AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Fe! Brrr! Won! Coś takiego?!

Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
Fot. Bartek Warzecha  

Wyobraź sobie, Czytelniczko bądź Czytelniku, że budzisz się pewnego poranka i odkrywasz z przerażeniem, że na Twojej twarzy pojawiły się jakieś dziwne, wielkie, czerwone krosty. Czujesz się normalnie, jesteś w pełni władz cielesnych i umysłowych, ale boisz się spojrzeć w lustro. A tu trzeba wyjść – do szkoły, do pracy, po zakupy…

Ludzie natychmiast wychwytują Twoją dzisiejszą nienormalność – jedni przyglądają Ci się z obrzydzeniem, drudzy z ciekawością, inni dyskretnie omijają Cię wzrokiem (oczywiście dopiero wtedy, jak już zauważą), niektórzy wolą się na wszelki wypadek odsunąć na bezpieczny dystans. Jakaś starsza pani pyta z troską, na co chorujesz i czy masz to od urodzenia, bo jej córka złapała to w 1976. (Ale co?! Co to jest?!)

A przecież „w środku” jesteś najzupełniej sobą – taką/takim jak wczoraj. Niestety, nie dla nich, dla wszystkich innych – oni nie widzą Cię „od środka”, ale z zewnątrz. I właśnie to przede wszystkim się dla nich liczy (a może tylko i wyłącznie to?). Jesteś „w stanie wykluczenia”, jesteś odmieńcem, jesteś Innym. Zapisujesz się do lekarza domowego na wizytę, w poczekalni ludzie siadają jak najdalej od ciebie…

Meksykanka Julia Pastrana (1834-1860) była malutka (138 cm), drobna i… obficie owłosiona na całym ciele, z wyjątkiem dłoni i spodów stóp. Miała szerokie bary, wąską talię i małpią twarz ozdobioną pokaźną brodą. Plusy? Oto pewien brytyjski ekspert od ryb i dziwolągów potwierdził swym autorytetem, że „jej figura była nadzwyczaj dobra, pełna gracji, jej drobne stopy świetne, a pęciny wręcz perfekcyjne”.

Od trzeciego do dwudziestego roku życia była domowniczką i atrakcją dla gości jednego z meksykańskich gubernatorów stanowych i tam otrzymała normalne domowe wykształcenie. Była bystra – opanowała trzy języki obce, była też uzdolniona artystycznie – ludowe meksykańskie piosenki śpiewała podobno „jak anioł”.

Ostatnie sześć lat życia spędziła w podróżach, będąc najpierw atrakcją obwoźnych wystaw osobliwości w USA, potem europejskich cyrków i salonów (pokazywano ją m.in. w warszawskim cyrku Ślęzaka w 1858 roku). Czemu się na to zgodziła? A czy miała jakąś alternatywę? Ludzie-„ciekawostki przyrodnicze” mogli przetrwać jedynie w domu gubernatora, a gdy zachciało się im, jak Julii, podróżować, nie mieli wyboru – musieli zarabiać na przetrwanie jako element jarmarcznego lub salonowego dziwowiska. Pastrana miała jeszcze o tyle szczęście, że z wędrownego amerykańskiego bestiarium wykupił ją zapalony miłośnik podobnych anomalii, Theodore Lent, który wywiózł ją do Europy, gdzie się z nią ożenił, chcąc zapewne odpędzić w ten sposób innych impresariów (oferty menedżersko-matrymonialne sypały się jak z rękawa). Czy był zupełnie normalny? Chyba nie, bo pod koniec życia zwariował, będąc zresztą wówczas od ładnych paru lat mężem kolejnej nadmiernie owłosionej kobiety. Od śmierci Julii (1860, w Moskwie, kilka dni po ciężkim porodzie i zgonie synka, podobnego do niej) Lent zarabiał na życie, obwożąc po świecie mumie żony i dziecka, spreparowane przez rosyjskiego profesora medycyny.

Jaka była Julia „w środku”, kiedy nie patrzyła w lustro? Najzupełniej ludzka i wedle ówczesnych pojęć – całkiem normalna. Świetnie np. gotowała i szydełkowała, sprawnie prowadziła dom. Ale z domu trzeba było czasem wyjść. Najchętniej zasłaniała wtedy twarz woalką. Nie mogła tego jednak zrobić w trakcie pokazów – przecież wtedy chodziło właśnie o to, żeby zademonstrowała swą nienormalność. Musiała odsłonić twarz. Jak się wtedy czuła? Jak czuła się, „śpiewając jak anioł” i konwersując w czterech językach z obcymi ludźmi, którzy przyszli popatrzeć na „córkę Indianki i orangutana” (albo niedźwiedzia), istotę z pogranicza świata ludzkiego i zwierzęcego, dziwną odnogę ewolucji (oczywiście pod warunkiem, że byli zwolennikami tej wstrząsającej, heretyckiej teorii). Warto tu dodać, że istotną wzmiankę poświęcił Julii sam Darwin w książce Zmienność zwierząt i roślin w stanie kultury (1868).

Dopiero wiele lat później kolejne pokolenia lekarzy-naukowców odkryły, że nadmierne owłosienie niektórych kobiet na całym ciele to całkiem ludzka anomalia zwana hirsutyzmem. (Może być spowodowana genetycznie, może też być wynikiem hormonalnych przemian w okresie ciąży lub dopingowego manipulowania równowagą hormonalną u kobiet uprawiających sport). Niezdrowa sensacja, która wybuchła po występie austriackiej piosenkarki Conchity Wurst na ubiegłorocznym Konkursie Eurowizji, świadczy o tym, że kobiety z brodą nadal są w stanie wywoływać potężne emocje, nawet w oświeconej, zasadniczo podobno poprawnej politycznie zjednoczonej Europie drugiego dziesięciolecia XXI wieku.

Julia stała się bohaterką wielu dzieł literackich, także w Polsce, m.in. Olga Tokarczuk poświęciła jej (a precyzyjniej: analizie stanów ducha jej męża) wstrząsające opowiadanie Najbrzydsza kobieta świata. Dramat Miss Julia Pastrana napisała Joanna Gierigk, otrzymując za niego nagrodę na poznańskich „Metaforach rzeczywistości” w 2010 roku. A teraz mamy drugi dramat poświęcony słynnej „kobiecie-orangutanowi”, napisany przez Malinę Prześlugę i wystawiony w poznańskim Teatrze Animacji, w którym autorka pełni funkcję kierowniczki literackiej i nadwornej dramaturżki.

Zaczęło się od tego, że dyrektor Teatru Animacji Marek Waszkiel zaproponował wystawienie „czegoś” na swojej scenie Marii Żynel z Teatru Malabar Hotel – absolwentce aktorstwa i reżyserii w białostockiej filii warszawskiej Akademii Teatralnej (specjalizacja: teatr lalek). Żynel chętnie na to przystała, proponując Malinie Prześludze przyjrzenie się kolejom losu „najbrzydszej kobiety świata”. Temat zafrapował dramaturżkę i w ten sposób w szybkim dość czasie powstała sztuka Pastrana. Premierę jej inscenizacji zrealizowanej przez Marię Żynel poznańscy widzowie obejrzeli 5 czerwca 2015 roku.

W kameralnej Sali Witrażowej, na scenie, która jest mniej więcej od połowy swej głębokości zasłonięta prowizoryczną kurtynką, oglądamy najpierw ustawione pieczołowicie na półkach eksponaty gabinetu osobliwości. Część z nich umieszczona jest w słojach z formaliną. Są tu głowa i szyja z odstającymi bezpośrednio z tej ostatniej dłońmi, są jakieś inne dłonie, odcięte, zanurzone w formalinie, jest jeszcze dużo innych straszno-dziwności, jest na co popatrzeć. (Potem, gdy biała, wypreparowana szyjo-głowa z dłońmi zacznie krążyć po scenie, będziemy mogli dostrzec krwawy ślad idący od kącika jej oka ku ustom. Czy ta maszkara uroniła kiedyś, przed śmiercią, krwawą łzę?).

Takich znaczących, bardzo dyskretnie podanych nam sygnałów jest w tym spektaklu mnóstwo. Jego inscenizacyjne, scenograficzne, charakteryzacyjne i kostiumowe rozbuchanie dowodnie świadczy o tym, że trafiliśmy dziś do teatru formy, a jego poetyka sprzyja wystawianiu tekstów o ludziach i wydarzeniach, których istnienie kłóci się z naszym zdroworozsądkowym obrazem świata.

Wkrótce przyjdzie czas na zaprezentowanie głównej bohaterki, która zaistnieje na scenie w dwóch wcieleniach – jako mumia z przewoźnej gabloty i jako pełna życia kobieta z brodą (gra ją Julianna Dorosz). Prześluga i Żynel pokazują domowe, spokojne życie Pastrany u boku męża-impresaria (Artur Romański), który dysponuje w swym bestiarium kilkoma jeszcze nadzwyczajnymi atrakcjami. Oprócz tego, co stoi na półkach i z czym się już dość dokładnie, choć z daleka zapoznaliśmy, jest jeszcze całkiem żywa, żwawa, ba – wręcz wypełniona niespożytą energią Rosa Trzy Cycki (Sylwia Koronczewska-Cyris). Rosa ma sceniczne entrée godne gwiazdy – najpierw mamy ostry taniec z erotycznymi wygibasami, a potem punkt kulminacyjny – odsłonięcie trzech cycków, które potem obnosi bez żenady przez dalszy ciąg spektaklu, prowokując nimi od czasu do czasu co poniektórych mężczyzn z widowni.

I tak się toczy (żwawo i sprawnie) to widowisko z cyrku osobliwości – kurtynka od czasu do czasu się odsłania, potem zasłania i znowu odsłania, a przed nią i (od czasu do czasu) za nią pełza, człapie, podskakuje zbiór pokracznym monstrów lub stworzeń niby-normalnych, które okazują się jednak odmieńcami, jak choćby gadający Pudel – rezoner i główny partner kilku prowadzonych przez Julię istotnych konwersacji (Marcel Górnicki). Mumia Pastrany wjeżdża na scenę, po czym z niej zjeżdża, jest przesuwana, ustawiana w różnych miejscach, małpia głowa głównej bohaterki jest zdejmowana z tułowia i przenoszona – np. Lent bez żenady wnosi ją pod pachą na widownię. Oj, dzieje się na tej małej scence, dzieje! Trzeba mocno napiąć uwagę i wytrzeszczać oczy, by nie uronić kolejnej nowej ciekawostki, kolejnej wizualnej atrakcji, kolejnego monstrum z rozbuchanego scenograficznego arsenału Ewy Woźniak.

A Pastrana-Dorosz? Usiłuje żyć i występować „jakby normalnie”, jakby jej wieczorne życie w roli jarmarcznej atrakcji-zwierzoczłekoupiora oraz dzienne bytowanie w roli przykładnej żony i pani domu dały się scalić, połączyć, jakoś tam ułożyć, przyklepać; jakby można było zapomnieć, choćby na krótki czas, o „specyficzności” jej istnienia na tym świecie.

Pierwszy cios spada na nią, gdy dowiaduje się o zdradzie męża – obiektem jego awansów stała się Rosa Trzy Cycki. (On twierdzi, że to nic ważnego, ale przecież to boli.) Kolejnym powodem do popadnięcia w depresyjny nastrój jest reakcja męża na wieść o jej ciąży. Wtedy w trakcie kłótni Lent rzuca jej w owłosioną twarz prostą, chamską inwektywę, sugerując, że jest jednak zwierzęciem. A potem mamy już powolne osuwanie się w niebyt.

Śmierć Julii jest zresztą przywołana już w jednej z pierwszych scen – Pastrana-Julianna Dorosz przerywa domową krzątaninę, pląsy i rozmowy z Pudlem, kładąc się sztywno na szpitalnym płaskim łóżku-wózku sekcyjnym. Jest teraz martwą, zabalsamowaną mumią swej bohaterki, którą zajmuje się dwoje lekarzy, przygotowując doczesne szczątki Julii do pogrzebu. (Po wielu zmianach właścicieli, po całym mnóstwie perypetii mumie Pastrany i jej synka zostały umieszczone w budynku patologii Szpitala Narodowego w Oslo, skąd je wykupiono, organizując koniec końców ich pogrzeb w Meksyku. Kiedy to się stało? W roku 2013!). Lekarka (Elżbieta Węgrzyn), bezsensownie miota się, wzywa nadaremno Boga i wszystkich świętych, lamentując przy tym i wydziwiając nad losem biednej dziewczyny. Natomiast lekarz zachowuje kamienną twarz i taki sam spokój, stukając tylko od czasu do czasu drewnianymi chodakami. Romański kontrapunktuje tutaj swą sceniczną obecność w roli Lenta – naturalistycznie wręcz przerysowaną, dynamiczną, żywą, pełną udawanej jowialności i serdeczności, za którymi kryje się zimna kalkulacja i brak wyższych uczuć. Przerysowanie wcale tutaj nie razi, jest doskonale uzasadnione wyrazistą formą całego widowiska.

Warto jeszcze wspomnieć o nieustannej, niemej krzątaninie smutnego Klauna (Marcin Chomicki), która kompozycyjnie dopełnia ten spektakl, przydając mu ponadczasowego, groteskowo-teatralnego, tragicznego wymiaru. Smutni klaunowie nigdy nie byli na scenie zwiastunami pozytywnych przemian, teraz też tak właśnie jest.

Historia Pastrany jest bardzo trudna do opisania i zsyntetyzowania w spójnej fabularnie, realistycznej formie dramatycznej. Być może lepszy byłby tu czysto teatralny, całkiem afabularny collage, trafiający do wrażliwości widza jako „montaż przeraźliwych atrakcji” na czele z Julią, jej szkicowo przedstawionym losem i wewnętrznym światem, które sprowadzone byłyby do swej absolutnej esencji mocą scenicznej metafory? Właśnie coś w tym stylu usiłowała zaaranżować na scenie Teatru Animacji Maria Żynel, ale w uzyskaniu odpowiedniej wyrazistości oraz emocjonalnego napięcia u widzów przeszkadzały jej realistyczne, dialogowane fragmenty dramatu Maliny Prześlugi, opowiadające o życiowych i pośmiertnych perypetiach ducha i ciała Pastrany. Nawet jeśli wezmę pod uwagę brak ścisłej chronologii wydarzeń oraz „brechtowską” funkcję drapieżnych songów, które przerywały akcję, uważam, że to jeszcze za mało – realistyczna esencja „scen z życia” Julii, Lenta oraz ich otoczenia wciąż kłóci się z niesamowitym, odrażająco-przyciągającym ciągiem scen z gabinetu okropności.

Wyszedł z tego w sumie ciekawy eksperyment, który być może warto jeszcze rozgrzebać i dopracować dla uzyskania bardziej wstrząsających efektów. Ale opisanego tu szkicowo dysonansu między dramaturgiczną narracją a inscenizacyjnym rozbuchaniem formy raczej już się nie da zniwelować, niestety.

Dramat Prześlugi oraz przeznaczony zdecydowanie dla starszej młodzieży i dorosłych spektakl Żynel pokazują, że w Teatrze Animacji nadal konsekwentnie realizuje się nowy, ciekawy program artystyczny, który już daje efekty w postaci świetnych lub bardzo interesujących przedstawień i którego dalsza realizacja na pewno zainteresuje poznańskich widzów – i tych najmłodszych, i tych starszych, pragnących obcować z oryginalnym, intrygującym teatrem formy.

Lekarz otwiera drzwi i spogląda na Ciebie z odrazą… Budzisz się, krzycząc: „Nie!”. Potem chwila ulgi – to tylko sen. Nie wiem, czy oglądałaś/oglądałeś Pastranę w Teatrze Animacji, lecz Twoja podświadomość na pewno właściwie przepracowała temat inności. Możesz teraz wyjść na ulicę miasta Poznania i nachalnie się nie przyglądać, nie dziwić, nie krzywić, nie pomstować, że też los musiał Cię zetknąć z „czymś takim”.

26-06-2015

 

Teatr Animacji w Poznaniu
Malina Prześluga
Pastrana
reżyseria: Maria Żynel
scenografia: Ewa Woźniak
muzyka: Michał Siwiak
wizualizacje: Aleksander Janas
ruch sceniczny: Sandra Napierała
obsada: Julianna Dorosz, Sylwia Koronczewska-Cyris, Elżbieta Węgrzyn, Marcin Chomicki, Marcel Górnicki, Artur Romański
premiera: 5.06.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: