy na ciemną stronę kapitalizmu i wyczulony w sprawach aktualnych nadużyć władzy, które pobrzmiewają mu brunatnym echem. Spotykając na licytacji widzów-widma, korzysta z okazji i zstępuje do roku 1990. Między pastiszowy korowód postaci w ciężkich makijażach i retro-kostiumach (za nie i za scenografię odpowiadają BRACIA Agnieszka Klepacka i Maciej Chorąży). Tomaszewski podkreśla sztuczność, której brak składał się na niezwykłość Tamary, gdzie nie tylko aktorzy byli blisko widzów, ale i ich „prawdziwe suknie były prawdziwe”.

Tomaszewski, za Joanną Krakowską, ogląda w Tamarze „trójkąt lat dziewięćdziesiątych, którego wierzchołki wyznaczają trzy fetysze: elita, sukces i przedsiębiorczość”. Badaczka swoją propozycję historii polskiego teatru po 1989 roku zawartą w książce Demokracja. Przedstawienia zaczyna od Tamary właśnie. Piszący Powrót Tamary Buszewicz korzysta z tego samego co ona narzędzia i przywraca głos źródłom: materiałom promocyjnym, recenzjom krytyków, wypowiedziom współtwórców. Dodatkowo sięga do wspomnień widzów. Nad tym przedziwnym polifonicznym zbiegowiskiem unosi się duch życzliwej komedii. Czułej wobec bohaterów – jak w przypadku prowadzącego licytację Filipa Perkowskiego, który obniża cenę wywoławczą swojego wspomnienia i podbija smutek. Ciętej wobec postaw – przykładem Marcin Pempuś, wcielający się w mniej lub bardziej czarne charaktery. Na czele z Finzim, który z szemranym flow milicjanta wyżywa się na widzach-widmach, dając publiczności okazję do pośmiania się z samej siebie.

**
Wszystko to dzieje się przed tekturową minikurtyną, zza której wystają kolumny Vittoriale degli Italiani, gdzie jest rok 1927 i gdzie Gabriele D’Annunzio (Jan Peszek) żałośnie i tęsknie wygląda zapowiedzianego gościa – Tamary Łempickiej (Sonia Roszczuk), której przybycie – jak wierzy – uwolni go od męki jałowych masturbacji. Zanim jednak Peszek porzuci zabawy pluszowym penisem, a nawet zanim je zacznie, nim podniesie się tektura, by ujawnić bogactwo obracającej się wraz ze sceną willi-graciarni, stoimy za ścianą w kolejce. Wypchnięci w oczekiwanie. Wytrwali w aspiracji. Zwyczajni. Demokratyczni, ale nierówni, są wśród nas bowiem także inni – niezwykli. Agnieszka Osiecka (Roszczuk) dostaje się do środka bez kolejki pomimo wyprzedanych biletów, rozsyłając przy tym gwiazdorskie uśmiechy. Kto by się jednak złościł na gwiazdę? I kto by jej zabraniał? Wszak Roszczuk (już jako Łempicka) mówi, że prawdziwą ojczyzną artysty jest Wolność. Nam też się w końcu uda! Faszystowska Italia stanie otworem, widma widzów przemienią się w bohaterów dramatu (aktorzy grają podwójne role), a my zajmiemy ich miejsce. I choć unieruchomieni w fotelach, bez możliwości wędrówki po salach Pałacu Kultury jak oni przed laty, podzielimy towarzyszący im dylemat: „jak się zachować w państwie faszystowskim?”.

Jak co dzień – można by odpowiedzieć, bo przecież twórcy powracają do Tamary nie (tylko) dla teatromańskich uciech, lecz z poczucia rosnącego zagrożenia. Duszną atmosferę współczesnej Polski potęgują obowiązkowe maseczki, a oddolne próby oporu widzów tłamszone są przez ich sąsiadów gardłujących: „może by pan założył maseczkę i nie siadał na fotelu z naklejką, która siadania zabrania?”. Taki widz, nawet jeśli nie jest faszystą, to bez wątpienia fetyszystą regulaminów, czyli bez wątpienia totalitarystą. Pozwalam sobie na te epitety, ponieważ to ja byłem strofującym, a moją ofiarą biedny mężczyzna, któremu – sądząc po niemrawych oklaskach – popsutego humoru nie zdołali poprawić nawet wybitni artyści. A może wziął do siebie nie moje napomnienia, a sceniczną sugestię, że co prawda faszyzm mamy importowany z Włoch, ale antysemityzmu importować nie musieliśmy – ten jest bowiem Polakom przyrodzony. Tomaszewski odprawia ulubione rytuały polskiego teatru krytycznego, na szczęście nie traci przy tym scenicznych walorów. Powrót Tamary to przedstawienie pełne humoru, z wyrazistymi kreacjami i uwodzącymi scenami.

Weźmy tę, gdy skąpana w sepii scena zamienia się w starą fotografię. Jeszcze przed chwilą wątki zawiązywały się jeden przez drugi, wirowała obrotówka, pistolet strzelał, bohaterowie padali martwi i zrywali się po witkacowsku. Tymczasem tempo się uspokaja. Bartosz Porczyk gra na pianinie i udręczonego pianistę-oportunistę-faszystę, który mocuje się z operą. Śni mu się utwór o konflikcie prywatnego z politycznym. W kłopotach z librettem pomagają powracający od czasu do czasu widzowie-widma. Rzucają pomysłami z gatunku groteskowych fantazji o młodym kapitalizmie – owocowym i lubieżnym. Erotyka, wstydliwie ukrywana przez widzów, spełnia się w przedstawieniu, na które przyszli. Sceny orgii są prześmiewcze i przemocowe. Wyraźniej niż wątki polityczne ukazują nierówności rządzące światem bohaterów i determinujące ich poglądy. Uznana malarka może demonstracyjnie odrzucić awanse swego bogatego gospodarza, który na nic innego poza jej ciałem nie czeka. Ale już służąca w jego wilii Emilia (Marta Zięba), usiłując poprawić swój status, decyduje się na romans z żałosnym i okrutnym Finzim (Pempuś). W nim z kolei kocha się tancerka Carlotta (Biernat), której dewocyjność balansuje wściekła i niepozbawiona pożądania, klasowo usprawiedliwiona agresja wobec służącej. Trudno dociec, czy pomaga jej uwiedzenie przez starszą Aelis (Monika Świtaj). Pomimo plątaniny wątków fabuła pozostaje klarowna. Między innymi dzięki temu Powrót Tamary spełnia wymogi atrakcyjnej propozycji miejskiego teatru krytycznego. Takiego, który ma gwiazdy (na plakatach wyeksponowano udział Jana Peszka i Soni Roszczuk), ale nie jest tylko czczą rozrywką. Bawi i ostrzega. Na ile uznamy ostrzeżenia za zasadne, to już inna sprawa. Jeśli wejdziemy do teatru z przeświadczeniem o faszyzmie, który podnosi w Polsce łeb – znajdziemy na scenie potwierdzenie, ale jeśli nie mamy takiego przekonania – artyści nie będą nas agitować, ograniczając się do wymownych sugestii.

***
Duchologiczna podróż głównego bohatera przez nowiutką III RP do faszystowskich Włoch okazuje się oczywiście wędrówką do Polski dziś. Dlatego Tamara na podarowany przez d’Annunzio pierścień „z indyjskim symbolem szczęścia” reaguje panicznym krzykiem (urocze playbackowe legato). Wysocki, rewidując rodzinną legendę i pojmując (w przeciwieństwie do swoich rodziców), jaka jest rzeczywista stawka gry w Tamarze, nie chce tylko oglądać, ale i działać. Dlatego w świecie spektaklu jest Mario Viscontim – szoferem i przywódcą komunistycznego spisku. Usiłuje stanąć na przeszkodzie Mussoliniemu, namawiając d’Annunzia do publicznego protestu. Reprezentuje młodość, która nie zgasiła woli buntu i ponosi klęskę. W finale d’Annunzio krzyczy: „morda!” i zamyka usta tym, którzy chcieli coś jeszcze powiedzieć – być może coś ważnego.

Nadzieja nie umiera jednak całkowicie. Można ją odnaleźć w samym teatrze, który nie dość, że odsłania to, co zakryte, i rewiduje sensy, to jeszcze ma władzę nad metamorfozą: willa w finale zmienia się w piracki statek – Wolne Miasto Fiume, powołane w przeszłości przez gospodarza willi. Z każdym obrotem sceny jakby odpływała coraz dalej od stojącego na brzegu i krzyczącego d’Annunzio. Wyjęci spod prawa rewolucjoniści pod buntowniczą banderą będą na pewno skuteczniejsi w udowadnianiu, że „nic bardziej nie wkurwia wodzów niż artyści”. Pytanie tylko – czy będą słyszani?

02-10-2020

Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza
Michał Buszewicz
Powrót Tamary
reżyseria: Cezary Tomaszewski
scenografia i kostiumy: BRACIA Agnieszka Klepacka i Maciej Chorąży
światło: Jędrzej Jęcikowski
wizaż: Kacper Rączkowski
reżyseria światła, multimedia: Marek Kozakiewicz
obsada: Dominika Biernat, Marcin Pempuś, Sonia Roszczuk, Mateusz Smoliński, Marta Zięba, Monika Obara, Bartosz Porczyk, Monika Świtaj, Filip Perkowski, Jan Peszek.
premiera: 15.08.2020

galeria zdjęć Powrót Tamary, reż. Cezary Tomaszewski, Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. Powrót Tamary, reż. Cezary Tomaszewski, Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. Powrót Tamary, reż. Cezary Tomaszewski, Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. Powrót Tamary, reż. Cezary Tomaszewski, Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Adam Bauman
    Adam Bauman 2020-10-02   23:57:41
    Cytuj

    Raz na jakiś czas, podejmuję desperacką próbę powrotu do teatru. No, taki jestem trochę masochista. Ciekawi mnie, co też takiego nowego wykombinowali, w którą stronę to zmierza, no i zanurzyć się w wysokiej kulturze też czasem wypada. Teatr Studio – TAMARA Zadziwił mnie ten rozbawiony tłum przed wejściem. Na leżakach, przy stolikach, wszyscy bez masek z piwkiem w ręku. Ok. 300 osób. Widzowie? Nie! Okazuje się, Teatr Studio funkcjonuje na zapleczu jakiejś knajpy która zagospodarowała cały holl, wejście i wylała się na zewnątrz! Czekając na otwarcie drzwi do świątyni sztuki stoi się jak „na stołówce All In w Hurghadzie w porze wydawania posiłków”. Nieliczni stłoczeni widzowie w maskach, reszta z flaszką i frytkami w dłoniach. Wreszcie otworzyli, wchodzimy. Dają jakieś karteczki, stemplują, uroczyście witają, ale to co w zamierzeniu miało być jakimś wejściem do „lepszego, eleganckiego świata” staje się farsą, bo wszyscy zestresowani, w maskach. Widownia zapełniona w połowie, ok 150 osób, rozsadzona co drugie miejsce. Luzik. Zaczyna się przedstawienie, a ja przestaję kapować o co biega! Aktorzy przez 20 minut opowiadają widzom o przedstwaieniu Tamary sprzed 30 lat. Aktorzy młodzi, których wtedy nie było na świecie, podobnie jak połowy widowni mówią własnymi słowami o jakimś kompletnie nieistotnym przedstawieniu którego prawie nikt na widowni nie widział! Co jakiś czas chowają się do kartonów po pralkach, lodowkach itp. Narasta we mnie lekki wkurw, bo czuję że ktoś mnie robi w trąbę. Co mnie to do cholery obchodzi?! Teatr powinien jednak choć trochę odnosić się do rzeczywistości. Mówić o pięknie, o brzydocie, o emocjach no... Nie wiem o czym jeszcze. Ale raczej o czymś istotnym. Może o mnie? O nas? Mało tematów leży dziś na ulicy? Tym bardziej że tekst opowiada o spotkaniu dwóch sławnych postaci w wyjątkowym czasie. O Tamarze Łempickiej, słynnej malarce, Żydówce z pochodzenia i D’Annunziu, poecie, kobieciarzu i ideologicznym twórcy włoskiego faszyzmu. Obecnie zamkniętym w złotej klatce przez Duce. Jest o czym mówić? Jest materiał dramaturgiczny? Są wyraziste postaci? Można na tym utkać coś, co mówi o nas tu i teraz? Nic tylko robić spektakl! W zamian otrzymałem nudne dywgacje o przedstawieniu sprzed 30 lat, co mnie w ogóle nie obchodzi, w wyjątkowo brzydkich, przypadkowych kostiumach i dekoracjach,(rany, przecież można było sięgnąć do kolorystyki Łempickiej, lub włoskiego baroku) grane przez lekko zagubionych aktorów plączących się po scenie bez ładu i składu, mówiących od czasu do czasu swoimi słowami, choć ze względu na tzw. mokrą dykcję, nie wszystko zrozumiałem. Mimo mikrofonów. Co to za moda? Sala malutka a oni muszą przez głośniki. Ktoś wchodzi z lewej od widowni a głos dobiega z przodu z głośnika. Zanim uda mi się zlokalizować kto aktualnie jest przy głosie, to już po zawodach. Kiedyś bez głosu do szkoły nie przyjmowali. Grałem w Dramatycznym, Polskim i ani Holoubek, ani Łomnicki, Zapasiewicz czy Englert nie potrzebowali takich nowinek. A wszystko docierało. Może teraz szkolą ich do kina niemego? Oczywiście wszystko obraca się generalnie wokół seksu, bo bez tego nie ma szans dziś na przedstawienie. Więc Jan Peszek w peruczce (dlaczego, skro D'Annunzio był łysy) po tym przydługim wstępie wspominkowym, wyciąga szmacianego fajfusa ze spodni i zaczyna się masturbować czekając na przyjazd Tamary. Wspina się na dekoracje, ociera się, wygina malowniczo w udawanej ekstazie i udaje że wali konia przez połowę spektaklu. W ten sposób ten wybitny aktor upostaciowuje widzom swoją tęsknotę za Tamarą i pragnienie kopulacji. Może z zazdrości, w pewnym momencie wszyscy kopulują w różnych konfiguracjach. Żeby przynajmniej takimi ...ujami jak w Powszechnym na Mein Kampf. Tam mieli ogromne, hitlerowskie, choć też szmaciane. A tutaj takie malutkie, pocovidowe, pluszowe zwisy-cienkusze. Żal patrzeć. Może dofinansowania zabrakło? Tadeusz Włudarski u Szajny w "Cervantesie" w 70-tych latach pokazywał prawdziwego. Lupa też nie używa środków zastępczych. A tu – szmaciane fifulki! Nic dziwnego, że Tamara widząc to, odmawia współżycia i wyjeżdża. Też bym wyjechał na jej miejscu. Choć do końca nie wiem czy wyjechała, bo podsumowaniem tego zamieszania scenicznego staje się końcowy tekst Peszka-D’Annunzia – „Co oni pierdolą?!” To samo cisnęło mi się usta od samego początku! Ale jako człowiekowi wychowanemu w tradycyjnej kulturze, nie wypadało. Chciałem krzyknąć z widowni „Z ust mi pan to wyjął, panie Peszek! Co wy pierdolicie!” Uff... Jakoś przeżyłem to zderzenie z wielką sztuką. Ale przedzierając się z zaplecza knajpy, przez coraz bardziej rozochocony tłum biesiadników na świeże powietrze, pomyślałem, że długo to oni mnie tam nie zobaczą.